• Poniedziałek, 18 maja 2026

    imieniny: Jana, Eryka, Aleksandry

Kompletnie zlekceważyli argumenty rządu

Piątek, 16 września 2016 (04:22)

Z Tomaszem Porębą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Pośle, co zmienia się po uchwaleniu przez Parlament Europejski krytycznej rezolucji w sprawie Polski?

– Realnie ta rezolucja nic nie zmienia. Jest to dokument nielegislacyjny, który tak naprawdę nie odzwierciedla rzeczywistego stanu relacji na linii Warszawa – Bruksela, a co najważniejsze – nie uwzględnia dobrej woli i działań polskiego rządu podejmowanych na rzecz rozwiązania problemu. Zajmowanie się co chwilę Polską w europarlamencie prowadzi do sytuacji, gdzie temat ten europosłom po prostu spowszedniał. Najdobitniej pokazało to mizerne zainteresowanie europosłów podczas ostatniej debaty o Polsce.

Jaki jest zatem sens przyjętej rezolucji, którą można określić jako listę zarzutów i czemu ma ona służyć?

– Wymowa tego dokumentu jest bardzo jasna, mianowicie lewicowo-liberalne środowiska nie mogą się pogodzić ze zmianą władzy w Polsce i dlatego krytykują w czambuł wszystkie działania podejmowane przez obecny polski rząd. Chodziło też o to, żeby ponownie uderzyć w polski rząd, niezależnie od tego, czy forsowane na siłę argumenty są zasadne, czy też nie. I tak do jednego worka wrzucono również Puszczę Białowieską, media, ustawę antyterrorystyczną i oczywiście Trybunał Konstytucyjny.

Czy PE, wypowiadając się na temat prawa i sądownictwa konstytucyjnego, nie przekracza swoich praw?

– Jest to bez wątpienia ingerencja w wewnętrzne sprawy państwa członkowskiego. Problem polega na tym, że unijne instytucje wsłuchują się w głos tylko jednej strony sporu – opozycji – kompletnie lekceważąc argumenty polskiego rządu. Z pewnością byłoby inaczej, gdyby Parlament Europejski czy Komisja Europejska wykazały rzeczywiście chęć dyskusji na merytoryczne argumenty, gdyby brały pod uwagę różne analizy prawne, ale tego nie robią. W tej chwili cała sprawa sprowadza się nie do sporu prawnego, lecz politycznego.

To już druga połajanka Polski przez PE. Co z tą rezolucją powinien zrobić polski rząd?

– Rząd przyjmuje do wiadomości przegłosowanie tego dokumentu, który jest dobitnym dowodem na to, że w sprawie Polski Parlament i Komisja stają po stronie opozycji i wspierają Platformę i Nowoczesną, nie biorąc pod uwagę dobrej woli rządu i działań zmierzających do rozwiązania problemu. Mam wrażenie, że celem PE i KE nie jest załagodzenie konfliktu, ale jego dalsze podsycanie.

Czy takie podejście rządu mimo wszystko nie zaszkodzi Polsce?

– To zaognianie konfliktu szkodzi najbardziej samemu Parlamentowi i Komisji, których działanie jest coraz bardziej krytycznie oceniane przez obywateli Unii Europejskiej. To nie Polska jest w tej chwili największą bolączką w UE, choć opozycja przy wtórze swoich europejskich sprzymierzeńców próbuje o tym przekonywać. Tak jest po prostu wygodniej – łatwiej jest im krytykować i przyjmować kolejne rezolucje na temat Puszczy Białowieskiej niż rozwiązywać kryzys imigracyjny czy strefy euro.

Skoro rezolucja nie ma mocy wiążącej, to czemu ma służyć ta cała agresja wobec polskiego rządu?

– Chodzi o wywołanie burzy medialnej i dostarczenie paliwa opozycji, która swoją działalność sprowadziła do podgrzewania sporu w sprawie Trybunału Konstytucyjnego na wszelkich możliwych poziomach czy forach. Jednakże obrazek pustej sali plenarnej podczas debaty w sprawie Polski pokazuje, że to paliwo w Brukseli już się powoli kończy.

Paraliż TK we Włoszech trwał ok. dwóch lat i jakoś nikt nie robił z tego afery. Dlaczego Polska jest traktowana inaczej, żeby nie powiedzieć jako kraj drugiej kategorii, i z czego to wynika?

– Wszystko, co od kilku miesięcy dzieje się wokół Polski na forum UE, to nic innego jak histeria wywołana przez środowiska liberalne, które po prostu nowy polski rząd i jego działania uwierają. Przypomnę, że rząd Prawa i Sprawiedliwości twardo sprzeciwia się przekazywaniu dalszych kompetencji Brukseli, obowiązkowemu systemowi rozlokowywania imigrantów, a jednocześnie staje w obronie rodziny i tradycji chrześcijańskiej – wszystko to jest nie w smak lewicy i liberałom, którzy za wszelką cenę starają się narzucić swoją ideologię. Warto w tym miejscu zauważyć, że niemal niepostrzeżenie przeszła informacja o kolejnym przesunięciu drugiej tury wyborów prezydenckich w Austrii z powodu problemów z kopertami. Austriacki serial prezydencki trwa już od wielu miesięcy, ale z jakichś niezrozumiałych powodów nie został wzięty pod lupę unijnych instytucji, które wolą „grillować” Polskę.

Jak przez poszczególne frakcje w PE jest postrzegana wspomniana przez Pana Komisja Europejska, która zachowuje się niczym rząd Europejski. Czy tak to jest postrzegane?

– Podczas wtorkowej debaty prof. Ryszard Legutko trafnie zauważył, że wobec Polski Komisja Europejska uzurpuje sobie trzy funkcje: oskarżyciela, sędziego i egzekutora, czyli robi właściwie coś, co jest w sprzeczności z prawną polityczną tradycją europejską. Uruchamiając procedurę przeciwko Polsce, Komisja wyszła daleko poza swoje kompetencje i zdecydowanie nie jest to odbierane pozytywnie.

Do rezolucji komuniści i Zieloni złożyli sześć (w efekcie odrzuconych) skandalicznych poprawek, zarzucając polskiemu rządowi, że traktuje chrześcijaństwo jako  jedyną podstawę europejskich wartości i kultury, wezwali też do liberalizacji prawa aborcyjnego. Czy te kwestie, pomijając ich merytoryczność, są w kompetencjach PE i szerzej UE?

– Instytucje unijne nie powinny ingerować w sferę moralności publicznej i prawa rodzinnego – te kwestie mogą być rozpatrywane tylko i wyłącznie na szczeblu państwa członkowskiego. Nie da się jednak ukryć, że Unia Europejska powstała właśnie w oparciu o tradycję chrześcijańską, którą środowiska lewicowe próbują teraz usilnie wypierać z przestrzeni publicznej. 

Siłą rzeczy rezolucja przygotowana przez PiS, biorąc pod uwagę rozkład sił w europarlamencie, została odrzucona. Czemu miała służyć?

– Chodziło o podkreślenie, że w tej sprawie w PE nie ma jednomyślności. Opozycja w Polsce za wszelką cenę próbuje pokazać, że instytucje unijne są żywo przejęte sytuacją w Polsce i wszyscy jednym głosem potępiają polski rząd. Tyle że nie jest to prawda.

Jak sprawa Polski jest traktowana przez Pana kolegów europosłów z innych krajów, bo patrząc na pustki podczas debaty, trudno oprzeć się wrażeniu, że zainteresowanie jest raczej niewielkie?

– Uważam, że obraz pustej sali plenarnej w europarlamencie w Strasburgu podczas wtorkowej debaty o Polsce najlepiej ilustruje stopień zainteresowania tym tematem. W debacie wzięło udział ok. 60 spośród 751 posłów, z czego większość stanowili eurodeputowani z Polski. To pokazało, kto realnie zajmuje się tą sprawą i kto „dba” o to, by Polska była traktowana jako państwo gorszej kategorii.

Rezolucja przeciw Polsce została przyjęta i co dalej, czy spodziewa się Pan kolejnych nacisków na polski rząd?

– Niestety, wydaje się to nieuniknione. Z jednej strony dla unijnych liderów sprawy Polski to wygodna ucieczka od znacznie trudniejszych, realnych problemów, które nierozwiązane stoją przed Europą, natomiast dla opozycji w Polsce jest to narzędzie do walki z demokratycznie wybraną władzą i rządem. Przypuszczam jednak, że tak jak w przypadku Węgier temat w końcu samoistnie się wyczerpie.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki