• Poniedziałek, 18 maja 2026

    imieniny: Jana, Eryka, Aleksandry

Armii potrzebny jest nowy impuls

Sobota, 10 września 2016 (04:20)

Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Szef MON Antoni Macierewicz odwołał ze stanowiska inspektora Wojsk Specjalnych gen. dyw. Piotra Patalonga i szefa jednostki GROM płk. Piotra Gąstała. Jak przyjął Pan tę wiadomość, która w pewnych mediach czy środowiskach politycznych budzi tak wiele emocji?

– Przyjąłem ją ze spokojem, jako coś zupełnie normalnego. Jest to prerogatywa ministra obrony narodowej, z której ma prawo korzystać. Ci oficerowie, jak np. gen. Piotr Patalong najpierw był dowódcą wojsk specjalnych, a później, po różnych reorganizacjach minister Stanisław Koziej i minister Tomasz Siemoniak zafundowali wojskom specjalnym, tworząc dualizm dowodzenia tymi formacjami. Obaj oficerowie kierowali odpowiednio: gen. Patalong wojskami specjalnymi – ponad sześć lat, a płk Gąstał był dowódcą GROM przez ponad pięć lat, co jest standardem na świecie. Co więcej, międzynarodowe standardy mówią nawet o okresie krótszym dla piastowania tego typu stanowisk, wynoszącym trzy, cztery lata. Zmienia się dowódców jednostek, wyznacza się nowych, po to, żeby dać nowy impuls do rozwoju poszczególnych formacji. Służba na tych stanowiskach jest wyczerpująca. Tam się pracuje na pełnych obrotach, cały czas w pełnej gotowości, zdobywa się doświadczenie, które później owocuje. Tacy ludzie dobrze wyszkoleni później obejmują nowe stanowiska czy podejmują nowe wyzwania. Na przykład gen. Adrian Bradshaw, który obecnie jest zastępcą szefa sił NATO w Europie, był szefem Dyrektoriatu Wojsk Specjalnych Wielkiej Brytanii przez mniej więcej 3-4 lata, zresztą spotykaliśmy się w tamtym czasie, a przyszedł do Dyrektoriatu Wojsk Pancernych, później dowodził Dywizją Pancerną, a obecnie, jak wiadomo, piastuje stanowisko zastępcy głównodowodzącego Sojuszu Północnoatlantyckiego w Europie. Można zatem powiedzieć, że tym, co zadecydowało o rozwoju kariery gen. Adriana Bradshawa, nie było przebywanie w jednym miejscu, co zresztą z punktu widzenia wojskowego jest patologią, ale o tym zdecydowały przede wszystkim doświadczenia bojowe, wiedza, umiejętności elastycznego myślenia, które zdobył, piastując wcześniej wspomniane funkcje.

Tak czy inaczej, skąd ten pośpiech ministra Macierewicza, skoro i tak za kilka miesięcy upływały kadencje obu oficerów?

– Procedura nie może być sztywna, że skoro trwa kadencja, to ze zmianami czekamy do ostatniej chwili. Jeżeli jest konkretny projekt naprawy systemu dowodzenia wojskami specjalnymi, w szczególności żeby wyeliminować dwuwładzę, o której wspomniałem na wstępie naszej rozmowy, z jaką poprzez pseudoreformę czy zdeformowanie systemu dowodzenia mieliśmy do czynienia, skoro teraz podejmowane są wyzwania mające wykorzystać instruktorów wojsk specjalnych do szkolenia chociażby Jednostek Obrony Terytorialnej – a takie zapowiedzi ostatnio słyszeliśmy – to przecież z reformą czy ze zmianami – mam nadzieję, że pozytywnymi w końcowym efekcie – nie będziemy czekać, aż komuś skończy się kadencja. Przecież byłby to nonsens. Z informacji, jakie do mnie docierają, wynika, że nikomu nie dzieje się krzywda. Byłemu dowódcy GROM płk. Piotrowi Gąstałowi zaproponowano od połowy września przeniesienie do rezerwy kadrowej, ale jego wiedza i umiejętności będą nadal wykorzystywane. Również gen. Piotr Patalong zostanie przeniesiony do rezerwy kadrowej, pozostając w dyspozycji Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Podkreślę jeszcze raz, że dowodzenie przez całe zawodowe życie jedną jednostką jest patologią. W wojsku nikt nie pełni jednej funkcji dowódczej dożywotnio. Owszem, zdarza się, ale może to dotyczyć co najwyżej sierżantów. Natomiast oficerowie – jak wspomniany gen. Adrian Bradshaw – zdobywają doświadczenie w różnych miejscach i tylko wówczas, z takim bagażem doświadczeń, mogą skutecznie realizować powierzane im misje.

Jak to wyglądało w Pana przypadku?

– Kiedy przychodziłem do Jednostki Wojskowej GROM, to wcześniej zaczynałem karierę w wojskach specjalnych. Później w warunkach wojennych dowodziłem kompanią piechoty w dawnej Jugosławii, dalej jednostkami powietrznodesantowymi, w tym kontyngentem w Kosowie, gdzie zdobywałem kolejne doświadczenia. To w rezultacie pozwoliło mi w stosunkowo krótkim czasie objąć dowodzenie GROM. Prawdę mówiąc, też pojawiały się wówczas głosy, że jestem za młody, że nie dam sobie rady. Jednak po dwóch latach mojego dowodzenia GROM okazało się, że jednostka nabrała zdolności bojowych, pomimo że niektórzy wcześniej już ją skreślali. Realizowaliśmy misje najpierw w Macedonii, później w Iraku, a następnie w Afganistanie, co więcej, otrzymywaliśmy najwyższe wyróżnienia, podziękowania, nawet od samego ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych George’a W. Busha. Dlatego chcę podkreślić z całą stanowczością, że dzisiaj próba robienia z decyzji ministra Macierewicza sensacji czy wręcz skandalu jest krzywdą przede wszystkim dla tych, którzy te funkcje mają sprawować, na razie na okres próby, bo z tego, co wiemy, szef MON wyznaczył ich do czasowego pełnienia obowiązków. Oczywiście w głowie ministra Macierewicza nie siedzę, być może ma jakieś inne plany i trzeba mu pozwolić realizować te zamierzenia.

Inaczej mówiąc, nie należy odmawiać szefowi MON prawa do zmian kadrowych i potępiać w czambuł podejmowanych decyzji?

– Dokładnie. Trudno zrozumieć to, z czym mamy do czynienia, kiedy jest niezdrowe myślenie i szukanie skandali w czymś, co jest normalne. Jest szkodliwe dla samej jednostki GROM, kiedy wokół niej tworzy się atmosferę skandalu, i to za każdym razem, kiedy następuje zmiana dowódcy. Przecież jest rotacja stanowisk, za jakiś czas przyjdzie kolejny dowódca, który po jakimś czasie też odejdzie. I to jest norma. Ważne natomiast jest to, żeby jednostka nie utraciła zdolności bojowych i żeby człowiek, który obejmuje dowodzenie nią, miał pomysł, wizję i realizował założenia, a także intencje szefa MON, żeby dawał nowy impuls i budował kolejne zdolności bojowe. Tak to powinno wyglądać, bo to jest standardem na świecie.

Część mediów próbuje tę decyzję przekuć w sensację, dopatrując się drugiego dna. Chodzi o wypadek i śmierć podczas ćwiczeń pod koniec sierpnia żołnierza GROM. Czy słusznie?

– Rzecznik MON Bartłomiej Misiewicz wyraźnie zaprzeczył, aby za decyzjami ministra Macierewicza kryło się jakieś drugie dno. Przede wszystkim należą się wyrazy współczucia rodzinie żołnierza GROM, bo wydarzyła się ogromna tragedia. Podczas tego typu szkoleń takie tragedie niestety się zdarzają. Różne są oczywiście przyczyny. W tym konkretnym przypadku ustali to prokuratura. Według mojej wiedzy nie było żadnej wypowiedzi od kogokolwiek z MON, która obciążałaby za to, co się wydarzyło, dowódcę GROM. Wręcz przeciwnie, raczej jest wsparcie, a nawet pozytywne słowa o akcji ratowniczej, która później była realizowana. Z całą pewnością nie jest dobrze, jeśli wokół jednostki tworzy się atmosferę sensacji i politycznego skandalu. Niestety, przez sam fakt, że GROM jest jednostką specyficzną, ulokowaną w Warszawie, niektórzy politycy w różny sposób usiłują wykorzystywać tą markę samą w sobie, po to, żeby budować własną pozycję. To nie powinno nigdy mieć miejsca. Stąd zalecałbym daleko idącą wstrzemięźliwość w wyrażaniu ocen, sądów i zalecałbym spokój, który jest niezbędny do tego, żeby armia mogła funkcjonować normalnie.        

Jak ocenia Pan pomysł szefa MON, aby do szkół średnich na nowo wprowadzić przysposobienie obronne?

– Oczywiście diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Po pierwsze, odbieram to jako chęć napisania sensownego programu przygotowania na rzecz bezpieczeństwa naszego kraju. Tu nie chodzi o wyszkolenie żołnierskie, ale o przygotowanie społeczeństwa na reagowanie na sytuacje, jakie dzisiaj obserwujemy w Europie Zachodniej, a mianowicie, żeby w przypadku alarmu każdy wiedział, co ma robić. Niestety, trzeba powiedzieć otwarcie, że spora część naszego społeczeństwa w ogóle nie wie, co oznaczają sygnały alarmowe, a kiedy coś zaczyna się dziać, nie mają bladego pojęcia, jak postępować, jak reagować na zagrożenia. Jeśli zatem chodzi o edukację, to przede wszystkim powinna ona obejmować kwestie związane z udzielaniem pierwszej pomocy, reagowania na to, co się dzieje, w trosce o własne bezpieczeństwo. Stąd potrzebne jest wyuczenie zachowań i prawidłowych reakcji np. na pożar, katastrofy budowlane, klęski żywiołowe aż po najczarniejsze scenariusze dotyczące działań w obronie Ojczyzny, własnej ziemi przed zagrożeniami z zewnątrz. Jest to szczególnie ważne w obliczu wydarzeń, jakie rozgrywają się za naszą wschodnią granicą, wynikających z nieprzewidywalnych zachowań czy też wręcz agresywnej postawy Moskwy. Jeśli chodzi o działania obronne, to oczywiście prym wiedzie armia, Oddziały Obrony Terytorialnej, które są tworzone –  to z pewnością, ale na wypadek zagrożenia powinno być także przygotowane społeczeństwo. Wydarzenia ostatnich lat wskazują wyraźnie, że w konfliktach zbrojnych ginie więcej cywilów niż zawodowych żołnierzy. To tylko dowodzi, że taka edukacja w zakresie przysposobienia obronnego jest ogromnie ważna.        

Czy ten przedmiot jest młodzieży potrzebny i czy może być elementem wychowania patriotycznego?

– Życzyłbym sobie bardzo, aby tak było. Ze śp. ministrem Aleksandrem Szczygłą wiele na ten temat rozmawialiśmy. On rzeczywiście zastanawiał się, co zrobić, żeby edukacja patriotyczna, która – jak wiadomo – nie mogła być realizowana wtedy, kiedy obaj odbywaliśmy obowiązkową służbę wojskową, żeby w obecnych czasach mogła być przeprowadzona właśnie poprzez budowę mocnych więzi wojska ze społeczeństwem. W tej chwili można to realizować chociażby poprzez Oddziały Obrony Terytorialnej, ale również poprzez przybliżenie ludzi w mundurach, i nie chodzi tu tylko o wojskowych, ale także o policjantów, strażaków itd. Wszystko po to, żeby budzić zaufanie społeczne, żeby także nauczyć ludzi komunikować się między sobą, żeby wsparcie tych, którzy troszczą się o nasze bezpieczeństwo w różnych obszarach, było czymś naturalnym i dla każdego zrozumiałym.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki