Nikt nas nie zwolnił z troski o Polskę
Środa, 24 sierpnia 2016 (13:22)Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Trwają przygotowania do nieformalnego szczytu 27 państw Unii Europejskiej, który we wrześniu odbędzie się w Bratysławie. Jak można odczytać fakt, że Donald Tusk, który „pielgrzymuje” po poszczególnych krajach Unii, póki co szerokim łukiem omija Polskę?
– Donald Tusk realizuje politykę, w której – jak widać – nie ma miejsca dla Polski. To tylko pokazuje, że wszedł w buty polityka europejskiego i interesy Polski go nie interesują. Nie będzie nic odkrywczego w tym, co powiem, a mianowicie, że Donald Tusk już od dawna w swoich działaniach politycznych stosuje się do zaleceń kanclerz Angeli Merkel.
Na włoskiej wyspie Ventotene odbyły się rozmowy przywódców Niemiec, Francji i Włoch poświęcone przyszłości Unii Europejskiej w związku z Brexitem. Niestety, znów w wąskim gronie…?
– Jeśli chodzi o decyzje w sprawie przyszłości Unii Europejskiej, to trzeba powiedzieć jasno, że robi się wszystko, żeby Polska nie brała czynnego udziału w tych rozmowach. I to jest dla mnie bardzo niepokojące. Jeśli bowiem efektem spotkania trójki: Matteo Renzi, Francois Hollande i Angela Merkel jest zalecenie głębszej integracji, to nie sądzę, żeby w tej propozycji nowej Unii Europejskiej było miejsce dla Polski.
A zatem w jakim kierunku prowadzą UE Niemcy i Francja?
– Niemcy, Francja i do tej dwójki trzeba dodać jeszcze Włochy udają, że nie widzą tego, co się wydarzyło w Europie w okresie ostatniego półtora roku. I jeśli antidotum na problemy, jakie dotykają i krok po kroku niszczą UE, ma być jeszcze głębsza integracja, a nie wzmacnianie państw narodowych, to wydaje mi się, że jest to prosta droga do rozpadu Unii przynajmniej w takim kształcie, w jakim sobie ją wyobrażali założyciele.
To jedna strona medalu, ale z drugiej mamy coraz bardziej wyraźne dryfowanie Francji, a zwłaszcza Niemiec w kierunki Rosji…
– To nie jest nowy kierunek, jeśli chodzi o politykę zagraniczną Niemiec. Przecież stosunek kanclerz Angeli Merkel do Władimira Putina czy w ogóle do Rosji jest znany i niezmienny od lat. To nie kto inny jak kanclerz Niemiec wprowadziła Putina na europejskie i światowe salony, a współpraca z Rosją dla Angeli Merkel zawsze była priorytetem. I w tej chwili jest to aż nadto widoczne. Weźmy pod uwagę chociażby sprawy aneksji Krymu czy w ogóle Ukrainy, to jak w soczewce widać, jakie były rzeczywiste intencje kanclerz Niemiec, a więc pozostawienie tego kraju samemu sobie i praktycznie oddanie Ukrainy w ręce Putina.
Z kręgów brukselskich dochodzą głosy, że Europejczycy z Europy Środkowej i Wschodniej, a zwłaszcza Polska powinni być ukarani za brak solidarności w kryzysie migracyjnym. Ile w tym jest prawdy?
– W mojej ocenie jest to tylko pretekst do tego, żeby UE zmieniła swój kształt i została doprowadzona do stanu, który tak pięknie określa się mianem głębszej integracji. Natomiast bez obwijania w bawełnę celem takiego działania jest stworzenie superpaństwa europejskiego. I na to Polska oraz państwa Grupy Wyszehradzkiej na pewno nie mogą wyrazić zgody.
Przed nami spotkanie państw Grupy Wyszehradzkiej w Warszawie. W piątek na spotkanie z premier Beatą Szydło oraz szefami pozostałych rządów państw Grupy Wyszehradzkiej przybędzie kanclerz Angela Merkel. Czemu ma służyć to spotkanie w tym gronie, bo interesy, jak wiemy, są rozbieżne?
– To, co powie w Warszawie kanclerz Angela Merkel, jest w mojej ocenie bardzo istotne. Dlatego z satysfakcją przyjmuję, że pojawi się w piątek w Polsce. Nie wiadomo jeszcze, czy w tym spotkaniu weźmie udział przedstawiciel rządu rumuńskiego. Dobrze byłoby jednak, aby szef rumuńskiego rządu był obecny na tych rozmowach i żeby państwa Grupy Wyszehradzkiej w sposób jednoznaczny, kolejny raz wyraźnie wyartykułowały swoje oczekiwania czy wręcz żądania, jeśli chodzi o politykę imigracyjną i w ogóle co do przyszłości Europy, która w obecnym kształcie, biorąc pod uwagę narzucany kierunek, ma małe szanse przetrwania.
Czy w tej sytuacji możemy się spodziewać wyartykułowania w zdecydowany sposób stanowiska Grupy Wyszehradzkiej wobec Niemiec, że Europę Środkową należy traktować podmiotowo?
– Oczywiście wszystkie działania powinny pójść w tym kierunku, natomiast ten szczyt państw Grupy Wyszehradzkiej jest bardzo ważny, także jeśli chodzi o konsolidację tego gremium. Przyznam, że mam coraz większe obawy o spójność państw Europy Środkowo-Wschodniej, jednolitość poglądów i interesów poszczególnych krajów. Obawiam się, czy w ostatecznej rozgrywce, do której wkrótce z pewnością dojdzie – na jesień, w zimie, a najpóźniej na wiosnę przyszłego roku, Polska nie zostanie osamotniona.
Chce Pan powiedzieć, że Grupa Wyszehradzka zaczyna przypominać kolos na glinianych nogach?
– Mam nadzieję, że tak nie jest, i że tak nie będzie. Natomiast jak sądzę, przychodzi czas próby.
Co konkretnie ma Pan na myśli?
– Chcąc nie chcąc, musimy być świadomi, że działania Komisji Europejskiej czy działania tzw. Komisji Weneckiej być może zmierzają do pozbawienia Polski prawa głosu w Radzie Unii Europejskiej. Byłby to dramat, gdyby po Brexicie Polska jako piąty kraj co do wielkości w Unii została pozbawiona tego prawa. Najbliższe spotkanie w Warszawie państw Grupy Wyszehradzkiej powinno dać odpowiedź na pytanie, czy te moje obawy są słuszne, czy Polska wraz z państwami Grupy Wyszehradzkiej będzie w dalszym ciągu stanowić przeciwwagę dla działań tzw. integracyjnych narzucanych przez Niemcy, Francję i w tej chwili również Włochy, czy też zacznie pękać w szwach.
Czy pojawienie się kanclerz Merkel w Warszawie ma służyć ni mniej, ni więcej próbie rozbicia jedności Grupy Wyszehradzkiej?
– Tego do końca nie wiem. Natomiast jak sądzę, Angela Merkel przyjeżdża do Warszawy, aby dowiedzieć się na miejscu, czy jedność Grupy Wyszehradzkiej faktycznie istnieje, i aby osobiście sprawdzić, jak mocne są więzi między jej państwami członkowskimi. Chciałbym też, aby kanclerz Angela Merkel w Warszawie odkryła karty. Być może to otworzyłoby oczy tym, którzy mają jeszcze wątpliwości, o co toczy się gra.
Wracając do Pana poprzedniej myśli, czy biorąc pod uwagę, że przeciw Polsce toczy się unijna procedura ochrony praworządności, licząc na solidarność innych państw, możemy się, krótko mówiąc, przeliczyć i Rada UE, działając jednomyślnie i za zgodą Parlamentu Europejskiego, może zawiesić niektóre nasze prawa, w tym prawo do głosowania w Radzie…?
– Tak na dobrą sprawę to nigdy nie byliśmy bezpieczni, natomiast usiłowano nam wmówić poczucie bezpieczeństwa. Fakty historyczne, a także bieżące wydarzenia na międzynarodowej scenie mówią zupełnie coś innego. W 1939 r. Polska miała gwarancje można rzec wieczyste największych potęg ówczesnej Europy. Mieliśmy pakty o nieagresji, sojusze, ale kiedy Niemcy na nas napadły zostaliśmy sami. Obawiam się, żeby dzisiaj gra doraźnych interesów w tym również budżet perspektywy finansowej UE na lata 2014-2020 nie przeważyły nad uzgodnieniami, ustaleniami czy obietnicami poparcia. To mnie niepokoi i tego się obawiam, że w ostatecznej rozgrywce interesy poszczególnych państw mogą się okazać ważniejsze od solidarności. Dlatego bądźmy ostrożni i dbajmy nie tylko o bieżące, ale i przyszłe interesy naszej Ojczyzny.
Czy zatem ta mozolnie odbudowywana przez prezydenta Andrzeja Dudę i obecny rząd Grupa Wyszehradzka mimo wszystko nie spełni pokładanych w niej oczekiwań…?
– Może i spełni, na pewno należy w to wierzyć. Natomiast warta podkreślenia jest dalekowzroczność polityki prezydenta Andrzeja Dudy, ażeby także poza Grupą Wyszehradzką szukać sprzymierzeńców. To daje nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku i w tej międzynarodowej rozgrywce, jaka się toczy, Polska wyjdzie z tarczą, a nie na tarczy. To bardzo ważna rozgrywka o przyszłość Europy.
Kto w takim układzie po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE może być naszym sprzymierzeńcem poza państwami Grupy Wyszehradzkiej?
– Liczę na państwa skandynawskie.
Mariusz Kamieniecki