Potrzeba myślenia strategicznego
Piątek, 19 sierpnia 2016 (04:18)Z dr. hab. Romualdem Szeremietiewem, profesorem Akademii Obrony Narodowej, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki
W kwietniu 2017 r. do Polski przybędzie amerykański batalion w ramach sił, jakie NATO wyśle na wschodnią flankę. Czy to zwalnia nas z troski o nasze bezpieczeństwo?
– Przybycie amerykańskiego batalionu jest oznaką wsparcia ze strony Stanów Zjednoczonych, ale nie oznacza to przecież rozwiązania problemu bezpieczeństwa naszego kraju. I to nie tylko dlatego, że batalion w sensie militarnym nie jest wielką siłą. Wsparcie sojusznicze jest owszem bardzo istotne, ale nie można tylko na nim opierać bezpieczeństwa narodowego. Podstawą muszą być, jak mówi się w NATO, własne zdolności obronne, a więc nasze siły zbrojne i nasz potencjał obronny.
Za nami święto Wojska Polskiego, jaka jest dzisiaj kondycja polskiej armii?
– Można by na ten temat coś powiedzieć, oglądając defiladę z okazji święta Wojska Polskiego. Parada podobała się oglądającym i była sympatycznym przeżyciem, ale jeśli przyjrzymy się, co na niej zaprezentowano, to pojawia się pewien kłopot. Pokazano przecież nie tylko nowoczesne systemy uzbrojenia, jak np. samoloty F-16 czy armato-haubice Krab i transportery Rosomak, ale także nieomal muzealne samoloty Iskra i Su-22, stare śmigłowce uderzeniowe Mi-24 oraz równie leciwe armato-haubice Dana. Marnie wypadła też prezentacja środków obrony przeciwlotniczej, gdzie pokazane zostały zestawy Osa, konstrukcje z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jeśli chodzi o broń pancerną to zaprezentowały się czołgi Leopard A4 i A5, które wymagają modernizacji. Nawiasem mówiąc, Niemcy na swoim wyposażeniu mają już Leopardy A7. Oprócz tego były czołgi też już nie pierwszej młodości PT-91. Ponadto pokazano trochę różnych lekkich pojazdów i śmigłowców przeznaczonych jednak do wykonywania zadań pomocniczych. Na defiladzie żołnierze prezentowali się świetnie, defilada była zorganizowana i przeprowadzona perfekcyjnie, ale od strony sprzętowej nie wzbudzała zachwytu. I nie mogło być inaczej, zważywszy na wieloletnie zaniedbania, których obecne kierownictwo MON nie mogło przecież usunąć w ciągu paru miesięcy swego urzędowania.
Mamy dziś ok. 100 tysięcy żołnierzy. Jaka armia jest Polsce potrzebna dla zapewnienia poczucia względnego bezpieczeństwa?
– To jest pytanie, na które powinna odpowiedzieć nam strategia, której póki co wciąż nie mogę się dopatrzyć. Strategia obronności powinna określić środki, przy pomocy których państwo polskie będzie w stanie zapewnić swoim granicom, terytorium i obywatelom bezpieczeństwo. Jeśli jednak ktoś taki jak ja zacznie rozglądać się za taką strategią, to ciągle na stronach Biura Bezpieczeństwa Narodowego znajdzie „Strategię Bezpieczeństwa Narodowego RP” podpisaną przez prezydenta Komorowskiego w 2014 r. i tzw. Białą Księgę Bezpieczeństwa Narodowego RP opracowaną w BBN jeszcze pod kierownictwem ministra Stanisława Kozieja oraz „Strategię Rozwoju Systemu Bezpieczeństwa Narodowego RP do 2020” przyjętą przez rząd premiera Tuska w 2013 r. Z kolei na stronach MON można znaleźć informację pokazującą „hierarchię” obowiązujących dokumentów, gdzie jako aktualne są wskazane wspomniane strategie znajdujące się na stronach BBN. Jeśli tak jest, to nasuwa się pytanie, jakie to ma konsekwencje, biorąc pod uwagę chociażby program modernizacji armii?
No właśnie, Pana zdaniem, jakie to ma konsekwencje?
– Minister Antoni Macierewicz w swoim wystąpieniu sejmowym dokonując bilansu otwarcia w MON, nie zostawił suchej nitki na poprzednikach. Wówczas też ocenił, że strategia poprzedniej ekipy rządzącej nie odpowiadała rzeczywistym potrzebom naszej obronności. Zgadzając się z tym poglądem, tym usilniej dopominam się opracowania nowej strategii. Bez odpowiedniej strategii modernizacja armii, powiększanie jej liczebności i wzrost nakładów na wojsko zawiodą. Bez określenia strategicznych priorytetów w obronie pójdziemy na manowce.
Opracowanie strategii bezpieczeństwa narodowego to jest kwestia tygodni, miesięcy czy może lat…?
– Bardziej miesięcy. Po pierwsze, musi być jednak decyzja, że przystępujemy do pracy nad opracowaniem nowej strategii. Konieczne byłoby powołanie zespołu ekspertów, którzy korzystając ze wskazań szefów MON i BBN określających kierunki prac, stworzyliby odpowiedni dokument. Ale najpierw konieczna jest decyzja.
Czy takiej decyzji nie ma?
– Być może została ona podjęta, ale ja o tym nic nie słyszałem.
Od września rusza rekrutacja do Obrony Terytorialnej. Jak ważny to komponent?
– Obrona Terytorialna to bardzo ważny komponent sił zbrojnych, ale pod warunkiem, że zostanie odpowiednio umiejscowiony w strategii obrony państwa. Nie chodzi o to, żeby utworzyć jakąś liczbę brygad OT do wsparcia wojsk operacyjnych, ale aby struktury terytorialne, obejmując całe społeczeństwo, demonstrowały powszechną zdolność obrony kraju. Celem naszej strategii musi być takie przygotowanie obrony, żeby potencjalny agresor uznał, że nie zdoła podbić Polski. Twierdzę, iż w naszej strategii siły terytorialne mogą spełnić taką odstraszającą rolę. Wybitny teoretyk sztuki wojennej gen. Clausewitz twierdził, że najważniejszym środkiem walki jest naród wyrażający wolę obrony kraju. Powszechne siły obrony terytorialnej są najlepszą znaną formą wyrażania tej woli.
Co jest istotą obrony terytorialnej, bo przecież nie są one od tego, aby prowadzić działania ofensywne?
– Wojska OT mają charakter defensywny. Przy ich pomocy nie da się przeprowadzić napaści na kogokolwiek. OT dysponują np. takie kraje, jak Szwajcaria czy Finlandia, które nie mają zamiaru na nikogo napadać, ale demonstrują potencjalnemu agresorowi, że w razie agresji będą bardzo uporczywie i skutecznie się bronić. Jest to zatem defensywny wariant odstraszania wroga. W polskim myśleniu o siłach zbrojnych dominuje ciągle inny pogląd – w obronie zamierza się działać ofensywnie, manewrowo. Taki model obrony przyjęto w 1939 r., gdy nasze wojska operacyjne miały manewrować tak, aby dotrwać do pomocy sojuszników na Zachodzie. Dziś, niestety, myśli się podobnie – będziemy się bronić manewrowo, aż nadejdzie pomoc sojusznicza i wyprzemy najeźdźcę z naszych granic. Na najwyższych szczeblach państwa nie ma myślenia strategicznego – jak uniknąć wojny, tylko myśli się operacyjne, co mamy zrobić, aby stawiać opór w razie agresji. Ten stan jest w pewnym sensie pokłosiem PRL-u, gdy za strategię odpowiadali Sowieci i to oni określali priorytety. Natomiast w Akademii Sztabu Generalnego Wojska Polskiego kształcono dowódców pod kątem operacyjnym, czyli wykonania strategii sowieckiej. Po rozpadzie Układu Warszawskiego z Polski zniknęły sowieckie strategie, ale przyzwyczajenie i myślenie o obronie tylko na poziomie operacyjnym pozostało. Wkrótce zresztą wstąpiliśmy do NATO i dla wielu wskazania strategiczne Sojuszu stały się nakazem polskiej strategii –np. rozwijanie komponentu ekspedycyjnego dla misji zagranicznych przy pomijaniu potrzeb obronnych Polski. Ten stan mamy na szczęście za sobą. Z wypowiedzi osób odpowiedzialnych za siły zbrojne jasno wynika, że na pierwszym miejscu są potrzeby obrony naszych granic.
W jakich kierunkach powinna pójść modernizacja polskiej armii?
– Dopóki nie mamy opracowanej metody i sposobu obrony kraju, nie można powiedzieć, jakiego uzbrojenia potrzebujemy. Jeśli będzie się postępować według dotychczasowej strategii, a mianowicie, że bez sojuszników się nie obronimy, to trzeba będzie zabiegać o ich pomoc, jednocześnie dowodząc swej użyteczności. Na przykład najważniejsze są relacje z Stanami Zjednoczonymi, które mają interesy globalne. Polska chcąc sobie zapewnić wsparcie amerykańskie, powinna więc uczestniczyć w operacjach zbrojnych prowadzonych przez Stany Zjednoczone. Jednak żeby mieć taką zdolność, trzeba rozwijać zdolności ofensywne wojska, zdolności ekspedycyjne. Jeśli jednak zdecydujemy, że najpierw musimy zadbać o bezpieczeństwo naszych granic, to wówczas musimy tworzyć armię defensywną, zdolną do obrony własnego terytorium. W takim przypadku potrzebna też będzie inne uzbrojenie. Raz jeszcze podkreślę – to wszystko wyniknie z odpowiedniej do naszego położenia strategii. Dlatego jest ona tak ważna.
Niedawno doradca prezydenta Putina, Siergiej Karaganow, pytany o tarczę antyrakietową, powiedział, że nie pomoże ona krajom bałtyckim, a w razie konfliktu zostanie bardzo szybko zneutralizowana…
– W mojej ocenie, jest to straszenie. Rosjanie w zastraszaniu i grożeniu są przecież mistrzami. Elementy tarczy antyrakietowej w Rumunii i w Polsce są instalacjami amerykańskimi dla zapewniania bezpieczeństwa Stanom Zjednoczonym. To zaś oznacza, że uderzając w nie Rosja, mówiąc kolokwialnie, zadarłaby z Waszyngtonem. Biorąc zaś pod uwagę potencjał, jakim obecnie dysponują Amerykanie, trudno sobie wyobrazić, aby Rosja odważyła się na wojnę. Jest to trochę tak jak w znanym powiedzeniu, że pies może na księżyc szczekać, ale nie może go ugryźć.
Wracając jeszcze do stanu polskiej armii, proszę powiedzieć, z czego jednak możemy być zadowoleni na dziś?
– Ostatnio oglądałem w telewizji rozmowę z dwoma emerytowanymi generałami. Pytani o to przez dziennikarza, stwierdzili, że należy doceniać polskiego żołnierza. Stwierdzili, że powodem do dumy powinien być patriotyzm żołnierzy, etos i duch polskiej armii. Na uwagę zasługuje też związek naszego wojska z Narodem i tę wartość należy pielęgnować.
Czy wiara w żołnierza polskiego wystarczy i zabezpieczy nas przed ewentualną agresją z zewnątrz?
– Gen. Tadeusz Kutrzeba, dowódca w bitwie nad Bzurą, wspominając wrzesień 1939 r., powiedział, że wówczas żołnierz polski otrzymał „niewykonalny rozkaz obrony Ojczyzny”. Mądrzejsi o tamte doświadczenia powinniśmy zrobić wszystko, aby w przyszłości polski żołnierz nie musiał wykonywać takich niewykonalnych rozkazów obrony kraju.