• Poniedziałek, 18 maja 2026

    imieniny: Jana, Eryka, Aleksandry

Szykujemy się do nowego rozdania

Czwartek, 11 sierpnia 2016 (12:49)

Z Andrzejem Kuchtą, przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w Polskich Zakładach Lotniczych w Świdniku, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Zbliża się koniec wakacji, a przypomnę, że MON zapowiadał, że sprawa przetargu na śmigłowiec wielozadaniowy powinna się rozstrzygnąć do końca sierpnia. Jakie nastroje panują wśród załogi PZL w Świdniku?

– Napięcie coraz bardziej rośnie, trwa wyczekiwanie wśród załogi. Tym bardziej, że w tej chwili mamy trudny okres związany z kryzysem na rynku śmigłowcowym. Niestety, póki co śmigłowce nie sprzedają się tak, jak można byłoby tego oczekiwać, a pozytywne rozstrzygnięcia w przetargu dla polskiej armii dałyby nadzieję na to, że w niedługim czasie pojawią się nowe zamówienia, które nasza firma mogłaby otrzymać. Tymczasem trwa redukcja zatrudnienia i do końca tego roku pracę straci ok. 150 osób. W związku z tym wszystko jest teraz w rękach polskiego rządu, a szczególnie w rękach Ministerstwa Obrony Narodowej.

Nie wygląda to dobrze, bo w ubiegłym roku PZL Mielec ograniczył zatrudnienie o ok. 500 osób, teraz słyszę od Pana, że zwolnienia będą w PZL Świdnik…

– U nas, w ubiegłym roku też były zwolnienia, a zatrudnienie zredukowano o 100 osób, tyle że odbywało się to na w ramach programu dobrowolnych odejść. W tym roku kolejna edycja tego programu była wyliczona na ok. 150 pracowników, natomiast zgłosiło się tylko ok. 100 osób i stąd dodatkowo ok. 60 zostanie zwolnionych. Ponadto w ramach szukania oszczędności jest u nas przewidziany program outsourcingowy polegający na przekazaniu wybranych obszarów związanych z działalnością naszej spółki do firm zewnętrznych. Jest to o tyle dobre rozwiązanie, że pracownik nie jest zwolniony, tylko zmienia mu się pracodawca. Tak czy inaczej jest to i tak liczone jako zmniejszenie zatrudnienia w firmie. W outsourcing ma być oddanych ok. 300 naszych pracowników. W sumie daje to blisko 600 osób.

Tyle że nikt nie podejmuje takich kroków, jeśli sytuacja w firmie jest stabilna…

– Oczywiście jeśli produkcja idzie pełną parą, to nie szuka się takich rozwiązań. Natomiast na chwilę obecną przeciągająca się sprawa rozstrzygnięcia przetargu śmigłowcowego z jednej strony cieszy, że nie dokonano ostatecznego wyboru, co daje nadzieję na pozytywny finał dla nas, ale z drugiej strony oznacza niepewność dla inwestorów, a także dla właścicieli PZL Świdnik. Stąd są oni niejako zmuszeni podejmować trudne decyzje, w tym związane z poszukiwaniem obniżania kosztów utrzymania stanowisk pracy, szczególnie kiedy nie można załodze zapewnić frontu robót, kiedy praca de facto ucieka.

Czym dla PZL Świdnik byłoby powtórzenie przetargu, zakładając, że do tego dojdzie?

– Oczywiście byłaby to druga szansa, powrót do gry i chyba trudno w tej chwili inaczej do tego podchodzić. Pomijając już naszą ocenę przeprowadzenia i rozstrzygnięcia postępowania przetargowego przez poprzedni rząd koalicji PO-PSL, o czym wielokrotnie już wcześniej w rozmowach z panem redaktorem wspominałem. Tak czy inaczej dzisiaj szykujemy się do nowego rozdania i liczymy, że ono nastąpi. Zgadzam się, że dużo będzie zależało od wymagań, jakie na nowo nakreśli resort obrony wobec przyszłych potencjalnych oferentów. Można się spodziewać, że w odróżnieniu od póki co trwającego jeszcze przetargu, w przyszłym nie będzie jednej wspólnej platformy śmigłowcowej. To z kolei daje szansę nie tylko jednej, ale kilku firmom na uczestnictwo w podziale tego przetargowego tortu, gdzie każdy będzie mógł dla siebie ukroić kawałek. Trzeba też będzie dostosować naszą ofertę do wymogów, jakie wojsko nakreśli. Po za tym, że najprawdopodobniej nie będzie wymogu wspólnej platformy dla wszystkich wersji śmigłowca, wymogów jeszcze nie znamy.

Jest jeszcze inna możliwość, a mianowicie wybór ofert z tzw. wolnej ręki. Czy taka ewentualność też jest brana pod uwagę?

– Jest to niewykluczone. Zakup z tzw. wolnej ręki, a więc w formie bezprzetargowej, może być dokonany ze względu na interes bezpieczeństwa państwa. Art. 346 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej mówi, że kraj członkowski dokonując zakupów na potrzeby obronności, nie musi stosować procedur przetargowych, natomiast może wskazać dowolnego dostawcę, powołując się na ważny interes obronności i bezpieczeństwa swojego kraju. Ale taką ewentualną decyzję podejmie już MON. Tak czy inaczej zgodnie z zapewnieniami obecnego kierownictwa MON, które deklaruje, że wybierając możliwie najlepszy sprzęt, jednocześnie chce dać pracę polskim firmom: PZL Świdnik, PZL Mielec i Wojskowym Zakładom Lotniczym nr 1 w Łodzi, liczymy na korzystne rozwiązanie.

Czy pomyślne rozstrzygnięcie przetargu pozwoli uniknąć redukcji etatów w PZL Świdnik, o których Pan wcześniej powiedział, że w tej chwili są nieuniknione?

– Trudno to jednoznacznie stwierdzić, bo ta redukcja została zaplanowana jako odpowiedź na sytuację, z jaką mamy do czynienia obecnie nie tylko w Świdniku, ale na całym rynku śmigłowcowym. Ten problem dotyczy zarówno zakładów naszej grupy we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii, ale także innych firm produkujących śmigłowce. Wpływ na ten kryzys i całą tę trudną sytuację ma głównie cywilny rynek związany z wydobyciem ropy naftowej. I nawet jeśli w przetargu śmigłowcowym w Polsce będziemy mieli nowe rozdanie, w co wierzę, to nie jestem pewien, czy to zatrzyma zwolnienia, czy redukcje, które już od lipca trwają w PZL Świdnik. Natomiast w przypadku nowych zamówień z całą pewnością – przynajmniej niektórzy specjaliści – mieliby szansę na powrót do pracy w firmie.  

Zakładając, że w ubiegłym roku wciąż obowiązujący przetarg zostałby rozstrzygnięty na korzyść zakładów produkujących w Polsce, to czy w tej sytuacji byłaby szansa, żeby uniknąć zwolnień w Świdniku czy w Mielcu?

– Jestem tego pewien. Oczywiście każda firma chce ciąć koszty produkcji, żeby osiągać jak największe zyski, i jest to całkowicie zrozumiałe z ekonomicznego punktu widzenia. W przypadku PZL Świdnik być może nie udałoby się uniknąć wspomnianych wcześniej działań outsourcingowych i niewykluczone, że byłyby one kontynuowane, natomiast na pewno byłaby szansa zarówno na przedłużenie umów dla osób, które są u nas zatrudnione na czas określony i co istotne pozwoliłoby uniknąć zwolnień pracowników zatrudnionych na czas nieokreślony. Ekonomiści z UMCS w Lublinie zrobili wyliczenia, z których wynika, że przy założeniu, że przetarg wygrywa jedna firma pod jedną wspólną platformą śmigłowcową – czyli tak, jak to zrobił poprzedni rząd koalicji PO – PSL oraz przy założeniu, że przetarg wygrywa PZL Świdnik, to przy realizacji tylko tego kontraktu – wliczając kooperantów – zatrudnienie zwiększyłoby się o ponad 4 tysiące pracowników.

We wtorek Francja podpisała umowę z Kuwejtem, któremu sprzeda 30 caracali za ponad 1 mld euro. Tymczasem my za 50 takich samych śmigłowców mamy zapłacić 13,5 mld złotych. Bez kalkulatora widać wyraźnie, że ktoś tu kogoś chce „oskubać”, i to na dużą kasę…

– To prawda. Zresztą jako strona społeczna podnosiliśmy te kwestie od samego początku. Również w prasie lotniczej pojawiały się zestawienia pokazujące czarno na białym, za jakie pieniądze były sprzedawane francuskie caracale w poprzednich przetargach klientom, którzy się decydowali na ten śmigłowiec. Z tego zestawienia już wówczas wynikało, że Polska zapłaci za ten sprzęt najdrożej. Jeśli zaś chodzi o kontrakt z Kuwejtem, to był on negocjowany mniej więcej w tym samym czasie, co kontrakt z Polską o dopuszczeniu Francuzów do kolejnego etapu. Okazuje się, że klient z Kuwejtu, przeliczając na cenę za sztukę, nabywa swoje śmigłowce za jedną trzecią tego, co my mielibyśmy zapłacić. Ręce opadają i można powiedzieć, że nóż w kieszeni się otwiera, bo jest to zupełnie niezrozumiałe, dlaczego za tak duże pieniądze Polska miałaby zakupić francuskie caracale, które nie są śmigłowcami nowej generacji. Pytanie też, czy odpowiednie służby, w tym prokuratura, nie powinny się tym tematem zainteresować – dlaczego akurat tak ogromne pieniądze miały być wydane na te helikoptery.

Jaki to interes, kiedy kupujemy śmigłowce drożej od innych, co więcej, pozbawiając miejsc pracy w Polsce?

– Dokładnie. Do tego dochodzi jeszcze element, który trwa obecnie, a mianowicie negocjowanie umowy offsetowej, okazuje się bowiem, że niekoniecznie to, co Airbus Helicopters deklarował na początku jako offset, a więc inwestycje w polską gospodarkę, w polski przemysł, zostanie spełnione, skoro resort rozwoju ma problem z wyegzekwowaniem zobowiązań, które zostały złożone wraz z ofertą. Skoro negocjacje trwają już tyle miesięcy, to może wskazywać na to, że coś tu jest nie tak.

Co może wchodzić w grę?

– Trudno mi uwierzyć, że to, co wynegocjował poprzedni rząd jest jasne i przejrzyste. Skoro po zmianie rządu tak dużo jest zastrzeżeń i niewyjaśnionych spraw, o których nieustannie się mówi, skoro poprzednie kierownictwo MON, pomimo deklaracji składanych nam, jako stronie związkowej, o otwartości i transparentności całego tego procesu, łącznie z tym, że nasi przedstawiciele mieli uczestniczyć na zasadzie obserwatora w tym postępowaniu przetargowym, ale ostatecznie nie zostali tam dopuszczeni, to musi rodzić pytania i wątpliwości. Nie sposób zatem, żeby nie podejrzewać jakichś nieprawidłowości. Oczywiście, nie znamy szczegółów, bo są to kwestie objęte tajemnicą negocjacji, ale tak czy inaczej sprawa ta musi być wyjaśniona.

Tak negocjowali ten kontrakt spece od ekonomii i obronności z Platformy…

– Negocjowali ten kontrakt śmigłowcowy tak, by żyło się lepiej, ale z pewnością nie nam, pracownikom zakładów lotniczych w Polsce...

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki