Polska zyskała za prezydentury Andrzeja Dudy
Wtorek, 9 sierpnia 2016 (05:31)Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Mija rok prezydentury Andrzeja Dudy. Jak z tej perspektywy należy postrzegać tą prezydenturę?
– Przyjmując skalę ocen szkolnych od 1-6, oceniłbym rok prezydentury Andrzeja Dudy na tróję. W mojej ocenie Andrzej Duda jako prezydent zawiódł. Po kampanii wyborczej, która była bardzo dobra, pokazująca atuty kandydata, a jednocześnie bogata w zapowiedzi z chwilą objęcia urzędu prezydenta jakby zeszło powietrze. Tak naprawdę po kampanii zobaczyliśmy innego człowieka. I o ile brak skuteczności w pierwszych tygodniach czy nawet miesiącach urzędowania można było jeszcze zrzucić na karb braku zaplecza politycznego w Sejmie, bo jak wiemy, władzę sprawowała wówczas Platforma wespół z PSL, to obecnie to zaplecze wprawdzie jest, ale odnoszę wrażenie, że prezydent ma problem odnaleźć się w relacjach na linii Sejm – premier – prezes PiS.
Mówiąc to, ma Pan na myśli brak samodzielności prezydenta…?
– Nie to chciałem powiedzieć. Mam raczej wrażenie pogubienia się prezydenta Dudy. Zresztą podobna sytuacja jest z premier Beatą Szydło.
Czyli konkretnie jaka…?
– Chodzi o to, że im więcej było wystąpień prezesa Jarosława Kaczyńskiego, tym bardziej zauważalne było blednięcie zarówno prezydenta, jak i premier. Pierwsze prawie pół roku urzędowania prezydenta Dudy to była próba „współpracy” z premier Ewą Kopacz i jak widzimy chociażby po sytuacji w sprawie Trybunału Konstytucyjnego nie dało się tego ustawić inaczej. Trudno było zatem oczekiwać, że jakiekolwiek propozycje ustaw miały rację bytu i przejścia w tamtym okresie, a jednocześnie rozpoczęła się kampania wyborcza do parlamentu. Można zatem powiedzieć, że prezydent Duda miał, nazwijmy to, pecha, że na rok jego urzędowania ponad cztery miesiące przypadają w okresie rządów koalicji PO – PSL. Tym samym w tym czasie prezydent był niejako sparaliżowany w swoich działaniach, bo znając atmosferę i niechęć Platformy, na próżno było oczekiwać, że zaproponowane przez Andrzeja Dudę ustawy zyskają aprobatę sejmowej większości.
To chyba najlepiej pokazuje, że prezydent w tym okresie właściwie nie miał nawet z kim rozmawiać?
– I to jest chyba jedyne usprawiedliwienie prezydenta Dudy, że od 6 sierpnia do 12 listopada w zasadzie nie miał z kim pracować.
No tak, ale czy można to traktować jako zarzut pod adresem prezydenta?
– To nie jest zarzut, ale stwierdzenie faktu. Nie chciałbym bynajmniej czynić zarzutów prezydentowi Dudzie, bo jako przewodniczący sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej mogę z uznaniem przyjąć dobór współpracownika w osobie min. Andrzeja Dery odpowiadającego w Kancelarii Prezydenta za sprawy samorządowe i kontakty z parlamentem, z którym współpracuję na co dzień. Mogę zatem powiedzieć, że jeśli chodzi o sprawy samorządowe, to prezydent Duda bardzo poważnie podchodzi do tego tematu, co widać chociażby po pewnych pomysłach czy projektach ustawodawczych. I tu nie widzę problemów, przeciwnie jest otwartość, dialog, szukanie pomysłów. W tym zakresie mogę postawić zdecydowanie wyższą ocenę mianowicie piątkę.
Prezydent Duda zredukował swoje zapowiedzi co do pomocy frankowiczom. Czy jest to wyraz odpowiedzialnego podejścia do tej kwestii, czy może bezradności wobec problemu, także biorąc pod uwagę zmianę sytuacji w Europie w związku z Brexitem i kolejną fazą kryzysu w sektorze bankowym?
– Ta sprawa powinna być lekcją na przyszłość dla wszystkich ubiegających się o najwyższy urząd w Polsce. Prezydent przy całym szacunku dla głowy państwa nie jest osobą, która wszystko może i nie jest prawdą, że wszystkie zapowiedzi czy deklaracje, jakie składa kandydat, są do zrealizowania. Sprawa tzw. frankowiczów jest tego najlepszym przykładem czy nauczką.
Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że kampania wyborcza różnego szczebla to także swojego rodzaju koncert obietnic…
– No tak, ale w przypadku ubiegania się o najwyższy urząd w państwie nawet ten koncert obietnic musi być jak najbardziej realny i możliwy do spełnienia, a jednocześnie dobrze przemyślany. Tak się składa, że jestem posłem wnioskodawcą i zajmuję się propozycją ustawy frankowiczowskiej Ruchu Kukiz’15 i w tym projekcie przejętym przez nas od frankowiczów nie ma mowy o tym, że są to kredyty walutowe. My mówimy wyraźnie, że są to kredyty indeksowane i denominowane, a więc trudno jest przewalutować coś, co de facto jest złotówką. Trudno jest zamienić złotówkę na złotówkę, bowiem tak działał system, o którym mówimy. Mam wrażenie, że dzisiaj mamy do czynienia ze źle zdefiniowanym problemem i źle argumentowanym, bo gdyby kredytobiorcy dostali do ręki franki, euro, dolary, to byłaby pełna zgoda, że są to kredyty walutowe. Ale ci ludzie dostali do ręki złotówki i żadnej obcej waluty nie widzieli nawet na oczy, co więcej nie było żadnych, ale to żadnych ruchów walutowych na rynku franka szwajcarskiego, co zresztą potwierdził Bank centralny Szwajcarii. Pytanie zatem – jak można było przewalutować coś, czego nie było? Jak można mówić o kosztach społecznych czegoś, do czego nie doszło? I tu jest problem. Mam wrażenie, że prezydent czy może raczej jego zaplecze do tego źle podeszło i że źle zdefiniowano ten problem, bo problemem nie jest przewalutowanie, ale problemem jest to, aby tzw. kredyty walutowe, które w rzeczywistości były indeksowane i denominowane rozliczyć jako kredyty złotówkowe i ponownie je przeliczyć, tak jak to powinno być zrobione od początku, a więc w złotówkach. I tyle!
No dobrze, ale czy pozwoli na to lobby bankowe?
– Ale jest to już problem tegoż lobby bankowego. Oczywiście nie wierzę w to, że lobby bankowe odpuści, ale wiem jedno, że nasz projekt w odróżnieniu od projektu prezydenckiego ma już nadany numer sejmowy i jest skierowany do pierwszego czytania. Możemy dyskutować o wielu sprawach i zarówno pan, jak i ja zdajemy sobie sprawę, że pochylamy się nad gabarytowo wielkim zagadnieniem, nad którym wszyscy dyskutują, a bankowcy są tu pierwszymi, ale chcę wyraźnie podkreślić, że banki już dawno na tych kredytach zarobiły i nikt do nich nie musi dopłacać. Jednocześnie nie jest prawdą, jakoby ta operacja miała zachwiać polskim systemem bankowym. Prawda jest taka, że od kilku miesięcy mamy sytuację, gdzie wielkie korporacje masowo wycofują swoje aktywa z polskiego rynku, bowiem mają świadomość tego, co narobiły z tzw. kredytami walutowymi i jednocześnie wiedzą, że prędzej czy później będą musiały ponieść takie same konsekwencje, jakie poniesiono na zachodzie Europy. Za takie same operacje na zachodzie Europy w latach 90. wszystkie banki poniosły sromotne kary. Banki robią, co mogą, żeby móc żerować na naiwnych klientach. Tyle że wszystkie państwa unijne załatwiły u siebie ten problem, a Polska jest przysłowiowym ogonem, który nie potrafi się z tym tematem uporać. I nie ma co dyskutować o lobby bankowym, bo rzecz dotyczy 700 tysięcy polskich nie osób, a rodzin. Gra idzie o przyszłość, o być albo nie być tylu Polaków. Afera z Amber Gold to jest przysłowiowy pikuś przy tym, z czym mieliśmy do czynienia z operacją przy tzw. kredytach walutowych.
Wracając jednak do podsumowania roku prezydentury Andrzeja Dudy, jak ocenia Pan zagraniczną zwłaszcza wschodnią politykę obecnego prezydenta?
– Również w tym aspekcie należy ocenić wysoko aktywność prezydenta Dudy. Dużo ważnych i dobrze przygotowanych wizyt, co więcej prezydent Andrzej Duda wraz z żoną Agatą Kornhauser-Duda prezentują zupełnie inną jakość wizerunkową Polski na zewnątrz, niż obserwowaliśmy przez ostatnie pięć lat. Możemy powiedzieć, że Polska ma prezydenta, który bez najmniejszych kompleksów porusza się po politycznych salonach świata, prowadzi rozmowy z głowami innych państw. Jest osobą obytą, aktywną, świetnie odnajdującą się na międzynarodowej scenie i to jest niewątpliwy plus prezydenta Andrzeja Dudy.
Zwłaszcza na tle pomnikowej, wyniosłej prezydentury Bronisława Komorowskiego…
– Jeśli chodzi o sprawy zagraniczne, to o ile prezydent Komorowski unikał wizyt zagranicznych, żeby nie powiedzieć, że się ich bał, to prezydent Duda wprost przeciwnie. Polityka zagraniczna prezydenta to jest także odpowiedź na to, co się dzieje na zewnątrz czy to w Unii Europejskiej, czy u naszych sąsiadów i to wszystko wymaga precyzyjnych dyplomatycznych działań. Sądzę, że w tym zakresie Polska za sprawą prezydenta Andrzeja Dudy z pewnością zyskała.
A jeśli chodzi o politykę wschodnią?
– Polityka wschodnia jest bardziej złożonym problemem. Po pierwsze, należałoby zaznaczyć, że nie możemy mówić o samodzielnej polskiej polityce wschodniej, bo póki co na płaszczyźnie UE jest realizowana niemiecka polityka wschodnia. Rosjanie poprzez swoje silne lobby na gruncie europejskim czy to w Niemczech, we Francji czy we Włoszech i wielu innych państwach skutecznie rozbijają jedność czy solidarność europejską. Przykładem może być Nord Stream 1 czy Nord Stream 2. I niestety póki co nie mamy czegoś, co można byłoby określić mianem polskiej polityki wschodniej, przeciwnie mamy okres bezwładu. Chcę też zwrócić uwagę, że prezydent Andrzej Duda na dzień dzisiejszy odbudowuje to, co przez ostatnie pięć lat prezydentury zostało zaniechane, zaniedbane, a więc basen Morza Kaspijskiego, Gruzja, Azerbejdżan, a więc okolice państw bałtyckich. To są rejony zaniedbane w polskiej polityce zagranicznej, które wymagają odbudowy.
Czy polityka Polski ukierunkowana na i odbudowująca Grupę Wyszehradzką może być alternatywą wobec polityki Niemiec, które bardziej dbają o interesy rosyjskie niż państw członkowskich UE?
– Każde szanujące się państwo musi mieć swoje interesy i Grupa Wyszehradzka jest doskonałą przestrzenią, gdzie spotykają się kraje, które są członkami UE, a jednocześnie wywodzą się z dawnego bloku wschodniego. W związku z tym, mając doświadczenia z tamtej epoki, nie chcą powrotu do centralnego sterowania i jedynego słusznego organu władzy, a jednocześnie nie chcą utraty tak ciężko wywalczonej suwerenności i wolności. Grupa Wyszehradzka jest świetną płaszczyzną, aby się wzajemnie wspierać i dbać o interes tych państw. Natomiast polityka nazywana szumnie polityką wschodnią UE jest de facto polityką pod dyktando Niemiec i w pierwszym rzędzie ma na celu realizację niemieckich interesów. Wszyscy też wiedzą, jaką grę prowadzą Rosjanie.