Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Bez jazdy jestem w drodze…
Poniedziałek, 8 sierpnia 2016 (11:38)…drodze do odkrycia Boga. Niedziela to dzień bez budzika, bez jazdy na rowerze (nie dla wszystkich – Rafał Majka – gratulujemy1!), dzień odpoczynku i nabrania sił na kolejny tydzień. Jest to także dzień na przygotowanie ubrań czy sprzętu. Skoro mowa o przygotowaniu ubrań. Pranie w rękach przez mężczyzn może wydawać się niewykonalne, ale nie w NINIWA Team, dlatego drogie żony, narzeczone, a przede wszystkim mamy męskiej części grupy – możecie być bardzo dumne. Każdy z nich potrafi to robić.
Na chwilkę wrócimy do sobotniego wieczoru, kiedy to odbyło się spotkanie całej grupy w tzw. kółku. Spotkanie polega na tym, że każda osoba (bez przymusu) mówi o całym tygodniu, swoich przemyśleniach na temat jazdy, opowiada o swoich najciekawszych czy najtrudniejszych momentach. Spotkanie trwało aż 3 godziny. Dzięki niemu grupa doszła do wniosku, że atmosfera jest bardzo dobra, każdemu zależy, jest duże zaangażowanie całej ekipy. Panuje duża troska o innych oraz poczucie misji „Jezu, ufam Tobie”, a także poczucie, że wszystko się układa.
Idąc dalej. Noc w jednym pomieszczeniu ma swoje plusy i minusy. W namiocie jest spokojniej, każdy ma swój własny kąt, natomiast 38 osób naraz – tu może być różnie. Wystarczy, że jedna osoba chrapie, a drugiej nie daje to spać. Na szczęście podczas tej nocy wszyscy wypoczęli. Rano nikt nie miał nastawionego budzika. Oj, jak dobrze pospać dłużej…
O godzinie 11.45 rozpoczęła się Msza św. w języku polskim w kościele pod wezwaniem św. Mikołaja. Oprócz NINIWA Team uczestniczyło w niej pomimo okresu wakacyjnego aż 50 Polaków mieszkających w Kijowie. Ojciec Tomasz przewodniczył, wygłosił kazanie, mówił o tym, jak przyjmują ich Ukraińcy, jak wielka życzliwość płynie z ich serc. W trudnym dla nich czasie te słowa były bardzo pocieszające i napawające optymizmem. Czytania i psalm zostały podzielone między uczestników wyprawy. Znalazła się nawet gitara, między innymi dlatego ta Eucharystia miała swój niepowtarzalny klimat. Po jej zakończeniu wszyscy śpiewali piosenki, nikt nie chciał wyjść z kościoła, tylko śpiewać i się radować, być zaangażowanym w drogę do odkrycia Boga.
Ekipa wsiadła do metra i pojechała na obiad. Przekazują, że możemy zazdrościć Ukrainie metra. 3 linie z wieloma przystankami brzmią jak wielka aglomeracja przy naszej jednej czy tam prawie dwóch. Zatrzymali się na placu niepodległości – Majdanie, przy tablicy upamiętniającej poległych w zamieszkach z 2013 roku, odmówili koronkę, chwilę pospacerowali i pojechali dalej.
Czas na obiad. Smaki regionalnej kuchni, wystrój sal jakby w muzeum historycznym i najważniejsze – niskie ceny, to wszystko przyciągnęło grupę, by właśnie tam zjeść obiad. Puzata Chata, bo o tej restauracji mowa, gościła już kilka lat wcześniej NINIWA Team. Wtedy smakowało, to i teraz nie mogło być przecież inaczej. Ojciec przekazał, że chyba popełnili grzech obżarstwa, ale lepiej żeby grzeszne ciało pękło, niż dar Boży się zmarnował.
Po obiedzie czas wolny, dla chętnych zwiedzanie, zakupy, odpoczynek, relaks. I najważniejsze – kontakt z rodziną. Telefony w dłoń i każdy już wie, że wszyscy żyją i wyprawa bardzo się podoba. Bardzo dziękujemy wszystkim za okazaną życzliwość drogą SMS, FB itp. To bardzo duże wsparcie dla grupy, a przede wszystkim odczuwalna moc modlitwy.
Przemek z ekipy technicznej część swojego wolnego czasu przeznaczył na dokupienie potrzebnego sprzętu rowerowego. Tutaj składamy wielkie podziękowania na ręce ojca Siergieja, który udostępnił swój czas i samochód, by dotrzeć do kilku sklepów. Czas wolny trwał do 20.00, o tej godzinie wszyscy zebrali się na wspólnej modlitwie oraz ogłoszeniach. Za chwilę spokojny sen i nowy tydzień. Kilka osób pakuje rowery na jutro, a niektórzy nawet robią już sobie śniadanie. Może po to, żeby pospać tych kilka minut dłużej.
Na koniec mała ciekawostka. Grupa przejechała już 1063 km. Gdyby pomnożyć ten wynik przez liczbę uczestników, wyjdzie, że NINIWA Team okrążył już ziemię. Niezły wynik jak na 1/8 wyprawy, prawda?
I jeszcze na sam, ale to już sam koniec, wyjaśnienie piątkowego zniknięcia roweru. Pojawiły się pytania, jak do tego doszło, że rower zniknął. A no zniknął i nie było. A tak całkiem poważnie, to nikt z ekipy nie ma pojęcia, kto i kiedy go zabrał. Rowerzyści wiedzą, że stało się to w nocy, kiedy wszyscy spali. Mają też pewne, bardzo realne przypuszczenia co do osoby – ktoś szedł i chciał dotrzeć do pewnego miejsca szybciej niż piechotą, dlatego zabrał rower, a po przejechaniu około kilometra porzucił go. Jedyne co jest pewne to to, że nie był to kawał uczestników, no i że w rowerze nie urosły skrzydła i nie poleciał (ba dum tss). Mam nadzieję, że choć trochę wyjaśniłem.
Bartosz, NINIWA Team