• Poniedziałek, 18 maja 2026

    imieniny: Jana, Eryka, Aleksandry

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Żyć dla innych

Sobota, 6 sierpnia 2016 (17:50)

Trzeba umrzeć dla siebie, by żyć dla miłości. Dzisiejsza liturgia słowa najlepiej pokazuje to, do czego powinniśmy dążyć w naszym życiu. Uczestnicy wyprawy doświadczają tego przy każdym pokonanym kilometrze. Muszą wyzbyć się myślenia o sobie, patrzenia tylko na siebie, muszą umrzeć dla siebie, by żyć dla miłości, dla bliźniego, dla kolegi i koleżanki jadących za lub przed.

To „już” lub jak ktoś woli „dopiero” piąty dzień, a owoce, czyli jedność grupy i ich współpraca, wyglądają tak, jak gdyby jeździli razem od kilku lat.

Dzień rozpoczął się niezwykle. Pobudka, podział na grupy i tutaj chwila uwagi, bo grupy dziś były podzielone według… numerów telefonów. Podziału dokonał Karol Dikta, który miał listę uczestników wraz z numerami telefonów wydrukowaną jeszcze przed wyprawą. „Padło pytanie, czy ktoś chce taką listę, no to wziąłem, bo może się przydać”. No i się przydała. Podział na grupy dokonany, chwila dla siebie i… brakuje roweru. Po raz pierwszy w historii wypraw NINIWA Team zdarzyło się, by ktoś rano się obudził i nie zobaczył swojego roweru. Padło na Mateusza Szczupaka i jego rower. Cała grupa rozpoczęła poszukiwania. Były nawet podejrzenia, że ktoś zrobił dowcip i go schował lub ktoś był w pilnej potrzebie, by wystartować na Igrzyskach Olimpijskich w kolarstwie i wziął jeden. Niestety, nadal roweru brak. Uczestnicy wpadli na pomysł, by zrobić zrzutę i kupić nowy. Wszystko działo się po godzinie 6.00, co opóźniało wyjazd grupy i jazdę w najlepszych do tego warunkach atmosferycznych. I tutaj mały wyjątek, ponieważ jest jedna osoba, która wyjeżdża odrobinę wcześniej od grupy na tak zwane „samotne misje”, by przetrzeć szlaki swoją wiedzą po przejechanych aż 15000 km w życiu. Tą osobą jest Pan Leon. Grupa miała już plan. Wysłać Mateusza i Michała Pielę z pieniędzmi do Kijowa, gdzie mieli kupić nowy rower i dołączyć do grupy. Gdy wyjeżdżali, z oddali zobaczyli wracającego Pana Leona. Ktoś mógłby pomyśleć, że pojechał w złą stronę i wraca, ale nie. Pan Leon jechał, prowadząc drugi rower. Dobrze myślicie – był to rower Mateusza. Kogoś to dziwi? Przecież to jest misja JuT, ktoś na pewno pomodlił się do św. Antoniego. I jest. Grupa straciła 40 minut cennego i chłodnego czasu, jednak dzięki Bożej pomocy nie straciła roweru i mocy do dalszej jazdy.

Spokojne kilometry mijały w coraz cieplejszych warunkach, trasa nie była bardzo trudna, jednak temperatura była coraz wyższa i wyższa, co nie pomagało w jeździe. Pierwsza przerwa po 50 km. Małe zakupy, chwila oddechu i kolejne 50 km. Teraz czas na przerwę obiadową. Nie, nie dla Ciebie – uczestniczy mieli przerwę. (żart Żartosza – ba dum tss). Grupa zatrzymała się w mieście Nowogród Wołyński. Czas na Mszę, obiad, koronkę i w drogę.

Najtrudniejszy etap dnia. Temperatura powietrza była bardzo wysoka, co powodowało dodatkowe zmęczenie i rozkojarzenie. Zdarzył się upadek Pawła Tałajczyka, nie był groźny, a jego skutki to drobne odrapania skóry. Paweł stawia na pokonywanie słabości, dlatego drobne otarcia to nie powód do płaczu. Kolejny upadek. Robert Jaruszowiec. Również nic się nie stało, przecież strażacy to twardzi ludzie. Oba upadki to skutek upału, jaki towarzyszył dzisiejszej drodze. Kolejny upadek, niestety podwójny. Zderzyli się Ola Krupa i Mateusz Szczupak, któremu przebiła się dętka. Oboje bez większych obrażeń kontynuowali jazdę. Kolejne zdarzenie to przebita opona i dętka Karola Dikty. Jednak zdolności grupy technicznej nie spowolniły tempa jazdy. Patent na wymianę dętki, podklejenie opony, a przede wszystkim szybkość serwisu były zdumiewające. Karol zaznaczył w rozmowie, że zasadą grupy jest czekanie na osobę, której rower jest naprawiany. Widoczna jest wtedy jedność i to, że nie mamy patrzeć na siebie, myśleć o sobie, ale myśleć o innych. Doświadczony poprzednią wyprawą Karol, wie, czego można się spodziewać na takiej wyprawie. Służy innym swoją wiedzą, pomaga słowem i radą. Sam doszedł do wniosku, że na tej wyprawie będzie jechał spokojniej, by lepiej ją przeżyć.

Po trudnych i męczących kilometrach dotarli do miasta Martynivka. To, że nasi wschodni sąsiedzi są gościnni, wie każdy uczestnik. Mało tego. To gospodyni dziękowała grupie, że do nich przyjechała. Czas na wspólną modlitwę, do której dołączyli gospodarze, po jej zakończeniu cała rodzina zaczęła gotować kartofle, szykować prawdziwą ucztę dla strudzonych drogą gości. Mieli miejsce, by rozbić namioty, no to przyszedł czas na prysznic. Nie wodę z węża, ale prawdziwy prysznic. Zrobiony z dużej beczki, w której od słońca nagrzewa się woda i leci przez „słuchawkę”, by można się umyć.

Gościnność to za małe słowo. To, czego doświadcza grupa, to jakby przyjęcie dla najzacniejszych gości i zapewnienie im jak najlepszych warunków. Myślę, że aby się tego nauczyć, warto skierować głowę na wschód, nie na zachód.

Grupa w trakcie rozmowy telefonicznej po części już wykąpana, po części najedzona. Niektórzy zbierają się do snu, inni omawiają przebyte kilometry. Dzień był bardzo trudny, upalny, ale nikt nie zapomniał, po co jedzie. By prosić o Boże miłosierdzie dla świata.

Bartosz, NINIWA Team