Proces przywracania normalności
Sobota, 23 lipca 2016 (05:16)Z Janem Marią Jackowskim, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, zastępcą przewodniczącego senackiej Komisji Kultury i Środków Przekazu, rozmawia Rafał Stefaniuk
MSWiA chce usunięcia tablic upamiętniających funkcjonariuszy komunistycznego aparatu represji, a więc byłych esbeków i milicjantów z posesji należących do policji. Warto podejmować tę kwestię?
– Oczywiście, że należy ją podjąć, bo inaczej dalej żylibyśmy w schizofrenii. Z jednej strony w Konstytucji potępiamy reżim komunistyczny, a z drugiej zbrojne ramię tamtego systemu jest honorowane w przestrzeni publicznej, i to jeszcze w obiektach podległych ministrowi spraw wewnętrznych. Policja jest wizytówką każdego państwa. Jest to w jakiś sposób zastanawiające, że nasze życie publiczne aż tak daleko się rozjeżdża.
Teraz, 27 lat po symbolicznym upadku komunizmu, ruch ten może wyjść poza symbolikę?
– Lepiej późno niż wcale. Zgadzam się z panem, że to trzeba było zrobić 27 lat temu. Należę do tych uczestników życia publicznego, którzy postulowali to od początku przemian systemowych. Jak się okazało, ideologia grubej kreski premiera Tadeusza Mazowieckiego była silniejsza. Tak doprowadzono do relatywizacji odpowiedzialności za komunizm. Przez lata brakowało w naszym życiu publicznym oddzielenia wyraźną cenzurą moralną PRL-u od odradzającej się Rzeczypospolitej. Przypomnę, że Senat przyjął ustawę, która potocznie jest nazywana „ustawą o dekomunizacji ulic”. To było konieczne, bo samorządy III RP same z siebie nie były w stanie tego zrobić. Teraz powoli nadrabiamy zaległości.
Raz po raz powtarzane są postulaty usunięcia symboli komunistycznych z krajobrazu naszych miast. Jednak czy to nie jest część naszej historii? Przeszłości nie da się zmienić.
– Dekomunizacja nie oznacza, że ten okres będzie wymazany z dziejów Polski. Ale nie może być tak, że w przestrzeni publicznej honoruje się osoby, które były związane z systemem represji PRL. We wszystkich krajach postkomunistycznych w Europie, poza Rosją i Białorusią, podjęto tego rodzaju działania. Jest to naturalny proces przywracający normalność.
Byli funkcjonariusze SB mają dostać też po kieszeniach, gdyż czeka ich obniżka emerytur. Pojawia się pytanie, co z ich ofiarami, które są w trudnej sytuacji materialnej.
– Jest to ogromny problem. Należę do ludzi, którzy uważają, że osoby, które w PRL otrzymały wyroki skazujące ze względów politycznych, są pokrzywdzone. Wobec tego powinny otrzymać stosowne świadczenia. Poniekąd takie świadczenie istnieje, ale ono jest tak niskie, że nie może kogokolwiek zadowolić. To należałoby zmienić. Mam nadzieję, że gdy tylko sytuacja budżetowa się polepszy, to stosowne rozwiązania zostaną przyjęte. Ten problem wymaga rozwiązania, bo jest to wyjątkowo przykre, że wśród dawnych opozycjonistów są osoby, które z trudem wiążą koniec z końcem. Nawet ich emerytury nie pozwalają na spokojne życie, bo niektórzy z nich przez dłuższy czas nie odkładali składek, gdyż w wyniku swojej działalności opozycyjnej albo podupadli na zdrowiu, albo byli zwalniani z pracy. Wśród nas powinna obudzić się odpowiedzialność społeczna za te osoby. Także Ojczyzna ma wobec nich swój dług moralny. Wyższe świadczenia nie wyrównają strat fizycznych i psychicznych, które te osoby poniosły, ale będą przejawem solidarności.
Dekomunizacja trwa, a – jak twierdzą niektórzy – jeszcze się nie zaczęła. Widzi Pan determinację w nowym prezesie IPN dr. Jarosławie Szarku do skutecznej walki ze spuścizną komunizmu w Polsce?
– Podczas przesłuchań w Senacie byłem zbudowany postawą pana dr. Jarosława Szarka. Ma jasną i klarowną wizję IPN, który będzie działał w ramach nowej ustawy, a więc z poszerzonym obszarem chronologiczny działań. Przypomnę, że Instytut będzie się zajmował historią Polski od rewolucji październikowej w 1917 r., czyli od początku komunizmu w Europie. Doktor Szarek sprawia wrażenie osoby, która jest doskonale przygotowana do pełnienia tej funkcji, a jednocześnie zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka stoi przed Instytutem.