Nie można budować na kłamstwie
Poniedziałek, 11 lipca 2016 (20:20)Z dr. hab. Włodzimierzem Osadczym, dyrektorem Centrum UCRAINICUM Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, rozmawia Marta Ziarnik
Co Pan sądzi o liście ukraińskich polityków i duchownych, apelujących o wzajemne wybaczenie sobie ludobójstwa na Wołyniu?
– Po przeczytaniu tego listu odniosłem wrażenie przygnębiające i bardzo zasmucające. A to dlatego, że to kłamstwo, które od dziesiątków lat kształtuje relacje polsko-ukraińskie, nadal się utrwala i jest firmowane przez osoby, które uchodzą za ukraińską elitę. Inna sprawa, że trzeba by poddać weryfikacji jakość tych elit, kiedy dwóch byłych prezydentów zostawiło bardzo marny ślad w historii.
Podpisali się pod nim również dostojnicy ukraińskiego Kościoła.
– To jest kolejny przykry fakt, że hierarchowie Kościołów dali się wciągnąć w dyskusję, która utrwala kłamstwo i nie tylko że nie przybliża naszych narodów do pojednania, lecz także nie wyciąga ręki do społeczeństwa ukraińskiego, aby pewne kłamstwa wyjaśnić.
Ale chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze inny jego element. A mianowicie, że żaden z duchownych, którzy podpisali się pod tym listem, nie pochylił się nad problemem, który stanowi ważną część etyczną funkcjonowania społeczeństwa ukraińskiego. 100 tys. ludzi nie jest pogrzebanych do dnia dzisiejszego. Mówią, żeby przekazać dyskusję historyczną historykom. Ale to nie jest tylko nauka. Prawdopodobnie poza Polską nie ma innego kraju, który by się nie upominał o ponad 100 tys. szczątków ludzkich ustawicznie narażanych na bezczeszczenie i profanację. A taka sytuacja jest obecnie na Ukrainie. Tylko znikoma część ofiar została pogrzebana, pozostała zaś jest bezczeszczona, co możemy obserwować chociażby na przykładzie Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. Tam dopóki nie powstał Memoriał, kości ofiar były regularnie bezczeszczone. Niestety, nie jest to sytuacja odosobniona. Szkoda więc, że hierarchowie nie wyrazili żalu, że około 200 duchownych ofiar tego ludobójstwa w żaden sposób nie zostało uczczonych, w tym też kapłani z Kościołów prawosławnego i greckokatolickiego, uważanych za tradycyjne ukraińskie Kościoły, które padły ofiarami ludobójstwa banderowskiego.
Wymownym faktem jest także to, że do wypracowania wspólnego stanowiska nie został zaproszony Kościół rzymskokatolicki na Ukrainie. A to on przecież był pierwszą ofiarą rzezi, to jego wierni i kapłani padali ofiarami okrutnych zbrodni. Czy głos przewodniczącego Konferencji Episkopatu Ukrainy ks. abp Mieczysława Mokrzyckiego, wieloletniego sekretarza św. Jana Pawła II, nie zasługuje na uwagę i uwzględnienie przy przygotowaniu takiego dokumentu?
Sygnatariusze listu twierdzą, że zależy im na ostatecznym pojednaniu.
– Nie można budować pojednania na kłamstwie i przemilczeniach. Stroną najbardziej zainteresowaną tym, ażeby sprawa ludobójstwa na Wołyniu została wypowiedziana, a zbrodnia osądzona, powinna być Polska.
W liście podkreślono kilkukrotnie, że Ukraińcy są także stroną pokrzywdzoną.
– Zgadzam się z tym. Strona ukraińska jest również poszkodowana, gdy chodzi o społeczeństwo, gdyż jest ono poddawane pewnym eksperymentom. Na naszych oczach banderowski nacjonalizm staje się ideologią, elementem scalającym naród i tworzącym nowe społeczeństwo. Paradoksalnie tzw. przeprosiny ukraińskich elit ukazały się w tym samym czasie, kiedy w ukraińskiej stolicy nowe władze wyeksponowały Banderę i Szuchewycza w nazwach ulic. Czyli mamy do czynienia z wielkim zakłamaniem, tworzeniem nowej wspólnoty aspirującej do wartości europejskich w oparciu o zbrodnicze ideologie. Do niczego dobrego to nie doprowadzi, natomiast skutki tego widzimy dziś, kiedy ukraińska młodzież przyjeżdża do Polski – czy to na studia, czy do pracy. Ci młodzi ludzie zostali przez władze zwyczajnie okaleczeni historycznie i mentalnościowo, bo wmawia się im, że zbrodnia jest czymś dobrym.
Ja ten list odebrałam jako pewną formę szantażu.
– Ten element szantażu, o którym pani mówi, jest jak najbardziej widoczny. Proszę zwrócić uwagę, że ten czynnik rosyjski jest eksploatowany bez hamulców. Podaje się go jako główną motywację „pojednania”, dla którego można poświęcić prawdę, sprawiedliwość i honor obu narodów. W tej sytuacji omawiane pismo wskazuje, że jest to tylko kolejna manipulacja.
Czas wystosowania pisma też nie jest przypadkowy.
– Dokładnie. Przed rocznicą tzw. Krwawej niedzieli na Wołyniu z 11 lipca 1943 roku. Jednocześnie jesteśmy w przededniu kolejnej dyskusji nad uznaniem tej zbrodni za zbrodnię ludobójstwa. W Polsce zmieniła się sytuacja polityczna i do władzy doszły siły patriotyczne, które stanowią większość parlamentarną i które wielokrotnie podkreślały chęć rozwiązania ludobójstwa wołyńskiego poprzez nazwanie tej zbrodni po imieniu. Wiemy, że zostało już przygotowanych kilka projektów ustaw sejmowych związanych z tym krwawym wydarzeniem, wokół których toczyć się będzie dyskusja. Jednocześnie będzie dostępny film o tych dramatycznych wydarzeniach. Także nie da się schować tego faktu pod dywan. Bez potępienia zbrodni nie może powstać Ukraina europejska, nie da się budować dobrych relacji również wewnątrzukraińskich. Tu nie może być drogi na skróty.
Pierwszym krokiem ku normalności powinno być upamiętnienie w kalendarzu narodowym dnia 11 lipca jako dnia upamiętnienia ofiar ludobójstwa. Jest to ogromnie ważna rzecz.