Widmo Brexitu
Środa, 22 czerwca 2016 (23:07)Czy Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej?
Nie ma wątpliwości, że Unia Europejska zmierza w kierunku coraz silniejszego ograniczenia narodowej suwerenności państw członkowskich UE: suwerenności politycznej, kulturowej, a nawet suwerenności religijnej. Niezależnie od tego, że wiele się mówi o „pomocniczości”, faktem jest, że instytucje europejskie przejmują coraz więcej władzy.
Prowadzi nas to do referendum, w którym Brytyjczycy zdecydują o tym, czy pozostaną w strukturach UE. Najgłębsze powody szeroko rozpowszechnionego nastawienia anty-UE w Wielkiej Brytanii związane są z brytyjskim narodowym charakterem, który sprawia, że Brytyjczycy niechętni są naruszeniu ich jakichkolwiek wolności i tradycji. Kochają królową, kochają swojego funta szterlinga, kochają swój parlament, tak samo jak kochają jeździć lewą stroną. Dziękują Bogu za to, że są wyspą, i niechętnie patrzą na to, co jest poza nią. Gdy studiowałem w Wielkiej Brytanii, zapamiętałem tytuł w jednej z ich narodowych gazet: „Gęsta mgła nad Kanałem Angielskim. Kontynent odizolowany”. Trzeba przywołać uroczystości związane z diamentowym jubileuszem królowej, aby mieć dokładny obraz, jak dumnym narodem są Brytyjczycy. Królewskie Regaty przyciągają ponad milion ludzi do brzegów Tamizy pomimo ulewnego deszczu.
Czy wyjdą z UE? Nie wiadomo. Sondaże pokazują, że głosy rozkładają się niemal po równo.
Nawet jeśli partia za UE wygra, to myślę, że sama idea zjednoczonej Europy spotka się z poważnym problemem. Pojawiły się pewne polityczne projekty, ważne i dalekosiężne; nie mogą być przeprowadzone, jeśli prawie 50 proc. populacji jest przeciwko.
Mam nadzieję, że inne kraje, być może z Polską na czele, przeciwstawią się wzrastającej władzy instytucji europejskich i ustanowią granicę, niczym Rubikon, której instytucje te nie przekroczą.
W stronę Związku Sowieckich Republik Europejskich?
W roku 2001 przeprowadziłem w Rzymie wywiad ze znanym rosyjskim dysydentem Włodzimierzem Bukowskim. Jego klarowna analiza sytuacji, w jakiej znajduje się Rosja (np. przewidział, że Włodzimierz Putin stanie się „nowym carem”), była równa jego analizie sytuacji, w jakiej znajduje się Europa. „Zmierzamy w kierunku utworzenia Zjednoczonych Europejskich Sowieckich Socjalistycznych Republik”, ostrzegał, wskazując palcem, by dobitniej podkreślić to, co mówi.
Dziś ta idea, że Unia Europejska szybko staje się rodzajem „Stanów Zjednoczonych Europy”, jest coraz powszechniej przyjmowana. I raczej zgadzam się z Bukowskim: staje się Unią Europejską Sowieckich Socjalistycznych Republik. Innymi słowy, nie stajemy się jak USA, ale jak ZSRS.
Pierwszą rzeczą, jaka uderza w przypadku Unii Europejskiej, jest brak demokratycznej legitymizacji. Z punktu widzenia technicznego pod wieloma względami może być porównana do dyktatury, to znaczy do władzy, która nie odpowiada przed ludźmi, a której trudno się przeciwstawić lub od której trudno się uwolnić.
Politycznie i ekonomicznie rządzą nami niepochodzący z wyboru technokraci, jak przewodniczący Komisji Europejskiej i prezes Centralnego Banku Europejskiego, który na dodatek jest instytucją prywatną. Po raz pierwszy w historii prywatny bank kieruje polityczną ekonomią 19 państw.
Nie jest lepiej w Parlamencie Europejskim. Chociaż pochodzą z wyboru, to europosłowie też w swym działaniu przed nikim nie są odpowiedzialni. Kto śledzi, co dzieje się w Strasburgu lub w Brukseli? Jakie realne możliwości posiada obywatel Europy, by włączać się w procesy decyzyjne? Praktycznie żadne.
Eksperci mówią eufemistycznie o „deficycie demokracji” w zarządzaniu Unią Europejską. Możemy przeczytać w czasopiśmie poświęconym Prawu Europejskiemu: „Wyborcy w ramach UE nie czują, aby mieli jakiś skuteczny sposób, pozwalający na pozbycie się ’rządu’, którego nie chcą, i aby w pewien sposób mogli zmienić kierunek prowadzonej polityki… Niezadowolenie z Europy wyraża się w coraz niższej frekwencji wyborczej, która w 2009 r. osiągnęła najniższy poziom 4 proc.”.
Podobnie jak w starym ZSRS kraje członkowskie są wirtualnie niezdolne do opuszczenia Związku. Gdy referendum narodowe daje wynik negatywny (jak w Irlandii w 2008 r. i w Danii w 2015 r.), UE po prostu zarządza nowe referendum, jedno po drugim, aż wynik będzie pomyślny, i ten staje się ostatecznie wiążący. Gdy traktat nie jest przyjęty jednogłośnie (Traktat Nicejski), to po prostu zmieniają jego nazwę i zarządzają referendum na nowo (Traktat Lizboński). W rzeczywistości jedynym krajem, który wyszedł z Unii, jest Grenlandia, w roku 1984. Ale to był przypadek specjalny, bo Grenlandia przyłączyła się do Unii jako część Danii.
Pierwsze zagrożenie dla Unii Europejskiej płynie ze strony Wielkiej Brytanii, w której referendum zostanie przeprowadzone 23 czerwca, to słynny Brexit.
Choć możliwa legalnie, to opozycja wobec Unii Europejskiej jest bardzo trudna. Kraje, które chcą się z Unii wydostać albo przyjąć inną politykę, są zastraszane olbrzymimi sankcjami ekonomicznymi i politycznymi. Brakuje tylko zastraszania militarnego, choć i ono było już podjęte.
Absurd goni absurd
Inną cechą charakterystyczną dyktatury jest jej łatwość przenikania do życia prywatnego obywateli. W tej dziedzinie UE idzie dalej niż ZSRS dzięki milionom stron różnych regulacji, które określają wszystko – od barwy znaków drogowych aż po kształt banana. Tak! Aby w Europie banan mógł być uznany za banana, musi spełniać warunki zapisane na ośmiu stronach! Oto przykład zarządzenia w sprawie wielkości banana:
„Zgodnie z Rozporządzeniem Komisji (WE) NR 2257/94 z dnia 16 września 1994 r. ustanawiającym normy jakości bananów, minimalna długość jadalnego miąższu owocu, wyrażona w centymetrach oraz mierzona wzdłuż powierzchni wypukłej od końca szczytu owocu do podstawy przysadki […]”.
W międzyczasie regulacje unijne mogą osiągnąć szczyty absurdu, tak jakby je przejęto z powieści Kafki. Na przykład gdy jest nakaz, aby na butelkach od wody mineralnej był napis, że picie wody zapobiega odwodnieniu. Albo gdy zarządzono, że cukrzycy nie mogą prowadzić samochodów (na szczęście obecnie tego już tak nie forsują). Mamy nawet unijną regulację co do ilości śliwek, które można zjeść, gdyż spożycie zbyt wielu może mieć skutki przeczyszczające…
Członek brytyjskiego parlamentu Graham Watson zwrócił się do komisarza europejskiego, aby te regulacje najpierw wypróbował na sobie. Komentując to, jego kolega Roger Helmer zauważył: „Jest to głupie w najszerszym znaczeniu tego słowa”.
Dyktatura kulturowa
Typowe dla dyktatury jest narzucanie jednolitej myśli, która jest wyrazem oficjalnej „prawomyślności”, przekazywanej odgórnie, a ostro karanej wobec jakiegokolwiek sprzeciwu.
Chyba w żadnej innej dziedzinie dyktatorska natura UE nie jest bardziej jawna niż tam, gdzie chodzi o chęć narzucenia oficjalnej kulturowej agendy. Instytucje europejskie są zdominowane przez skrajnie lewicową ideologię kulturową, która przebiega od „prawa” do aborcji poprzez prawa gejów do ideologii gender, które egzekwuje za pomocą miażdżącej siły. Innym niż Parlament Europejski głównym narzędziem UE pozwalającym na wypełnianie tej skrajnie lewicowej kulturowej agendy jest Europejski Trybunał Praw Człowieka.
Trybunał przyjmuje libertariańską koncepcję „prawa”, zgodnie z którą jednostka nie może być ograniczana przez jakiekolwiek prawo moralne. Stąd kobieta ma „prawo” zabicia swojego dziecka; obywatel ma „prawo” poślubienia kogoś o tej samej płci; osoba ma „prawo” zmiany płci itd. Jakakolwiek odmowa lub choćby ograniczenie tych „praw” traktowane jest jako „dyskryminacja”.
Typowym przypadkiem było narzucenie Irlandii „prawa” do aborcji. W 2009 r. trzy Irlandki złożyły pozew do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, w którym stwierdzały, że ich zdrowie było zagrożone z powodu irlandzkiego zakazu aborcji. Rok później Trybunał potępił Irlandię za jej politykę pro-life, uważając, że jest ona niezgodna z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Pod wpływem olbrzymiej presji ze stron Unii Europejskiej Irlandia została ostatecznie zmuszona do zmiany swojej konstytucji, by zezwolić na zabijanie niewinnych dzieci.
W roku 2015 Trybunał Europejski potępił Włochy za brak prawa zezwalającego na „małżeństwa” homoseksualistów. Aby szybko spełnić to żądanie, rząd za pośrednictwem parlamentu (w sposób zupełnie niedemokratyczny) narzucił „Cirinnà Bill”, który pozwala na „małżeństwa” tej samej płci.
Podobnie gdy chodzi o ideologię gender. W roku 2010 Rada Europy wydała rozporządzenie 2010/5 o „zwalczaniu dyskryminacji z uwagi na orientację seksualną lub tożsamość gender”. Chociaż niewiążąca prawnie, ta regulacja pozwoliła na narzucenie edukacji gender państwom członkowskim, takim jak Włochy, Irlandia i Portugalia. Argument był zawsze ten sam: jeśli nie dostosujemy naszych praw do regulacji UE, to spotkają nas straszne polityczne i ekonomiczne sankcje. Był to argument z zastraszania. Jak to w dyktaturze.
W roku 2011 Papież Bendedykt XVI wygłosił historyczny wykład o rozszerzającej się „chrystianofobii”, to znaczy o dyskryminacji i prześladowaniu chrześcijan. Konkretnie wymienił cztery sfery, w których prześladowanie było oczywiste: reżimy komunistyczne, radykalne reżimy islamskie, niektóre reżimy nacjonalistyczne i na koniec humanizm świecki przyjęty przez Unię Europejską.
Chrystianofobia Parlamentu Europejskiego sięgnęła zenitu, gdy w roku 2002 przegłosowała rezolucję potępiającą Kościół katolicki. Przedstawiona przez hiszpańskiego posła socjalistę Marío Izquierdo Rojo Rezolucja o Kobietach i Fundamentalizmie „ubolewała nad mieszaniem się Kościoła w sprawy publiczne państw”. Po skrytykowaniu Kościoła za jego moralne Magisterium rezolucja stwierdzała: „Gdy Kościół mówi na tematy publiczne, to de facto jest to w opozycji do demokratycznych rządów prawa w UE”.
Ta sama rezolucja podobnie ostro krytykuje Kościół katolicki za to, że nie pozwala kobietom, aby mogły być wyświęcane na księży i biskupów, a to jest „dyskryminacja”. Prowadzi nas to do bardzo ważnego punktu: jaki autorytet upoważnia instytucje europejskie do wydawania regulacji, które dotykają ściśle religijnych i teologicznych spraw? Czy UE uważa się za kościół o własnych prawach, swego rodzaju nową świecką inkwizycję?
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” wersji elektronicznej