• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Kresami szła śmierć…

Środa, 22 czerwca 2016 (18:57)

W sowieckich marszach śmierci zginęło od 20 do 30 tys. Polaków

To był jeszcze jeden Katyń – zapomniany na dziesiątki lat. Polacy spędzeni po 17 września 1939 roku do więzień na Kresach Wschodnich, przetrzymywani w nieludzkich warunkach, katowani i mordowani, wywożeni na Syberię i do Kazachstanu, czekali wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, w niej upatrując nadziei na wybawienie i upadek zbrodniczego komunizmu. Tymczasem 22 czerwca 1941 roku, kiedy ziściły się ich oczekiwania i machina wojenna dotychczasowego sojusznika ZSRS, Trzeciej Rzeszy, runęła na Sowiety, dla tysięcy ludzi za kratami na wschodnich ziemiach pokonanej II Rzeczypospolitej rozpoczęła się kaźń.

Plan likwidacji polskiego żywiołu na terytoriach okupowanych Sowieci wykonywali z zażartym uporem do ostatniej chwili. W marszach śmierci i masakrach zginęło od 20 do 30 tys. ludzi. Więzienia spłynęły krwią niewinnych – choć na miasta kresowe pod sowiecką okupacją spadały niemieckie bomby, a żołnierze Wehrmachtu parli na wschód, nie napotykając silniejszego oporu.

Rzeź w Brygidkach

Już pierwszego dnia wojny Lwów znalazł się w zasięgu niemieckich bombowców. Rozpoczęła się paniczna ucieczka bolszewickich urzędników i milicjantów, którzy zjechali tam z rodzinami, jak im się zdawało, za zawsze. Zapadła sowiecka decyzja o „likwidacji” przepełnionych więzień – tysiące ludzi skazano na zagładę.

Brygidki – najbardziej znane z lwowskich więzień. 23 czerwca wieczorem załoga opuszcza w popłochu budynek i rusza na wschód. Zygmunta Cybulskiego budzi krzyk kobiety: „Rozbijać cele, NKWD uciekło, więźniowie już na podwórzu!”. Wszyscy orientują się, że na wieżyczkach nie widać strażników, że nie ma już katów, że otwiera się szansa na odzyskanie wolności. „Wstajemy, ubieramy się szybko; szalony ruch w całym więzieniu. Krzyczą wszyscy, ponad siedem tysięcy więźniów” – wspomina. Ci silniejsi wyłamują drzwi, tłum dociera na dziedziniec, gdzie powstrzymuje go brama. I karabin maszynowy prujący ogniem do każdego, kto usiłuje do niej podejść. Części udaje się wydostać na ulicę przez dach.

Kto w porę nie zdążył wydostać się z więzienia, ten przepadł. Niebawem załoga wraca wraz z wojskami pogranicznymi i uwolniwszy przestępców kryminalnych, zaczyna systematycznie mordować wszystkich. Huk zapalonych na podworcu silników ciężarówek zagłusza strzały. 28 czerwca w Brygidkach zapada cisza. Z około pięciu tysięcy więźniów ocalało stu mężczyzn i niewielka grupka kobiet.

Ukrzyżowali księży

Tymczasem do więzienia ruszają mieszkańcy Lwowa w poszukiwaniu swoich bliskich. Na jaw wychodzi, że enkawudziści, nie mogąc uporać się w pośpiechu z mordowaniem, wiele cel po prostu zamurowali, wpychając tam wcześniej tylu więźniów, ilu się dało, żeby się podusili.

„Chodziło tam pół Lwowa, szukając najbliższych wśród trupów tak zniekształconych, że rozpoznanie było rzeczą zupełnie beznadziejną – pisała w swoich „Wspomnieniach wojennych” Karolina Lanckorońska. „Byli tam i księża ukrzyżowani na ścianie, jeden z różańcem przeciągniętym przez obydwie jamy oczne i drugi z krzyżem znaczonym gwoździami wbitymi do piersi, i innych bardzo wielu. Pomimo wszystko niektóre trupy zostały przez najbliższych rozpoznane, nieraz po strzępie odzieży lub po zębach”.

W więzieniu przy Zamarstynowskiej Sowieci zamordowali około trzech tysięcy ludzi – zapuściwszy silniki, by przytłumić krzyki ludzi i strzały. Żywych zostało ponad sześćdziesięciu mężczyzn i kilka kobiet. Wśród nich była Wanda Ossowska, kurierka Związku Walki Zbrojnej. Bita i maltretowana na przesłuchaniach, nie wydała nikogo. 26 czerwca 1941 roku została w swojej celi sama – pozostałe kobiety zabrano. Krążyła od ściany do ściany. „Nic, tylko obłędny strach i chaos. […] I nagle w szum motorów wdziera się krzyk. Ten krzyk gasi detonacja, strzelają” – wspominała.

Na Zamarstynowską poszedł po masakrze jeden z dowódców podziemia ppłk Jan Sokołowski „Trzaska”. „Bramy więzienia były szeroko otwarte. […] Powitał nas straszliwy odór gnijących ciał, idący z otwartych drzwi parteru” – zapamiętał. Towarzysząca mu podkomendna Jadwiga Tokarzewska „Teresa” „pobiegła do otwartych drzwi i jeszcze szybciej wróciła półprzytomna. Poszedłem i ja. W dużej sali wyglądającej na wozownię leżały rozrzucone pod sufit zwłoki ludzkie. A na oko była ich chyba z setka”.

W więzieniu przy Łąckiego wymordowano cztery tysiące – cało wyszło kilka zaledwie osób. Przy Jachowicza liczba trupów była tak wielka, że Niemcy zamurowali część z nich w celach i poczekali do zimy, by je pogrzebać.

Zabijali młotkiem

To samo, co we Lwowie, działo się na całych polskich Kresach. W Łucku odebrano życie nieprzebranej masie ludzi – od dwóch do czterech tysięcy. „Na dziedzińcu leżało pełno ludzi – zapamiętał Wojciech Podgórski. – Położyłem się na nich. Nie wiem, czy żyli. Nikt nie protestował”. Przy jednym z rannych ukląkł ksiądz – był to późniejszy niezmordowany apostoł Kazachstanu Władysław Bukowiński, którego beatyfikacja ma odbyć się jesienią tego roku. „Powiedział, że chce nas przygotować na śmierć. Wszyscy żywi i mniej ranni poklękali, a ksiądz recytował modlitwy przeznaczone na taką okoliczność. Wszyscy odmówiliśmy głośno spowiedź powszechną z liturgii mszalnej”.

Po zajęciu Wilna przez Niemców w piwnicach siedziby NKWD znaleziono wiele ciał, na Łukiszkach spod zwałów trupów udało się wydobyć kilka żywych osób. W Stryju zabijano więźniów młotkiem, a wraz z ciałami do dołów kloacznych NKWD wrzucało żywych; uderzeniem w tył głowy mordowali enkawudziści w Nadwornej, w Bóbrce palono ludzi kwasem solnym, ginęli więźniowie w Brzeżanach, Oleszycach, Samborze…

Tak rozegrał się jeszcze jeden z aktów wielkiego dramatu – nie tylko kresowego. Dramat „rozwiązania” kwestii polskiej raz na zawsze, który kolejne odsłony znalazł w pojałtańskiej Polsce.

Anna Zechenter, IPN Kraków