Bohaterowie czekają na pomoc
Czwartek, 16 czerwca 2016 (18:22)Brakuje skutecznego programu wspierania polskich kombatantów na dawnych Kresach
Jeszcze w 2010 roku towarzyszyło mi przekonanie, że odrodzenie polskiej tożsamości narodowej dokona się poprzez Katyń. Taką nadzieję żywił zawsze mój mąż – z taką myślą udawał się 10 kwietnia 2010 roku w ostatnią w życiu narodową pielgrzymkę… Stało się jednak inaczej.
Katyń – położony z dala od naszego kraju, na terenie wrogiego nam państwa, co utrudnia powszechne odwiedzanie tego miejsca przez Polaków, zwłaszcza zaś organizowanie tam wyjazdów dla polskiej młodzieży – funkcjonuje w naszej świadomości społecznej jako jeden z wielu aktów rosyjskiego terroru czasów komunizmu, a pomordowani więźniowie Ostaszkowa, Starobielska i Kozielska pozostali anonimowi. Historia nie wyodrębniła indywidualnych bohaterów, nie upowszechniła w społecznej świadomości pojedynczych losów polskich oficerów. Ofiary katyńskiego ludobójstwa pozostały zbiorowym bohaterem polskiego męczeństwa na nieludzkiej ziemi. Ich indywidualizacja dokonała się w niewielkim stopniu za sprawą tragedii smoleńskiej i rodzinnych powiązań tych, którzy lecieli tam, nie tylko wypełniając państwową misję, ale także po to, by stanąć nad grobem swoich bliskich – do takich osób należała m.in. Ewa Bąkowska, wnuczka zamordowanego w Katyniu generała Mieczysława Smorawińskiego, a także, symbolicznie, Maria Kaczyńska, której stryj i wuj, Witold i Jan Mackiewiczowie, zginęli w Charkowie. Mimo to nie będziemy już chyba nigdy patrzeć na Katyń przez pryzmat jednostkowych losów pomordowanych, którzy raczej nie mają szans stać się odrębnymi bohaterami zbiorowej wyobraźni Polaków.
Etos Niezłomnych
Tym, co odrodziło naszą narodową tożsamość, co naprawdę okazało się budować w nas, Polakach, poczucie przynależności narodowej, są Żołnierze Wyklęci. To osoby takie jak Witold Pilecki, Zygmunt Szendzielarz, Łukasz Ciepliński, Hieronim Dekutowski, Danuta Siedzikówna czy Romuald Rajs stanowią dziś o tym, jak rozumiemy polskość, dając wzorzec odwagi, poświęcenia i odpowiedzialności za Ojczyznę. To ich życiorysy budzą entuzjastyczny zachwyt młodego pokolenia, to oni sprawili, że przygasająca i nieco jałowa do niedawna kategoria antykomunizmu na nowo zaistniała z całą mocą w dyskursie społecznym. Żadne „resortowe dzieci” nie obronią już dobrego imienia zbrodniczego systemu, mając za przeciwwagę męczeństwo bohaterów pomordowanych w katowniach NKWD, MBP i UB. Na naszych oczach zmartwychwstał etos żołnierzy II Rzeczypospolitej, weteranów polsko-bolszewickiej wojny 1920 r., którzy nie złożyli broni ani po wrześniowej klęsce, ani po jałtańskiej zdradzie. Niedawny pogrzeb majora „Łupaszki” pokazał to nad wyraz dobitnie.
Zmieniona struktura Instytutu Pamięci Narodowej daje nadzieję, że będziemy programowo i metodycznie poszukiwać miejsc tajnych pochówków żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego, stopniowo identyfikować kolejne komunistyczne ofiary, zapewniając im godne pogrzeby i należną cześć ze strony żyjących. Proponowane zmiany dotyczące kompetencji Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych pozwolą rozciągnąć okres działania polskiego podziemia niepodległościowego po II wojnie światowej do lat sześćdziesiątych XX wieku – czyli do śmierci ostatniego partyzanta tego nurtu, jednego z zaporczyków, Józefa Franczaka „Lalka”, zastrzelonego przez UB 21 października 1963 roku. Obali to, miejmy nadzieję, nieprawdziwe, acz panujące powszechnie przekonanie, że ostateczny kres komunistycznym represjom i mordom dokonywanym na polskich bohaterach, którzy nie zaprzestali zbrodniczego oporu wobec zbrodniczego systemu, położyła odwilż 1956 roku.
Palący obowiązek
Wszelako zadbanie o pamięć o zabitych nie zwalnia nas z troski o wciąż żyjących uczestników walk o uwolnienie Polski najpierw spod niemieckiego, a potem sowieckiego jarzma. Ta troska dotyczyć powinna zwłaszcza tych, którym po dziś dzień odmawia się uznania ich zasług, których skazuje się na życie w ubóstwie i zapomnieniu, więcej nawet – wzorem sowieckiej propagandy uznaje się ich za niegdysiejszych bandytów i przestępców. W Polsce wprawdzie nie mamy już do czynienia z taką sytuacją, ale położenie polskich kombatantów mieszkających poza naszą obecną wschodnią granicą jest nie do pozazdroszczenia. Tak jest choćby na nieodległej Białorusi, gdzie weterani Armii Krajowej wciąż traktowani są wrogo przez państwo, którego obywatelami pozostają. Tam nadal czci się kreatorów ponurej bolszewickiej rzeczywistości, z pogardą i niechęcią traktuje zaś tych, którzy tej rzeczywistości próbowali położyć kres. Otoczyć ich opieką może tylko państwo polskie i działający lokalnie Kościół katolicki, który mimo niełatwych warunków wytrwale pełni tam swoją duszpasterską i społeczną misję.
Na razie działania polskiego państwa wciąż mają niestety charakter doraźny, brakuje bowiem skutecznego programu wspierania polskich kombatantów na Wschodzie – tak jak brakuje spójnej wizji ochrony polskiego dziedzictwa historycznego na polskich Kresach, w tym możliwego do zrealizowania programu opieki nad naszymi miejscami pamięci narodowej, zwłaszcza nad żołnierskimi mogiłami. Wciąż dochodzą sygnały o niszczeniu polskich grobów wojennych (do takiego aktu wandalizmu doszło m.in. w Puszczy Nalibockiej). Dbałość o to dziedzictwo nadal pozostaje swego rodzaju partyzantką, na wpół konspiracyjnym działaniem prowadzonym na tyle dyskretnie, by nie drażnić białoruskich władz i – przede wszystkim – nie pogorszyć jeszcze bardziej sytuacji tamtejszych polskich kombatantów.
Trzeba wierzyć, że będziemy kiedyś w stanie otwarcie i godnie czcić także tych polskich bohaterów, którzy pozostali po wojnie na ziemiach wcielonych do Związku Sowieckiego. I trzeba wierzyć, że tląca się w nich od lat iskra polskości stanie się z czasem zarzewiem silnych ognisk polskiego ducha narodowego, tak mocnego niegdyś na polskich Kresach.
Magdalena Merta