• Niedziela, 17 maja 2026

    imieniny: Brunona, Sławomira

Oczekujemy realizacji obietnic wyborczych

Środa, 15 czerwca 2016 (04:21)

Z Romanem Jakimem, przewodniczącym Sekcji Krajowej Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Panie Przewodniczący, czy sprawa kontraktu na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii zabrnęła aż tak daleko, że trzeba było pisać listy – co by nie powiedzieć –przypominające do premier Beaty Szydło i ministra Antoniego Macierewicza?

– Czas szybko mija, ale my pamiętamy deklaracje, jakie rzeczywiście padały w kampanii wyborczej ze strony PiS. Z jednej strony nie ma powodu, żeby nie wierzyć min. Macierewiczowi czy rządowi PiS, ale z drugiej strony napięcie i niepewność pracowników PZL Świdnik i PZL Mielec jest coraz większe. Tym czy tymi listami chcieliśmy zwrócić uwagę, że wyłanianie producenta śmigłowców wielozadaniowych dla polskiej armii trwa za długo, stanowczo za długo.

O co konkretnie chodzi w tym momencie? Czy tylko o śmigłowce dla wojska?

– Dla nas, związkowców, i dla załóg, w interesie których występujemy, sprawa jest oczywista. To, że w kampanii wyborczej – jak wspomniałem – były składane deklaracje, że PiS – jeśli chodzi o przetarg śmigłowcowy – miało podobny punkt widzenia jak Sekcja Krajowa Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”, to było oczywiste, ale od wyborów i zaprzysiężenia nowego rządu minęło już pół roku, tymczasem ostateczna decyzja w sprawie tego przetargu ciągle jest odwlekana. Mało tego – cały czas, niezmiennie słyszymy, że negocjacje offsetowe w ministerstwie rozwoju trwają, że są i muszą być prowadzone w dobrej wierze, i to wszystko jest prawda, ale z drugiej strony nasuwa się pytanie: „Ileż można negocjować?”. Tym bardziej że ostatnio helikopter Eurocopter EC225 Super Puma – siostrzany śmigłowiec, zbudowany na bazie caracala, wyprodukowany przez koncern Airbus – rozbił się w Norwegii, a tragedia ta pochłonęła bodajże 13 osób. W związku z tym pojawia się pytanie, czy rzeczywiście jest to tak dobry sprzęt, sprzęt, którego oczekują nasi piloci, i czy to właśnie on powinien się znaleźć na wyposażeniu naszej armii. Ponadto załogi z Mielca i Świdnika się niepokoją i pytają: „Ile jeszcze mamy czekać na odpowiedź rządu i potwierdzenie, że decyzja podjęta przez poprzednią ekipę PO – PSL była błędna, zła zarówno dla budżetu państwa, jak i dla zapewnienia bezpieczeństwa w Polsce?”. Te naciski oddolne powodują, że również my, związkowcy, ponaglamy rząd.    

A może to jest tak, że decyzje podjęte przez poprzedni rząd PO – PSL wiążą ręce obecnemu kierownictwu MON, tyle że o pewnych kwestiach objętych tajemnicą przetargu zwyczajnie nie można mówić?

– Jeśli się uważnie przyjrzeć wszystkim okolicznościom związanym z tym przetargiem, to takie wnioski można wyciągnąć i wszyscy to wiemy. Mamy też świadomość, że wiele kwestii jest utajnionych i tak naprawdę nie wiemy, czy tak było, czy nie. Owszem, podejrzewamy, że niezależnie od oficjalnych ustaleń przy tym przetargu być może są także kwestie, które wiążą ręce min. Macierewiczowi. I tego wykluczyć nie możemy. Ale my jako związek zawodowy mimo całej sympatii dla PiS nie jesteśmy rzecznikiem żadnego rządu. My odpowiadamy przed pracownikami, w imieniu których występujemy. Niepokój jest nie tylko wśród pracowników, ale również wśród inwestorów: Amerykanów w Mielcu czy Włochów i Brytyjczyków w Świdniku. Choć głośno się o tym nie mówi, to jest wyczekiwanie zarządów tych spółek i samych inwestorów. Podzielamy tę niepewność, niepokój i – tak jak napisaliśmy w listach do premier i szefa MON – oczekujemy realizacji obietnic wyborczych. Cierpliwie czekamy, ale jednocześnie przypominamy, że trzymamy rękę na pulsie.

A zatem, choć ten list brzmi jak otwarta krytyka, to de facto ma być bardziej formą mobilizacji do działania…

– Tak jak powiedziałem, my jesteśmy związkiem zawodowym, a rząd jest rządem. Nie ma się więc co dziwić, że żądania, jakie stawiamy, mogą i pewnie powinny być odbierane jako pewna forma krytyki. Mimo wszystko wierzę w to, że ten rząd w przeciwieństwie do poprzedników dotrzyma słowa. Czas jednak działa na naszą niekorzyść, co widzą także załogi i słusznie mobilizują nas do działania. I my się w ich imieniu upominamy o to, co ważne dla Polski.

Jak wygląda dzisiaj sytuacja w zakładach branży lotniczej w Polsce?

– Tak naprawdę we wszystkich zakładach jest stagnacja. Niby kryzys ekonomiczny, jaki dotknął różne dziedziny światowego przemysłu, się skończył, ale cień się za nim wciąż ciągnie. Jeśli zaś chodzi o branżę lotniczą, to zarówno w Mielcu, jak i w Świdniku załogi oczekują, że będą miały więcej pracy i pewność zatrudnienia, a zarządy tych spółek czekają na ruch ze strony polskiego rządu – czy inwestować w zakłady, czekać z inwestycjami, czy w przypadku, gdyby polski rząd nie zmienił decyzji i nie złożył zamówień w Mielcu czy Świdniku, opłaca się dalej inwestować w Polsce, skoro zakupy są dokonywane za granicą. To, co zrobił rząd koalicji PO – PSL, to, co uczynił poprzedni szef resortu obrony Tomasz Siemoniak, woła o pomstę do nieba. Mielec i Świdnik powinny się rozwijać i to do tych ośrodków powinien być skierowany sygnał do rozwoju, to tam powinny trafić pieniądze, co z jednej strony naszemu wojsku i naszej Ojczyźnie, zwłaszcza w obliczu zagrożenia ze Wschodu, przyniosłoby odpowiedniej klasy sprzęt, a pracownikom zagwarantowałoby pewność zatrudnienia na wiele lat. Ale myślenie, że należy wspierać obcych, a nie swoich, było wizytówką poprzedniej ekipy, co się ciągnie za nami do dzisiaj.

Co chce Pan przez to powiedzieć?

– Weźmy chociażby woj. podkarpackie i Rzeszów, gdzie francuski inwestor Orange podobno chce zwolnic 160 osób w ramach zwolnień grupowych, francuski właściciel Fabryki Wódek Polmos Łańcut chce zwolnić 133 osoby i zlikwidować zakład z ponad 250-letnią tradycją. Ponadto Francuzi – notabene ta sama firma Airbus Helicopters, która kilka lat temu pod nazwą Eurocopter Group startowała i wygrała przetarg na dostawę śmigłowca dla Lotniczego Pogotowia Ratunkowego – deklarowali utworzenie Centrum Obsługi Posprzedażnej dla Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, gdzie zatrudnienie miało znaleźć ponad 200 osób, do dziś nie zorganizowali ani jednego miejsca pracy. Teraz obiecują kolejny raz, ale dla nas są niewiarygodni. I my jako NSZZ „Solidarność” musimy reagować, żeby nie wyrolowano nas – Polski kolejny raz. Tymi listami przypominamy, że to nie są żarty, to są miejsca pracy w Polsce. Zadaniem rządu jest troska o miejsca pracy w Polsce, tyle że poprzedni rząd dbał o obcy interes.

Żeby dobra zmiana – jak czytamy w liście – nie ominęła także przemysłu lotniczego w Polsce…

– Dokładnie tak. I te słowa naszego listu, które pan redaktor zacytował, to wcale nie są ani żarty, ani straszenie, jak niektórzy próbują to skwitować. My przypominamy, że jesteśmy, że czuwamy, że pamiętamy o deklaracjach wyborczych i cierpliwie czekamy, bo przecież nie uciekamy się do protestów, ale nie zapominamy, że reprezentujemy załogi. Wierzymy wszyscy, że ta dobra zmiana także w naszej sekcji przemysłu lotniczego nastąpi i w końcu ten przetarg się rozstrzygnie dla naszych zakładów i dla Polski we właściwy sposób.

Jak dzisiaj wygląda sprawa tego przetargu śmigłowcowego? Czy jakieś mniej lub bardziej oficjalne informacje czy sygnały docierają zza kulis prowadzonych rozmów?

– Oczywiście spotykamy się z politykami, przedstawicielami rządu np. podczas posiedzeń zespołów trójstronnych i słyszymy, że rozmowy w sprawie offsetu są prowadzone. Przypomnę tylko, że bodajże na koniec marca był wyznaczony termin zakończenia rozmów. Tymczasem Francuzi kolejny zresztą raz przedłużyli te negocjacje o następne miesiące. I ludzie nas pytają: „Jak to jest, dlaczego, czy jest to zgodne z prawem?”. I trudno się dziwić takiemu podejściu, bo zakładając, że to my zamawiamy, my kupujemy i to my płacimy, to niby dlaczego ten, kto w zasadzie jest petentem, kto ma nam dostarczyć sprzęt zgodnie z naszymi oczekiwaniami, de facto dyktuje nam warunki – czy i kiedy łaskawie zgodzi się na warunki offsetowe, czy też nie. Coś tu nie gra! I stąd nasze podejrzenia, że poprzednia ekipa PO – PSL z min. Siemoniakiem jako szefem MON na czele coś zmajstrowała przy tym przetargu.

Tak czy inaczej, czy jest jakiś termin zaporowy, który Sekcja Krajowa Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność” daje nowej ekipie rządowej na ostateczne rozstrzygnięcie tego przetargu?

– To trudne pytanie. Zdajemy sobie sprawę z tego, że już niebawem w Polsce odbędzie się szczyt NATO i być może należałoby zaczekać do jego zakończenia. I być może będzie to odpowiedni czas, żeby ogłosić wynik tego postępowania przetargowego. Ale najbardziej się obawiamy tego, że to AirbusHelicopters wyznacza terminy i przedłuża te negocjacje offsetowe. To mogłoby wskazywać, że minister obrony narodowej nie może podjąć decyzji o zakończeniu negocjacji z Francuzami w jedną bądź w drugą stronę.

A może zamiast dywagować należałoby o to zapytać wprost min. Macierewicza?

– Myślę, że gdyby minister mógł to powiedzieć, zrobiłby to już dawno. Wiem natomiast jedno: że minister obrony narodowej musi postępować zgodnie z prawem i nie może dać żadnego powodu Airbusowi. To konsekwencja ustaleń, jakie zapadły wcześniej, jeszcze za poprzedniej ekipy. Rząd negocjuje i wierzę w to, że robi to w dobrej wierze. Ale też stawia warunki, które mogą dać wymierne korzyści polskiemu przemysłowi, polskiej gospodarce, a nie gospodarce Francji. Ważne jest, żeby miejsca pracy powstawały w Polsce, a nie za nasze pieniądze były utrzymywane np. we Francji. Cierpliwie czekamy do zakończenia tych negocjacji offsetowych.

Czy przykład tego przetargu śmigłowcowego i wszystko, co go dotyczy, nie powinno być przestrogą na przyszłość, żeby na polskim gruncie, za polskie pieniądze nie pozwolić się panoszyć obcemu kapitałowi?

– Aż pasowałoby przypomnieć w tym miejscu znane polskie przysłowie: „Mądry Polak po szkodzie”, ale tak to się niestety układa. Do tej pory – i chcę tu zastrzec, że nie jestem przeciwnikiem prywatyzacji w ogóle, bo w niektórych przypadkach te procesy poszły w dobrym kierunku, a nasze firmy zyskały inwestorów z prawdziwego zdarzenia, mają zamówienia i się rozwijają – większość prywatyzacji była niestety zabójcza dla poszczególnych polskich firm, a mimo to nikt nie wyciągnął z tego wniosków i nie zadbał o instrumenty, które skutecznie zabezpieczałyby nasz przemysł przed pseudoinwestorami, którzy przychodzili do Polski, żeby przejąć marki i rynek, a nie żeby inwestować w zakłady i w Polsce tworzyć nowe miejsca pracy. To się musi zmienić, najwyższy czas. Jeżeli ktoś z obcym kapitałem przychodzi i chce inwestować w Polsce, to warunkiem powinno być budowanie, a nie niszczenie zakładów oraz utrzymanie i tworzenie nowych miejsc pracy u nas. Przykładem łańcucki Polmos, gdzie – co ciekawe – też Francuzi kupili markę, kupili rynek, a teraz prostą drogą zmierzają do likwidacji fabryki. To jest niedopuszczalne. Czas najwyższy tego typu sprawy uregulować i nie dopuszczać do sytuacji, kiedy cwaniacy, hochsztaplerzy i naciągacze nawet z tzw. papierami niszczą polski przemysł i polską gospodarkę.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki