Szczyt pokaże spójność całego NATO
Piątek, 10 czerwca 2016 (10:50)Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Trwają największe w Polsce po 1989 r. ćwiczenia wojskowe Anakonda-16. Jakie są Pana oczekiwania po tych manewrach?
– Przede wszystkim mam nadzieję, że te manewry takie jak Anakonda-16 staną się praktyką, a nie świętem, jak to niestety miało u nas miejsce. Rzeczywiście przez kilkanaście lat tego typu ćwiczeń w Polsce nie było. I wreszcie dzisiaj są, wreszcie można przećwiczyć elementy wsparcia logistycznego dotyczące możliwości przyjęcia kolektywnej pomocy na wypadek, gdyby rzeczywiście doszło do agresji na wschodniej flance NATO. Ponadto w końcu jest realizowany art. 3 traktatu Sojuszu Północnoatlantyckiego, który mówi o budowaniu zdolności obronnej NATO. Trudno mówić o kolektywnej obronie bez przeprowadzania tego typu ćwiczeń. Co również ważne, te manewry odbywają się w obliczu realnych, rzeczywistych zagrożeń, a nie tylko według jakiegoś mglistego scenariusza i co nie bez znaczenia są organizowane w przededniu szczytu NATO w Warszawie. To z kolei pozwala mieć nadzieję, że lipcowy szczyt będzie efektywny i nie skończy się jedynie na papierowych zapisach, z których niewiele będzie realizowane.
Podczas desantu żołnierzy pod Toruniem, jednemu z Polaków zaplątała się czasza spadochronu i omal nie doszło do tragedii. Doświadczony żołnierz tuż przed ziemią zdołał uruchomić spadochron zapasowy. Jak częste są tego typu przypadki?
– Takie sytuacje niestety się zdarzają. Osobiście byłem świadkiem chyba najbardziej kuriozalnego, bardzo podobnego wypadku, kiedy żołnierz, skacząc ze spadochronem, ratował się w powietrzu. Kiedy wszystko zakończyło się szczęśliwie i kiedy pytaliśmy, co się stało, w odpowiedzi mogliśmy usłyszeć, że żołnierz po prostu sam wypiął sobie spadochron, bo chciał doświadczyć, jak to jest w sytuacji zagrożenia, kiedy samemu trzeba się ratować… To była sytuacja kuriozalna, a żołnierz ten grubo przesadził, bez powodu narażając swoje życie. Wracając jednak do meritum, to takie sytuacje jak ta w Toruniu owszem się zdarzają i po to jest zapasowy spadochron, żeby go otworzyć w sytuacji zagrożenia. Chciałbym jeszcze dodać, że ta sytuacja miała miejsce przy desancie z małej wysokości i żołnierz ten miał bardzo mało czasu na reakcję i co ważne – nie zmarnował tego czasu. Zadziałał prawidłowo, instynktownie, co świadczy, że został dobrze wyszkolony. Wielki szacunek należy się temu żołnierzowi.
Rzecznik Kremla stwierdził, że Rosja nie ma planów ataku na Polskę, ale dodał, że manewry Anakonda-16 nie sprzyjają budowie atmosfery zaufania i bezpieczeństwa między NATO a Rosją. Czego obawia się Rosja, która jakoś niespecjalnie przejmuje się krytyką, kiedy sama organizuje u siebie ćwiczenia na znacznie większą skalę?
– Buta rosyjskich polityków jest zdumiewająca. Przecież to Rosja w ostatnich latach dała wiele powodów, co sprawia, że nie należy jej ufać. Przykładem chociażby działania Moskwy w Gruzji czy na Krymie bądź w Donbasie. Politycy Kremla zapominają, że w 2013 r. podczas manewrów „Zapad” Rosja i Białoruś ćwiczyły atak jądrowy na państwa bałtyckie oraz na Polskę. Czy takie podejście można odczytać jako pokojowe nastawienie… chyba nie. To są fakty i dobrze, że NATO w końcu zerwało z bezproduktywną poprawnością polityczną i wreszcie zaczyna przypominać Sojusz taki, do którego wstępowaliśmy. Pamiętam takie wspólne ćwiczenia sił natychmiastowego reagowania „Adventure Exchange” w 1999 r. we Włoszech, tuż po naszym wejściu w szeregi Sojuszu Północnoatlantyckiego. Później z tego modelu niestety zrezygnowano, stwierdzono, że właściwie nie ma zagrożeń. Dzisiaj widzimy, że było to bardzo płytkie, krótkowzroczne myślenie.
Czemu służy tzw. inspekcja rejonu wskazanego przez rosyjskich obserwatorów. Czy NATO też ma okazję obserwować rosyjskie manewry?
– To jest przykład otwartości. My pokazujemy, że jesteśmy transparentni. Nie boimy się pokazać założeń czy scenariuszy naszych ćwiczeń, bo w przeciwieństwie do Rosji nie mamy żadnych ukrytych celów. Pokazujemy nasze zdolności obronne i nic więcej. Nasze manewry, nasze ćwiczenia nigdy nie wykraczały poza granice państw członków Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nie mieliśmy nigdy i nie mamy agresywnych zamiarów, czego niestety nie można powiedzieć o stronie rosyjskiej, która w swojej strategii i w swoich ćwiczeniach przekracza granice stwarzając tym samym zagrożenie międzynarodowe.
Czy zatem zgadza się Pan z oceną min. Macierewicza, że szczyt NATO w Warszawie ma szanse przejść do historii jako zmieniający i rozstrzygający o bezpieczeństwie krajów Europy Środkowo-Wschodniej?
– Mam ogromną nadzieję, że tak będzie. To, co się dzieje wokół tego szczytu, pozwala pozytywnie patrzeć w przyszłość. Mamy – w końcu – manewry wojskowe takie, jakie powinny być. Nie ma, jak to często bywało, przerostu formy nad treścią, tylko mamy manewry, które budują rzeczywiste zdolności. Jeśli mamy zapowiedź stałej obecności naszych partnerów z NATO na terytorium Polski i jeśli są już pierwsze tego symptomy, i to przed lipcowym szczytem, to pozwala mieć również nadzieję, że sam szczyt NATO w Warszawie będzie inny niż poprzedni w Newport w Walii w 2014 r., że będzie to szczyt konkretów, konkretnych rozmów i konkretnych decyzji. To pokazanie spójności całego Sojuszu jest bardzo ważne, bo o to w tym pakcie przecież chodzi.
Jak Pan Generał ocenia zapowiedź Bartłomieja Misiewicza, że choć MON nie przywróci powszechnego poboru do służby wojskowej, to planuje zwiększenie liczebności polskiej armii do poziomu „przynajmniej 150 tysięcy”, a we wrześniu ma się rozpocząć rekrutacja do obrony terytorialnej?
– To była koncepcja, o której mówił zresztą wielokrotnie śp. prezydent Lech Kaczyński. Tak to wynikało z wyliczeń, że na taką liczebnie armię nas stać. Armia musi się składać z komponentu, który będzie pozwalał generować rezerwy i to jest właściwy kierunek, w którym powinniśmy zmierzać. Co najważniejsze w tym wszystkim, że kapitał ludzki – ci żołnierze, którzy będą powoływani do już istniejących jednostek czy też do nowych formacji, muszą mieć zabezpieczoną infrastrukturę szkoleniową, sprzęt i dobry na odpowiednim poziomie trening. Jeśli bowiem powołamy ludzi, a nie zapewnimy im, co się wcześniej niestety często zdarzało, właściwego poziomu szkolenia, to możemy ich jedynie zniechęcić do służby. Dlaczego o tym mówię…? Ostatnio rozmawiałem z pewnym inżynierem, który buduje systemy bezpieczeństwa dla jednej z dużych firm w Polsce, i ten człowiek został powołany na ćwiczenia, na których przez tydzień się zwyczajnie nudził. Jeśli ktoś powołuje na ćwiczenia ludzi tylko po to, żeby odfajkować ich zorganizowanie, a nie ma w tym myśli przewodniej, a same ćwiczenia nie służą budowaniu zdolności operacyjnej, to dla takich ludzi w armii absolutnie nie powinno być miejsca, a takie pseudoćwiczenia nigdy nie powinny się odbywać.
Polska armia dysponuje dziś ludźmi, którzy w sposób fachowy mogą szkolić żołnierzy?
– Jestem przekonany, że mamy kadrę zdolną przekazywać dobre praktyki i doświadczenie wojskowe. Na szczęście poprzedniej ekipie nie udało się zmarnować kapitału, jaki zbudowaliśmy, także płacąc żołnierską krwią na misjach. Doświadczenia z Iraku czy z Afganistanu są ogromne i najwyższa pora przekuć je na zbudowanie nowoczesnej, dobrze wyszkolonej armii. Jeśli marazm, który obserwowaliśmy przez ostanie lata, trwałby dłużej, to szansa na wykorzystanie tego potencjału zostałaby bezpowrotnie utracona.