Klucz do polskiego bezpieczeństwa leży w Warszawie
Środa, 8 czerwca 2016 (04:12)Z Adamem Kowalczykiem, dyrektorem działu analiz w Narodowym Centrum Studiów Strategicznych, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Wielu ekspertów uważa, że szczyt NATO w Warszawie może być przełomowy. Czy nie jest to teza nieco na wyrost?
– Szczyt NATO będzie przełomowy w tym sensie, że po raz pierwszy od czasu przystąpienia do Paktu krajów członkowskich z Europy Środkowej konkretne komponenty wojskowe z państw członkowskich całego Sojuszu –zarówno żołnierze, jak i sprzęt wojskowy, w tym ciężki –będą rozmieszczone na terytorium krajów członkowskich z Europy Środkowej, co w pewnym stopniu wyrównuje status bezpieczeństwa „starych” i „nowych” państw NATO. Oznacza to praktyczne odejście od aktu NATO – Rosja z 1997 r., co jeszcze dwa, trzy lata temu było nie do pomyślenia.
Jaki w przyszłości powinien być Sojusz Północnoatlantycki, biorąc pod uwagę sytuację geopolityczną na świecie?
– Sojusz Północnoatlantycki ma przed sobą ogromne zadania. Najważniejszym z nich wydaje się rekonceptualizacja roli Sojuszu i jego powrót do funkcjonowania głównie jako organizacji zbiorowej obrony, a nie zbiorowego bezpieczeństwa. Oznacza to, że wszystkie działania strategiczne – zarówno na poziomie wojskowym, jak i politycznym – powinny zostać ukierunkowane głównie na twardą obronę terytorium państw członkowskich. Oczywiście nie oznacza to działania wyłącznie na ich terytorium. Jak pokazuje przykład państw na Bliskim Wschodzie, czasem niezbędne jest podjęcie działań militarnych także w innych rejonach świata. Państwa członkowskie Sojuszu muszą wreszcie zdać sobie sprawę z tego, że „dywidenda pokoju”, która istniała w przekonaniu zachodnich polityków po 1989 r., definitywnie się skończyła. Rola i spójność Unii Europejskiej stoją pod dużym znakiem zapytania, Federacja Rosyjska dokonuje militaryzacji polityki zewnętrznej, Stany Zjednoczone dokonują pivotu, czyli przeorientowania polityki na Pacyfik, Chiny rzucają rękawicę Waszyngtonowi, sytuacja na Bliskim Wschodzie i w krajach Maghrebu: Algierii, Libii, Maroku, Mauretanii i Tunezji, jest bardzo daleka od stabilności – wszystko to powoduje, że architektura światowego i europejskiego bezpieczeństwa dynamicznie się zmienia. W kontekście tych zagrożeń i wyzwań, jeśli NATO chce przetrwać i dalej tworzyć najpotężniejszy sojusz obronny na świecie, musi się reformować. Mówiąc NATO, mam oczywiście na względzie poszczególne państwa członkowskie. Kryzys zachodniego przywództwa musi zostać przełamany.
Co zakłada tzw. koncepcja 360 stopni, o której przyjęciu – choć wciąż nieoficjalnie, ale coraz głośniej – się mówi?
– Celem tej koncepcji jest taka organizacja militarna NATO, aby było ono w stanie reagować na pojawiające się zagrożenia nie tylko na swojej wschodniej flance, ale również na południowej, a z czasem zapewne też i na północnej. Tzw. koncepcja 360 stopni oznacza zbudowanie zdolności, potencjału oraz zasobów, które pozwolą na adekwatną odpowiedź na różne rodzaje zagrożeń pochodzące z różnych kierunków. Musimy pamiętać, że nie wszystkie państwa członkowskie Sojuszu podzielają percepcję Warszawy odnośnie do tego, co stanowi dla NATO największe zagrożenie. Państwa południowe, takie jak Włochy, Grecja czy Hiszpania, w sposób naturalny spoglądać będą na basen Morza Śródziemnego, a nie na Rosję. Tym bardziej że ostatnie miesiące pokazały, iż zagrożenie terrorystyczne związane z tzw. Państwem Islamskim jest realne i nie ma się co obrażać na taką optykę, bo jest to spojrzenie naturalne. Warszawa, popierając tę koncepcję, zachowuje się bardzo mądrze, pokazuje bowiem, że Polska jest żywo zainteresowana problemami wszystkich członków NATO, że nie jesteśmy skrajnie egoistyczni i skupieni wyłącznie na wschodniej flance Sojuszu.
Jakie są oczekiwania Polski – w końcu państwa frontowego najbardziej zagrożonego atakiem – wobec szczytu w Warszawie?
– Naszym docelowym oczekiwaniem byłoby oczywiście stałe i wymierne wzmocnienie Polski i państw bałtyckich siłami sojuszniczymi w postaci kilku dywizji, a przynajmniej kilku brygad ogólnowojskowych. Wiemy jednak, że nie jest to realne z wielu przyczyn. Dlatego gra toczy się o dwie, może trzy brygady na całej wschodniej flance. I jak się wydaje, jest to realny scenariusz.
Ale czy to wystarczy?
– Oczywiście nie da się obronić państw bałtyckich oraz Polski dwoma sojuszniczymi brygadami, ale ich obecność ma fundamentalne znaczenie polityczne. Oznacza bowiem, że ewentualny atak na te państwa oznaczać będzie atak wymierzony w żołnierzy amerykańskich, niemieckich czy holenderskich. Po drugie, oczekujemy wymiernego wzmocnienia jeśli chodzi o rezerwy materiałowe i sprzętowe. Muszą bowiem istnieć magazyny ze sprzętem, paliwem i częściami zamiennymi, które w razie potrzeby mogłyby zostać użyte przez wojska sojusznicze, które przychodziłyby nam z pomocą w przypadku potencjalnego konfliktu. Po trzecie, należy naciskać na realizację ustaleń dotyczących NATO-wskiej „szpicy”, która odgrywałaby istotne znaczenie w sytuacji, jeśli ktoś chciałby dokonać agresji. Wreszcie musimy też podjąć temat skuteczności polityki odstraszania NATO (także w wymiarze nuklearnym) oraz rozpocząć dyskusję, jak technologicznie moglibyśmy przełamać niektóre groźne rosyjskie zdolności militarne.
Co realnie jako kraj graniczny UE i NATO możemy osiągnąć w kwestii zwiększenia naszego bezpieczeństwa przy dość sceptycznym podejściu do tych kwestii ze strony Niemiec, które z jednej strony są członkiem NATO, a z drugiej gospodarczo „układają się” z Rosją?
– Nie odbieram tego w ten sposób. Niemcy mają od dekad swoistą traumę historyczną, jeśli chodzi o relacje z Rosją, a wcześniej ze Związkiem Sowieckim. Ten zaszłościowy uraz siłą rzeczy generuje określoną politykę wobec Moskwy, której istotę można sprowadzić do chęci politycznego dialogu za wszelką cenę. Ale Kreml w ostatnich latach zrobił bardzo wiele, ażeby zmienić postrzeganie Rosji przez Niemcy jako państwa wymagającego szczególnego zrozumienia, a nawet cierpliwości. Musimy pamiętać, że zmiany mentalnościowe i psychologiczne wśród elit politycznych, a wraz z nimi całych społeczeństw, dokonują się relatywnie wolno. Dziś i tak widoczny jest progres podejścia niemieckiego, jeśli chodzi o ich percepcję działań Federacji Rosyjskiej. Nie jest to oczywiście to, czego oczekiwalibyśmy po Niemcach docelowo w Warszawie, ale obserwujmy i stymulujmy wszystkie korzystne dla nas procesy, które widzimy w ciągu ostatnich kilkudziesięciu miesięcy w działaniach Berlina.
Wspomniał Pan wcześniej o obecności Sojuszu w tej części Europy. Jednak czy wzmocnienie wschodniej flanki NATO i rotacyjna obecność wojsk sojuszniczych jest dla nas wystarczająca i czy nie są to jedynie pozory zabezpieczenia, a de facto wyraz uległości czy też obawa przed ewentualną reakcją Moskwy?
– Próba obrony jakiegoś państwa wyłącznie za pomocą sił sojuszniczych nigdy nie jest wystarczająca. Kluczem do skutecznego przeciwstawienia się potencjalnemu przeciwnikowi jest zawsze własna siła militarna oraz potencjał polityczno-ekonomiczny. Klucz do polskiego bezpieczeństwa leży głównie w Warszawie. Obecność w NATO i w Unii Europejskiej oczywiście znacząco poprawia nasz status bezpieczeństwa, ale to nasze siły zbrojne muszą dysponować takim potencjałem, żeby potencjalnemu przeciwnikowi nie opłacało się dokonać jakiejkolwiek agresji. Odnośnie do reakcji Moskwy na posunięcia NATO to bez wątpienia należy spodziewać się konkretnych odpowiedzi, część z nich została już zresztą zapowiedziana. Nie można się jednak przed nimi uginać, ponieważ to nie NATO, lecz Rosja permanentnie eskaluje napięcia w tym regionie świata. I o tym nie wolno zapominać.