To piwo nawarzyli poprzednicy
Środa, 1 czerwca 2016 (04:02)Z Bolesławem Piechą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Panie Pośle, czy solidaryzuje się Pan z protestującymi pielęgniarkami w Centrum Zdrowia Dziecka, bo to, że ta grupa zarabia stosunkowo mało, jest chyba bezsprzeczne?
– To bezsprzeczne, że polskie pielęgniarki zarabiają za mało i ta grupa zawodowa ciągle porusza się gdzieś – powiedzmy – w płacowym ogonie ochrony zdrowia. Lekarze ze specjalizacją, bo bez specjalizacji też niespecjalnie, wywalczyli sobie pewną pozycję i dzisiaj zarabiają lepiej, ale pielęgniarki niestety są ciągle wynagradzane zbyt nisko. I to jest fakt. Natomiast patrząc na ten problem z drugiej strony, należy sobie zadać pytanie: czy należało się uciekać do tak drastycznych kroków i form protestu jak strajk. Przypomnę tylko, że trwają rozmowy, że jest prowadzony dialog społeczny między środowiskiem pielęgniarskim a Ministerstwem Zdrowia, jak znaleźć rozwiązanie. Być może płacę minimalną, czy w ogóle jak wejść na drogę w kierunku poprawy warunków finansowych tej grupy zawodowej. Przyznam, że jako lekarz osobiście z konsternacją patrzę na formę odejścia od łóżek pacjentów, tym bardziej, kiedy – jak w tym wypadku – pacjentami są chore, nawet bardzo chore dzieci.
Bodajże po raz pierwszy została przekroczona granica – odejście pielęgniarek od łóżek, w dodatku od łóżek chorych dzieci…
– Różnie z tym bywało, ale generalnie pielęgniarki starały się, aby ich protesty nie były uciążliwe dla pacjentów, żeby im zapewnić przynajmniej minimum opieki. Widocznie sytuacja, z którą mamy obecnie do czynienia w Centrum Zdrowia Dziecka, być może przerosła środowisko pielęgniarek, niewykluczone, że panie poczuły, że jest to właściwy moment do tego, aby upomnieć się o wyższe pensje. Mimo wszystko wydaje się, że można było jeszcze trochę poczekać i mieć większe zaufanie do trwającego dialogu, który toczy się w Ministerstwie Zdrowia. Nie ma szybkich rozwiązań bez kompleksowego, systemowego podejścia. Jeśli chodzi o Centrum Zdrowia Dziecka, to o ile dobrze pamiętam po 2007 r., kiedy do pewnego stopnia opanowano sytuację finansową tej placówki, z roku na rok się ona pogarszała i było tylko gorzej. Nic więc dziwnego, że obecnie zobowiązania finansowe ogółem w Centrum Zdrowia Dziecka wynoszą 336 milionów złotych. W tym momencie potrzebna jest rewizja, a działania nowego ministra, aby były skuteczne i kompleksowe, a nie tylko doraźne wymagają jednak trochę więcej czasu. Pamiętajmy, że w Polsce mamy wiele grup zawodowych, które zgłaszają swoje roszczenia płacowe i ich sytuację też należałoby poprawić.
O co Pana zdaniem chodzi w tym coraz bardziej narastającym sporze w Centrum Zdrowia Dziecka, jeśli propozycje są odrzucane, a protestujące mówią o braku poważnych rozmów?
– Choć Centrum Zdrowia Dziecka jest szczególnym szpitalem, który spełnia wyjątkowo ważną rolę, to placówek w ochronie zdrowia w Polsce jest wiele i minister, który dzisiaj odwiedził protestujące pielęgniarki i rozmawiał z tym środowiskiem, jest zobowiązany, aby zadbać także o pozostałe szpitale. Dobrze byłoby, gdyby udało się stronom konfliktu usiąść do stołu i po każdym etapie rozmów opracować wspólny, jasny komunikat, który wykluczyłby spekulacje medialne. Jeśli natomiast mamy przepychankę i licytowanie się w świetle kamer, to zazwyczaj dotyczy to złych wiadomości. Powtórzę raz jeszcze, że jestem świadomy, iż pielęgniarki w Polsce zarabiają słabo w stosunku do nakładu pracy i ciągle podnoszonych kwalifikacji, ale bez rozwiązań kompleksowych każda inna forma wsparcia tej grupy zawsze będzie tylko łataniem dziury, czy pozostając w tematyce medycznej nakładaniem kolejnego plastra na otwartą ranę. Potrzebne są generalne rozmowy, tak jak to ma miejsce np. w Niemczech, gdzie uzgodniono płacę minimalną dla pielęgniarek. To są oczywiście bardzo trudne, żmudne rozmowy wymagające szeregu uregulowań prawnych, a nie tylko zawarcia szybkiego kompromisu, może nawet trochę pod publiczkę.
Co jest w tej chwili najważniejsze?
– Oczywiście pierwszą kwestią jest czas pracy pielęgniarek i obsada etatowa, która w Polsce jak dobrze wiemy nie jest wysoka, co poniekąd wynika też z ogólnej kondycji finansowej w ochronie zdrowia. Druga kwestia to oczywiście regulacja i podniesienie płac. Oczywiście o ile wysokość wynagrodzeń zawsze może być przedmiotem negocjacji, to z zatrudnieniem dodatkowej liczby pielęgniarek może być problem. W Polsce brakuje pielęgniarek, bo coraz mniej dziewcząt decyduje się na wybór takiej drogi zawodowej, te zaś, które kończą szkołę i czują się na siłach wyjeżdżają na Zachód w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy. I to musi się zmienić. Praca pielęgniarki musi być odpowiednio wynagradzana, bo inaczej za jakiś czas w Polsce nie będzie się miał kto opiekować chorymi.
Sytuacja w ochronie zdrowie jest zła, ale czy odpowiada Panu retoryka Platformy, która jeszcze do niedawna rządziła w Polsce, a dzisiaj twierdzi chociażby ustami Bartosza Arłukowicza, że to błędy obecnego resortu zdrowia pchają Centrum Zdrowia Dziecka i całą służbę zdrowia w przepaść?
– Mogę tylko powiedzieć, że jest mi przykro, kiedy w materii ochrony zdrowia wypowiada się były minister zdrowia Bartosz Arłukowicz. Powiedzmy to wprost, że lata, kiedy piastował on stanowisko ministra nie były delikatnie rzecz ujmując dobre dla polskich pacjentów i pracowników służby zdrowia. Jako szef resortu zdrowia Arłukowicz nie zainicjował właściwie żadnych nowych rozwiązań, bagatelizował problemy, uciekał od nich, nie zabierał głosu w sprawach istotnych, a jego działania chociażby w zakresie pakietu onkologicznego, który miał skrócić drogę diagnozowania i leczenia chorych, wydłużył kolejki i de facto wywołał paraliż. Czym są dzisiaj jego wizje widać bez zakładania okularów. Dzisiaj wydaje się też, że wzrok odzyskał sam Bartosz Arłukowicz i dostrzega błędy tyle, że nie swoje. Dobrze byłoby, żeby odzyskał jeszcze pamięć i przypomniał sobie, co zrobił dla poprawy poziomu ochrony zdrowia Polaków. Nie wspomnę tu jego poprzedniczki Ewy Kopacz, która też zasłużyła się negatywnie dla polskich pacjentów wydatnie przyczyniając się do zapaści w publicznej służbie zdrowia. Na tym tle krytykowanie obecnego ministra zdrowia przez nieudolnych poprzedników jest po prostu niesmaczne.
Tak jak Pan powiedział wcześniej, nie ulega wątpliwości, że pieniędzy na ochronę zdrowia jest za mało, ale czy w związku z tym nie należałoby rozważyć podwyższenia składki na ubezpieczenie zdrowotne?
– To jest dylemat – podwyższyć składkę na ubezpieczenie zdrowotne czy nie. Nie ulega wątpliwości, że uporządkowanie systemu finansowania ochrony zdrowia musi się jednak wiązać ze zmianami w systemie wydatkowania, głównie jeśli chodzi o Narodowy Fundusz Zdrowia, który powinien przestać istnieć. Zarządzanie tymi funduszami powinno zostać scedowane na województwa, a ministerstwu powinny być przypisane kluczowe, najważniejsze jednostki w systemie ochrony zdrowia, czyli kliniki, instytuty tak jak np. Centrum Zdrowia Dziecka. Inaczej tej sprawy nie da się rozwiązać. Co by nie było, przy zwiększeniu składki zawsze będzie tzw. przeciąganie kołdry w jedną czy w drugą stronę. Ta kołdra w ochronie zdrowia jest zawsze za krótka i to nie tylko w Polsce, ale wszędzie na świecie. Takie rozmowy trwają chociażby w Wielkiej Brytanii, gdzie negocjowane są kwestie wysokości płac. Tyle że tam pokazywane są różnego rodzaju rozwiązania i trwa dyskusja między stronami. Marzy mi się, aby taka forma negocjacji, dialogu miała miejsce również w Polsce, żeby związki zawodowe wspólnie z przedstawicielami ministerstwa zasiadały do stołu i żeby w sposób merytoryczny szukano rozwiązań. System ochrony zdrowia w Polsce po ośmiu latach rządów koalicji PO - PSLjest bardzo rozedrgany i stąd mamy sytuację, kiedy każdy próbuje tą krótką kołdrę przeciągnąć na swoją stronę. To trzeba zmienić i opanować sytuację.