• Sobota, 16 maja 2026

    imieniny: Andrzeja, Szymonety

Opozycja nie przejawia woli kompromisu

Środa, 25 maja 2016 (22:14)

Ze Stanisławem Piotrowiczem, posłem PiS, przewodniczącym Sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Pośle, czy po spotkaniu wszystkich partii opozycyjnych zasiadających w Sejmie – także z udziałem delegata PiS – bliżej nam, dalej czy może stoimy w tym samym miejscu, jeśli chodzi o kompromis w sprawie Trybunału Konstytucyjnego?

– Z posiedzenia trzech partii opozycyjnych nic konstruktywnego nie wynika. Ugrupowania te wyraźnie podkreślają, że porozumienie może być osiągnięte, ale tylko wtedy, kiedy zaakceptowane przez większość parlamentarną będzie to, co udało się im zdobyć bezprawnie.

Czyli co konkretnie?

– Ugrupowania opozycyjne chcą, żeby Trybunał Konstytucyjny był zdominowany przez polityków Platformy, żeby Trybunał mógł blokować reformy proponowane przez PiS. Zresztą jeżeli ktoś na wstępie stawia ultimatum, bo w kółko przecież powtarzają się te same żądania, żądania niemożliwe do spełnienia przez rząd, to trudno mówić o woli kompromisu.

Żądania niemożliwe do spełnienia, bo…?

 – Niemożliwe do spełnienia z dwóch zasadniczych powodów: to parlament postanowił inaczej, uznał wcześniejsze uchwały za nieważne, to parlament dokonał wyboru nowych sędziów w związku z tym do tamtych wydarzeń wracać już nie można.

Na czym zatem miałby polegać kompromis?

– Kompromis może dotyczyć propozycji na przyszłość, propozycji, które pozwolą w jakiejś części zrealizować ugrupowaniom opozycyjnym ich cele. Natomiast nie może być powrotu do tego, czym się spór zaczął, czyli od złamania Konstytucji przez Platformę. Złamali Konstytucję i stawiają jako ultimatum, że jeżeli stracą „fanty”, które zdobyli w następstwie tych działań, to nie ma o czym rozmawiać. Te warunki świadczą dobitnie, że ugrupowaniom opozycyjnym wcale nie chodzi o kompromis i rozwiązanie konfliktu wokół TK, ale wręcz o jego eskalację. Najlepiej świadczą o tym słowa, jakie niedawno w Katowicach wypowiedział Ryszard Petru, który stwierdził, że dalsze rządy PiS grożą chaosem i kryzysem, a za 3,5 roku nie poznamy Polski, dlatego – jego zdaniem – jedynym dobrym wyjściem byłyby przyspieszone wybory. To pokazuje, że Platforma i Nowoczesna nie zamierzają czekać do następnych wyborów parlamentarnych. Jeżeli mówimy, że ktoś łamie demokrację, nie chce uszanować demokracji, to są to ugrupowania opozycyjne, które nie mogą się pogodzić z werdyktem wyborców. Eskalacja napięcia ma służyć zrealizowaniu celu, którym dla obecnej opozycji jest doprowadzenie do zmiany werdyktu wyborczego.

Czy nie jest to zamach na demokrację tych, którzy rzekomo stają w jej obronie?       

– To nic innego jak godzenie w to, co jest istotą demokracji, której świętem są wybory powszechne, w tym wypadku wybory parlamentarne. Opozycja, jeżeli chce zdobyć władzę, co zresztą jest jak najbardziej naturalną rzeczą, co jest także zgodne z rolą czy celem każdej partii, a więc podejmowanie działań do objęcia władzy i do jej utrzymania, ale ma się to odbywać zgodnie z zasadami demokracji, a nie poprzez rozmaite rozwiązania – powiedzmy – siłowe. Mam tu na myśli chociażby wyprowadzanie ludzi na ulice i eskalację napięcia, ale również przekazywanie nieprawdziwych informacji na temat swojego kraju czy oczekiwanie presji ze strony innych państw, ale także podejmowanie realizacji niepolskich interesów, przede wszystkim interesów biznesowych.   

Platforma zapowiedziała powołanie w sprawie Konstytucji grupy specjalistów i ekspertów. Do 15 czerwca ma się odbyć pierwsze spotkanie tej grupy. Czy widzi Pan sens w powołaniu takiego zespołu i czy wobec „zmęczenia materiału” nie jest to próba przeniesienia sporu wokół TK na inną, nową płaszczyznę?

– Doskonale Pan to zauważa. Być może taka komisja ekspercka jest potrzebna ugrupowaniom opozycyjnym, które nie mogą dojść do porozumienia we własnym gronie. Komisja ekspercka poza PiS, a więc ugrupowaniem, które ma legitymację demokratyczną do sprawowania władzy w Polsce – w moim przekonaniu – taka komisja nie ma sensu. Przecież wiemy, że do sporu dochodzi na linii ugrupowanie rządzące – opozycja, i to na tej linii powinno dojść do porozumienia. Natomiast porozumienie w łonie opozycji na pewno nie przyniesie efektu, który jest Polsce dzisiaj potrzebny. Komisja, o której mówił Grzegorz Schetyna, ma przede wszystkim pokazać, że niby to opozycja podejmuje jakieś działania, ale ta opozycja musi sobie jednocześnie zdawać sprawę z tego i najwyraźniej sobie zdaje sprawę, że to nie przyniesie rozładowania konfliktu politycznego, bo zwyczajnie przynieść nie może. Zresztą, co do znudzenia powtarzam – mamy do czynienia z konfliktem natury politycznej, który sprowadza się do walki o władzę. Nie chodzi tu ani o TK, nie chodzi tu o Konstytucję i nie o demokrację, bo aktulatnie i Konstytucja i demokracja mają się w Polsce dobrze. Najlepszym tego dowodem jest to, że opozycja może mówić co chce, może bez przeszkód demonstrować, co zresztą czyni, korzysta z wolności i praw obywatelskich. I to są przejawy demokracji.

Wczoraj w Warszawie gościł wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans. Co według Pana wynika z tej wizyty? Czy to oznacza, że KE widzi szanse na zażegnanie konfliktu w sprawie TK w Polsce?

– Jeżeli te wypowiedzi są szczere, to cieszyłoby mnie stwierdzenie wypowiedziane przez Fransa Timmermansa, że obecny konflikt polityczny to polski problem i powinien zostać rozwiązany w Polsce. O tym od wielu miesięcy mówi premier Beata Szydło i politycy PiS. Cieszy więc to, że w ten sam sposób wypowiedział się w Warszawie wiceprzewodniczący KE. Chciałbym wierzyć, że w ślad za tym pójdą konkretne działania ze strony KE. Chciałbym wierzyć w to, że Frans Timmermans przekonał się osobiście, iż demokracja w Polsce ma się dobrze, że Polska jest krajem praworządnym, że przestrzegana jest tu Konstytucja. Mam nadzieję, że premier Szydło udało się zaprezentować sprawy tak, jak one w istocie wyglądają. Być może dotychczas wiceprzewodniczący Timmermans ulegał wypowiedziom opozycji, jakoby w Polsce było inaczej. Trzeba też mieć świadomość, że opinię publiczną na zachodzie Europy dziś kształtuje część mediów nieżyczliwych rządowi PiS.

Które konkretnie media ma Pan na myśli?  

– Przede wszystkim myślę tu o „Gazecie Wyborczej”, która przez wiele lat – niesłusznie zresztą – uważała się za najważniejszą gazetę opiniotwórczą w Polsce, ale myślę też o innych tytułach, głównie o gazetach należących do korporacji niemieckich, które mają interes w tym, aby wywierać presję na Polskę, żeby przedstawiać sprawy w niekorzystny dla Polski sposób, a przede wszystkim w sposób nierzetelny. Nie ma się co czarować, że w ślad za tym szły potężne interesy finansowe. Nie raz o tym mówiłem, że Polska w ocenie Global Financial Integrity, międzynarodowej organizacji śledzącej nielegalne przepływy finansowe, jest uważana za jeden z 20 najbardziej wyzyskiwanych przez obcy kapitał krajów na świecie. Można zatem powiedzieć, że dzisiaj mamy konflikt natury politycznej i walkę o interesy.  

Z jednej strony mamy – jak można domniemywać – zmianę retoryki polityków unijnych w sprawie Polski, ale z drugiej w Brukseli gości lider KOD Mateusz Kijowski, który zabiega o poparcie m.in. w rozmowie z Martinem Schulzem, Donaldem Tuskiem. Skoro KE uważa, że konflikt powinien być rozwiązany w Polsce, to czemu służą te „pielgrzymki” przyjmowane ochoczo przez unijnych dygnitarzy

– Przede wszystkim należy sobie postawić pytanie: kim jest Mateusz Kijowski, kto to jest i jaką ma legitymację do tego, żeby występować na arenie międzynarodowej. Po wtóre, to pokazuje, że owi „pielgrzymi” nawiązują kontakty z politykami lewicowo-liberalnymi, żeby nie powiedzieć – lewackimi. Dla tych polityków jest nie do pomyślenia, żeby w którymkolwiek z krajów europejskich u władzy był rząd prawicowy. W związku z tym będą się posuwać do różnych działań, które – w moim przekonaniu – godzą również w dobro Unii Europejskiej. Jeśli bowiem Mateusz Kijowski w Brukseli zabiega o ingerencję w tych kręgach, to zarówno on, jak i ci politycy unijni, którzy podejmują z nim rozmowy, działają również na szkodę wspólnoty. Ewentualna presja ze strony instytucji unijnych na Polskę w moim przekonaniu przyniesie efekt odwrotny od zamierzonego. W Polsce jest bowiem głęboko zakorzenione poczucie wolności, poczucie suwerenności i jakiekolwiek próby nacisku na Polskę, w mojej ocenie, przyniosą efekt odwrotny od zamierzonego, a tym samym mogą zaszkodzić spoistości UE. Bowiem działania wobec Polski będą również sygnałem dla innych państw, które również chcą być suwerenne, które chcą należeć do wspólnoty europejskiej i w tej wspólnocie godnie uczestniczyć, ale jednocześnie chcą być w tej wspólnocie państw godnie traktowane i na równych warunkach. W UE jako wspólnocie nie może być zatem równych i równiejszych, gdzie państwa bogatsze chcą dominować nad innymi, z czym niestety mamy coraz bardziej do czynienia. Byłby to również niezbyt dobry sygnał dla Brytyjczyków, którzy niebawem będą rozstrzygać w referendum, czy pozostać w UE, czy też nie. Naciski na Polskę mogą zradykalizować jeszcze bardziej nastroje wśród obywateli Wielkiej Brytanii.

Dziękuję za rozmowę.        

Mariusz Kamieniecki