• Sobota, 16 maja 2026

    imieniny: Andrzeja, Szymonety

Krytyka jest zasłużona

Sobota, 21 maja 2016 (04:16)

Z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Akademii Obrony Narodowej Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wiele wskazuje na to, że w Europie Środkowo-Wschodniej zostanie rozmieszczonych kilka batalionów sił NATO. Czy to załatwia sprawę naszego bezpieczeństwa?

– Na obecnym etapie stosunków międzynarodowych można powiedzieć, że tak. Jest to rzeczywiście bardzo mocny sygnał, zwłaszcza biorąc pod uwagę nasze relacje z Rosją, że Sojusz Północnoatlantycki jest aktywny, a rozmieszczając swoje wojska w Europie Środkowej i Wschodniej, to wyraźnie demonstruje. Natomiast trzeba mieć na uwadze, że te obecne relacje i ta obecna polityka mogą ulec zmianie.

Co ma Pan na myśli?

– Po pierwsze, mamy przed sobą wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Będzie nowy prezydent tego kraju i pytanie brzmi: jaką politykę międzynarodową będzie realizowała przyszła administracja Białego Domu? Po drugie, nie wiemy do końca, jak się zachowają nasi europejscy sojusznicy, zwłaszcza ci wielcy, jak Niemcy. W związku z tym zawsze istnieje zagrożenie i należy się liczyć z groźbą, że decyzje, które – mam nadzieję – będą podjęte na szczycie w Warszawie, dotyczące umieszczenia jednostek wojskowych w Polsce, mogą ulec zmianie i w przyszłości mogą zostać wycofane. Reasumując, przejściowo rozmieszczenie kilku batalionów NATO w Europie Środkowo-Wschodniej zasadniczo w aktualnej sytuacji poprawia nasze bezpieczeństwo, ale w perspektywie – jako trwała wartość – niestety nie.

Jak, Pana zdaniem, na tę decyzję, na te wieści o rozmieszczeniu batalionów NATO w Europie Środkowo-Wschodniej może zareagować Rosja i czy, chcąc, nie chcąc, jeszcze bardziej nie stajemy się celem dla Moskwy?

– Rosja oczywiście będzie wykonywała różnego rodzaju gesty, pokazując swoje niezadowolenie.

Czego możemy się spodziewać?

– Po pierwsze, możemy się spodziewać kolejnych incydentów, w których ostatnio specjalizują się Rosjanie. Biorąc pod uwagę sytuację, z jaką mamy do czynienia na Ukrainie, może dojść do działań tzw. zielonych ludzików, tym razem na terenie takich krajów jak Łotwa czy Estonia, gdzie jest dość liczebna mniejszość rosyjska. A więc różne rzeczy mogą się wydarzyć. Czego nie wiemy, to także to – jak Rosja ocenia spoistość siły NATO i gotowość Sojuszu do kontrakcji. Bowiem decyzje, jakie mają zapaść co do rozmieszczenia wojsk natowskich na obszarze innych państw członkowskich w Europie Środkowej, pokazują determinację i wolę działania, ale tak jak powiedziałem, należy też patrzeć na reakcję Rosji, z którą nigdy nic nie wiadomo, jak zareaguje. Budowanie zwłaszcza trwałych elementów infrastruktury, a takim trwałym elementem są bazy amerykańskie na terenie Polski i Rumunii, jest bardzo dużą przeszkodą dla Kremla, który swoje plany już dawno sprecyzował. Jest to mianowicie odbudowa wpływów Rosji na terenach, które kiedyś należały do ZSRS, i odbudowa pozycji mocarstwowej Rosji w relacjach międzynarodowych. To wszystko razem tworzy trudną sytuację, a jednocześnie nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak może się zachować Rosja.       

Jeśli chodzi o bazę antyrakietową w Redzikowie, której budowę ostatnio zainaugurowano, to komu ona tak naprawdę ma służyć?

– To jest oczywiście sytuacja korzystna z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa. Proszę pamiętać, że jest to czy też będzie to baza, która stanowić będzie element systemu obrony Stanów Zjednoczonych, nie Polski. Ale ponieważ jest umiejscowiona na terytorium Polski, to jeśli Waszyngton chce zagwarantować sobie bezpieczeństwo, to musi zadbać, aby obszar, na którym się takie bazy znajdują, był bezpieczny z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych. Można zatem powiedzieć, że w interesie Stanów Zjednoczonych leży, żeby terytorium, na którym umiejscowiona jest ich baza, było bezpieczne. To zaś oznacza poprawę bezpieczeństwa naszego kraju, podobnie jest w przypadku Rumunii. Jest to – biorąc pod uwagę nasz interes – korzystne i uważam, że tak należy na to spojrzeć.

Jakie są Pana oczekiwania co do szczytu NATO w Warszawie?

– Wszystko na temat szczytu w Warszawie tak na dobrą sprawę zostało już powiedziane i nie sądzę, żeby ten szczyt mógł nas czymś zaskoczyć, jakąś superdoniosłą decyzją. Sam szczyt jest tylko niejako zaklepaniem ustaleń, które zostały przygotowane i wynegocjowane wcześniej. Wiemy o tym, że jest zgoda co do tego, aby na terytorium Europy Środkowo-Wschodniej, na terenie krajów NATO w tym obszarze, pojawiły się wojska Sojuszu Północnoatlantyckiego – zwłaszcza wojska amerykańskie, które mają tu stacjonować w sposób stały na zasadzie rotacji. Jest to zatem tzw. stała obecność zmienna. Jednocześnie wyperswadowano nam, że nie będzie tu żadnych stałych baz, bo podobno NATO obecnie już takich baz nie buduje. Jest jednak światełko w tunelu, bo pojawi się baza amerykańska w Redzikowie. Nie ma więc stałej infrastruktury natowskiej, ale jest obecność trwała Stanów Zjednoczonych. Amerykanie są nie tylko wielkim supermocarstwem, potęga militarną, ale spełniają najważniejszą rolę, jeśli chodzi o Sojusz Północnoatlantycki. To dowodzi, że pośrednio coś zyskujemy, również jeśli chodzi o trwałą infrastrukturę, i to jest korzyść. Można też powiedzieć, że to, co mogliśmy, co było możliwe do osiągnięcia na chwilę obecną, to osiągnęliśmy.    

Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg w jednej ze swoich ostatnich wypowiedzi stwierdził, że na szczycie w Warszawie będzie dyskusja, jak przenieść współpracę NATO z Unią Europejską na nowy poziom. Czy wobec tego istnieje niebezpieczeństwo, że kwestie relacji NATO – UE zdominują szczyt NATO i co to może oznaczać dla Polski?

– Nie, nie sądzę, żeby ta kwestia zdominowała szczyt w Warszawie. Biorąc pod uwagę doświadczenia w zakresie współpracy militarnej w obrębie Unii Europejskiej, to są one znikome. Od lat Unia nie zdołała wypracować aktualnej strategii bezpieczeństwa i bazuje na dokumencie, który już dawno się zdezaktualizował, co więcej, nawet nie był aktualizowany. Mimo zapowiedzi nie powołano komisarza ds. obrony. A więc polityka UE w zakresie strategii militarnej nie wygląda imponująco, natomiast NATO jest skonkretyzowanym sojuszem, w obrębie którego działają dowództwa wojskowe, są różnego rodzaju plany i ta współpraca jest realna, a nie wirtualna. Oczywiście z punktu widzenia NATO dobrze byłoby, aby europejskie państwa członkowskie należące do Sojuszu bardziej się zaangażowały w kwestie obronne, stąd liczy na ściślejszą współpracę i większe zaangażowanie, ale nie sądzę, żeby kwestia relacji NATO – UE zdominowała przebieg lipcowego szczytu NATO w Warszawie.

Wsparcie ze strony NATO to jedno, ale kto wie, czy nie ważniejszy jest także stan naszych Sił Zbrojnych. Po raporcie przedstawionym w Sejmie przez ministra Antoniego Macierewicza co do tego stanu można mieć sporo wątpliwości…

– Stan Polskich Sił Zbrojnych jest zasadniczą sprawą. O tym, że stan armii jest zły, wiedzieliśmy od dawna. I to, co min. Macierewicz powiedział, to ludzie – tacy jak chociażby ja, którzy na co dzień zajmują się sprawami obronności, wiedzieli już wcześniej. Niestety czynniki oficjalne ignorowały krytykę, która się pojawiała. Teraz, kiedy urzędujący minister obrony formułuje takie oceny, ma to zupełnie inny wydźwięk. Jednocześnie nie przyjmuję do wiadomości zarzuty opozycji, że min. Macierewicz ujawnił jakąś wielką tajemnicę, że – jak się mówi – ucieszył tym naszych wrogów, którzy dowiedzieli się, że Polska nie ma się czym bronić itp. To wszystko są bzdury. Mogę natomiast powiedzieć to, że Polska jest obecnie bezpieczna, biorąc pod uwagę układ relacji międzynarodowych, gdyż Rosja nie jest w stanie podjąć wojny z NATO, bo tak na to należy spojrzeć. Trzeba też powiedzieć, że Polska oczywiście jest słaba militarnie i niestety nie posiada instrumentu, który byłby w stanie zagwarantować bezpieczeństwo granic, gdyby doszło do wojny. I to jest problem. Uważam, że dobrze, iż min. Macierewicz o tym powiedział, bo za tym będą szły kroki naprawcze. Będąc członkiem NATO, pamiętajmy, że w Traktacie Waszyngtońskim oprócz artykułu 5 o zbiorowej obronie, na który tak chętnie się powołujemy, a który mówi o wsparciu państwa, które zostało zaatakowane, jest także artykuł 3, który mówi, że każde państwo członkowskie jest zobowiązane do budowania i rozwijania własnych zdolności obronnych, aby w ten sposób przyczyniać się do wzmocnienia siły całego Sojuszu Północnoatlantyckiego. I niestety Polska w tym zakresie ma istotne braki i dobrze, że informacje potwierdzające te fakty padły z ust min. Macierewicza z trybuny sejmowej, bo to zobliguje nas, aby te poważne zaległości nadrobić i poprawić stan polskiej obronności. Mamy jeszcze czas, żeby to zrobić.

Ta mobilizacja jest jak najbardziej wskazana, tylko pytanie: gdzie byliśmy, gdzie był rząd koalicji PO – PSL przez ostatnie osiem lat?

– Obecna sytuacja jest efektem błędnego założenia, jakie przyjęto ileś lat wcześniej, o czym wspomniał również min. Macierewicz. Założenie było takie oto, że Europie nie grozi wojna, że jest to kontynent pod względem bezpieczeństwa ustabilizowany, a jedynym zagrożeniem mogą być niestabilne rejony na świecie. Wobec tego Polska, mając na uwadze, że nie ma i nie będzie zagrożenia naszych granic, przystąpiła do tworzenia armii, której zadaniem będzie wykonywanie misji zagranicznych. Następnymi krokami było przestawienie się na armię zawodową, rezygnacja z poboru i konstruowanie programu zakupu uzbrojenia pod kątem zdolności ekspedycyjnych. Stąd poprzednie resorty obrony wyznaczyły cele, którymi było zbudowanie armii, która będzie działać na duże odległości. Do tego jest oczywiście potrzebny odpowiedni sprzęt jak lotnictwo transportowe, lekki sprzęt pancerny jak transportery opancerzone i wszystkie te elementy, które stosowaliśmy chociażby na terenie Afganistanu. Przyjęto i realizowano, lepiej lub gorzej, taką właśnie koncepcję i oto nagle się okazało, że to założenie było błędne. Nasi ówcześni decydenci bardzo długo nie dopuszczali myśli, że może się stać coś niedobrego w samej Europie. Co charakterystyczne, nawet wojna rosyjsko-gruzińska nie była otrzeźwieniem. I głębsza refleksja pojawiła się dopiero wówczas, kiedy doszło do wydarzeń na Ukrainie i zajęcia Krymu przez Rosję, i wybuchu działań wojennych we wschodniej Ukrainie. Wtedy okazało się, że należy jednak coś zrobić, że potrzebne są szkolenia, opracowanie programów. I mieliśmy nieudolne niestety próby naprawy Narodowych Sił Rezerwowych, próby, które zawiodły. Słyszeliśmy, że oto mamy Obronę Terytorialną, tyle że tajną, która zostanie ujawniona, gdyby do wojny doszło, i wiele innych tego typu bredni.

Jak przyjął Pan list byłych ministrów obrony narodowej w kontrze do min. Macierewicza?           

– Byli szefowie resortu obrony, którzy się tak obruszyli na słowa min. Macierewicza, działali według wzorców, o których wspomniałem, i to oni podejmowali takie decyzje. Mimo iż w budżecie państwa były zaplanowane odpowiednie środki na obronność, to był problem z ich wydaniem, ale lista zaniedbań i błędnych decyzji podejmowanych przez to gremium jest dużo dłuższa. Jednak zasadniczą sprawą była błędnie przyjęta koncepcja dotycząca modelu Sił Zbrojnych, ich funkcjonowania oraz sformułowania zagrożeń, z którymi możemy mieć do czynienia i z którymi powinniśmy, co więcej, musimy się uporać. Zgodnie z założeniami mieliśmy natomiast realizować misje zagraniczne i temu miały służyć budowane Siły Zbrojne. Kiedy zagrożenie pojawiło się blisko naszych granic, okazało się, że nie mamy czym i jak bronić Polski.

Jak to możliwe, przecież zwierzchnikiem Sił Zbrojnych przez ostatnie pięć lat był Bronisław Komorowski, były minister obrony…

– Jak pan dobrze wie, znam Bronisława Komorowskiego i jestem jedną z ostatnich osób, która mogłaby powiedzieć, że była to osoba mogąca w sposób właściwy ocenić zagrożenia i wyciągnąć wnioski, jeśli chodzi o stan polskiej obronności. Nie chcę jednak rozwijać tego tematu i wolę spuścić nad tym zasłonę milczenia. Wracając natomiast do pozostałych ministrów, to działali oni w myśl zasady: jesteśmy członkami NATO i w razie zagrożenia Sojusz nas obroni, a do tego czasu będziemy wykonywali wszystkie misje w ramach NATO, jakie będą podejmowane. I tak to funkcjonowało, ale do czasu. Gdyby byli ministrowie obrony, którzy sformułowali ten list krytykujący min. Macierewicza, gdyby sami wcześniej słuchali głosów krytycznych, ale konstruktywnych, o czym m.in. ja mówiłem, że należy dokonać zmian strategii, że należy inaczej budować Siły Zbrojne, że konieczne jest przywrócenie sił terytorialnych jako komponentu obrony itp., gdyby to wszystko zostało wzięte pod uwagę i gdyby wyciągnięto wnioski, a można było to zrobić, to dzisiaj min. Macierewicz prawdopodobnie nie miałby o czym mówić. Tymczasem sami zawalili, a teraz się dziwią, że spotkała ich krytyka, ale ta krytyka jest jak najbardziej uzasadniona.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki