• Sobota, 16 maja 2026

    imieniny: Andrzeja, Szymonety

Za rozbrojenie państwa Trybunał Stanu

Poniedziałek, 16 maja 2016 (03:17)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Proszę powiedzieć, jak się jawi Panu rzeczywisty stan polskiej armii po raporcie przedstawionym przez min. Antoniego Macierewicza, bo zarzuty są mocne? Szef MON zwrócił uwagę, że kiedy obejmował urząd, Polska nie miała realnych gwarancji bezpieczeństwa ze strony innych państw NATO. Czy to popis retoryczny – jak twierdzi Platforma – czy może przez ostatnie osiem lat Polska rzeczywiście była bezbronna?

– Mówienie, że Polska przez ostatnie lata była bezbronna, jest oczywiście pewnym skrótem myślowym. Rzeczywistość jest taka, że od lat 90. metodycznie niszczono nasz potencjał obronny. Szczególnie nasilenie tego procesu nastąpiło pod koniec lat 90., kiedy ministrem obrony był Janusz Onyszkiewicz, gdzie po wstąpieniu Polski do NATO środowiska ówczesnej Unii Wolności – przy aprobacie premiera Jerzego Buzka – rozpoczęły proces rozbrajania „ściany wschodniej”. W tym okresie zlikwidowano prawie wszystkie jednostki operacyjne na wspomnianym obszarze, a tylko na skutek protestów społecznych – na ich bazie – utworzono brygady Obrony Terytorialnej. Te zresztą zostały także zlikwidowane, głównie pod rządami min. Bogdana Klicha. W tym sensie wschodnia Polska jest rzeczywiście bezbronna.

Czego wyrazem jest list otwarty byłych szefów MON, którzy twierdzą, że „rząd PiS w ciągu kilku miesięcy podważył pozycję Polski w strukturach europejskich i atlantyckich”, i domagają się dymisji Antoniego Macierewicza?

– Ten list jest wyrazem obrony przez atak. Mianowicie ci, którzy doprowadzili stan jednostek operacyjnych do poziomu zapewniającego obronę tylko niewielkiej części państwa, którzy zniszczyli Obronę Terytorialną teraz, kiedy zaczęło się o tym publicznie mówić, nagle podnoszą, że Polska jest bezbronna. U większości tych ludzi rozumienie problemów bezpieczeństwa i obronności jest na żenująco niskim poziomie. Wystarczy tylko przypomnieć, że min. Bogdan Klich uruchomił nawet proces zanikania rezerw mobilizacyjnych. Osobiście za te jego działania, podobnie zresztą jak za postępowanie Onyszkiewicza, widziałbym tylko jedno miejsce – Trybunał Stanu.

To dość surowa ocena. Ale pomijając te kwestie – czy mimo wszystko sprawy obronności i bezpieczeństwa państwa nie powinny być wyłączone z bieżącego sporu politycznego, a przynajmniej nieupubliczniane?

– Większość ministrów obrony już poprzez sam akt objęcia swojego urzędu nabywa niezwykłego objawienia w zakresie wiedzy o obronności, i to na skutek m.in. tego przekonania dochodzi do działań, które nierzadko mają charakter destrukcji w armii. Zazwyczaj kierują się oni wiedzą intuicyjną, tyle że tej intuicji zazwyczaj nie mają. Wokół siebie tworzą dwory złożone z oficerów starających się uzasadnić merytorycznie każdy ich pomysł. I tak można powiedzieć, że ślepy prowadzi ślepego. Natomiast oficerowie, którzy widzą i mówią o błędach strategicznych w zakresie polityki obronnej, odsyłani są do cywila. Przypomnę chociażby sprawę płk. Chwastka, którego z funkcji dowódcy dywizji w Szczecinie odwołał minister Szmajdziński. Dlatego dyskusja o polityce obronnej musi być publiczna, a wszystko po to, aby nie doszło do zupełnego demontażu armii.

Polska jest jednym z zaledwie pięciu krajów, który przeznacza 2 proc. PKB na obronność. Wydajemy więcej na obronność, ale czy przez osiem ostatnich lat wydawaliśmy mądrze?

– To prawda, że jesteśmy w czołówce państw NATO, które wydają na wojsko procentowo dużo w stosunku do swojego PKB. Ale nikt nie mówi i nie rozlicza miliardowych strat, które powstały pod rządami poprzednich ministrów w procesach nietrafionych restrukturyzacji polskiej armii. Kilka lat temu ostatecznie zniszczono kilka brygad wspomnianej Obrony Terytorialnej, wyprzedano infrastrukturę, a teraz państwo jest zmuszone szukać pieniędzy na odtworzenie na nowo chociażby trzech takich brygad, nie mówiąc już o odtworzeniu brygad operacyjnych na wschodzie Polski. 

Jaka dla bezpieczeństwa Europy i Sojuszu Północnoatlantyckiego jest waga tarczy antyrakietowej, której budowę uroczyście zainaugurowano w Redzikowie?

– Wiem, że to, co mówię, wielu się nie podoba, ale zajmując się bezpieczeństwem, muszę mówić prawdę, a nie tylko to, co wypada. Bezpieczeństwo jest tym obszarem, w którym nie ma miejsca na poprawność polityczną, niezależnie od tego, kogo ona dotknie. Baza w Redzikowie to zasadniczo element obronny Stanów Zjednoczonych, a nie Polski. Zresztą uważam, że położenie, jej lokalizacja zaledwie kilka kilometrów od prawie stutysięcznego Słupska to bardzo duży błąd. Proszę spojrzeć na mapę i odpowiedzieć sobie na pytanie, kogo ona ma bronić. Z Redzikowa do Warszawy jest 370 km, a z Kaliningradu do Warszawy 250 km. Biorąc pod uwagę wyprzedzenie atakującej rakiety, połowa Polski jest bezbronna. Jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę ewentualny atak z terenu Białorusi, sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna. Mianowicie z tego kraju do Warszawy jest ok. 200 km! Jeżeli ta baza miałaby rzeczywiście bronić nasz kraj, powinna być zlokalizowana w środkowej Polsce.

Czyli mimo że szef NATO twierdzi, iż tarcza antyrakietowa w Polsce nie jest wymierzona przeciwko Moskwie, to można powiedzieć, że instalacja ta nie tylko nie wpłynie na nasze bezpieczeństwo, a wprost przeciwnie – jeszcze bardziej skoncentruje na Polsce uwagę Rosji? 

– Oczywiście, że tak. Każde państwo w przypadku ataku neutralizuje w pierwszej kolejności takie bazy. Zwłaszcza że one nie są mobilne, a stałe. Baza w Redzikowie w przypadku konfliktu będzie podstawowym celem ataku.

Po co nam zatem tarcza antyrakietowa i komu jest bardziej potrzebna: nam czy Stanom Zjednoczonym? Słyszymy bowiem opinie, że wyrzutnie powstaną za nasze pieniądze, ale sami nie będziemy mogli ich obsługiwać.

– Należy sobie zadać pytanie, czy będzie to tylko baza przeciwrakietowa, czy także rakietowa. Warszawa nie będzie tu miała za pewien czas nic do powiedzenia. Dla Niemiec jest na rękę przeniesienie zagrożeń w postaci uderzeń na wschód od ich państwa. Jeżeli już zapadła decyzja o jej budowie, to w Waszyngtonie należy wprost powiedzieć: jeżeli budujecie taką bazę u nas, to w zamian dajcie nam nowoczesne, mobilne systemy przeciwrakietowe do obrony stolicy i centrów przemysłowych.

W wywiadzie dla dziennika „The Irish Times” min. Witold Waszczykowski, odpowiadając na ostatnie – coraz częstsze – agresywne zachowania Rosji, stwierdził, że Polska chce zwrócić uwagę i przekonać naszych partnerów na Zachodzie, że Moskwa prowadzi z nami geopolityczną grę i musimy być przygotowani, aby ją podjąć. 

 

– Tu nie chodzi o to, które państwo jest takiej czy innej kategorii, ale które z państw będzie narażone na atak w pierwszej kolejności. W razie zagrożenia wojną o zasięgu światowym każdy członek NATO posiadający istotne siły zbrojne i tak skoncentruje się w pierwszej kolejności na obronie własnego kraju. Wojna z państwami posiadającymi broń nuklearną albo z państwami, na których terytorium się ona znajduje, będzie na tyle krótka, że siły wsparcia mogą nie dotrzeć na czas. Jeżeli zaś chodzi o zagrożenie wojną lokalną, to jest ona zasadniczo realna dopiero po częściowej dezintegracji NATO. Baza w Redzikowie nie zapewni nam bezpieczeństwa, trzeba przede wszystkim odtworzyć na wschodzie kraju co najmniej trzy zupełnie nowe brygady operacyjne (a nie w razie konieczności przenosić je z innych rejonów kraju) oraz zbudować powszechną Obroną Terytorialną, a nie w ilości trzydziestu tysięcy, jak się to planuje. Ministrowie obrony narodowej, o których wspomniałem wcześniej, niestety nie rozumieli i dalej nie rozumieją tych prostych zależności. Niestety, do dzisiaj nie wyrośli mentalnie z dyletanctwa w zakresie obronności. Problem w tym, że błędy i zaniedbania takich ludzi powodują zagrożenie Polski.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki