Wymiera puszcza i ludzie
Niedziela, 13 marca 2016 (20:13)Widok puszczy przy drodze z Hajnówki do Białowieży na terenie Rezerwatu Krajobrazowego im. prof. Władysława Szafera przeraża. Piętrzą się zwały potężnych powalonych drzew, młody las stanowi jedynie grab i leszczyna.
Nie lepiej też wyglądają inne części puszczy. Przy drodze prowadzącej do znanej w okolicy polany mijamy ok. 150-letni świerk zjedzony przez kornika drukarza.
– Jeszcze stoi, ale to kwestia czasu, kiedy trzeba będzie go ściąć, by nie zagrażał bezpieczeństwu ludzi – mówi Mieczysław Gmiter ze Stowarzyszenia „Santa”, które powstało, by ocalić Puszczę Białowieską.
A puszcza wymiera. W kwaterach na prawo od drogi z Hajnówki do Białowieży – jak okiem sięgnąć – widać świerki z odpadającą korą. I to zarówno te stare, wiekowe, jak i młode, kilkudziesięcioletnie. Leśnicy rozważają zamknięcie niektórych szklaków turystycznych, by turyści nie ucierpieli, kiedy drzewa zaczną się walić. Te przy drodze mają obowiązek wycinać, ale przy wąskich ścieżkach turystycznych już nie.
Kto pogrąża puszczę
Pan Andrzej, którego rodzina od kilku pokoleń mieszka w Hajnówce, denerwuje się, że w proteście zorganizowanym przez tzw. Zielonych w Warszawie brali udział ludzie, którzy w puszczy nigdy nie byli. Jak pani z Bydgoszczy, która wystąpiła w telewizji z apelem, by nie wyrąbywać puszczy.
– Zależy nam, by puszcza istniała. Nikt nie chce jej wyrąbać, ale dziś, by dalej żyła, człowiek musi jej pomóc, usuwając zainfekowane drzewa – podkreśla pan Andrzej. I dodaje, że tak jak z chorym człowiekiem – trzeba go leczyć, a nie zostawić samemu sobie. Wraz z wymieraniem Puszczy Białowieskiej rozwija się kornik, ale też m.in. kleszcze. Przyroda przestała sobie radzić z inwazją owadów.
Pan Andrzej irytuje się, że przez ostatnie lata do mediów publicznych przebijały się jedynie głosy tzw. ekologów, którzy nie mają żadnych argumentów poza jednym: by człowiek zostawił puszczę samą sobie.
– Leśnicy od 2012 roku mają związane ręce planami, które zatwierdził poprzedni minister środowiska, redukując ilość drewna do pozyskania z trzech nadleśnictw funkcjonujących na terenie puszczy do 47 tys. metrów sześciennych – ze 107 tys. planowanych przez inżynierów lasu – informuje Grzegorz Bielecki, nadleśniczy w Hajnówce.
Dodatkowo wprowadzono całkowity zakaz wycinki na terenach, gdzie 100-letni drzewostan jednego gatunku stanowi co najmniej 10 proc. powierzchni.
W Nadleśnictwie Białowieża, najbardziej dotkniętym przez kornika, kryteria takie spełnia ok. 4000 ha, czyli ponad 34 proc. powierzchni nadleśnictwa. Ograniczenia dotyczą też młodszych drzew rosnących w siedliskach wilgotnych i bagiennych, które stanowią kolejne około 8 proc. powierzchni nadleśnictwa. Do tego dochodzą rezerwaty przyrody zajmujące ponad 34 proc. W sumie 76 proc. lasu w Nadleśnictwie Białowieża zostawione jest na pastwę kornika drukarza.
– Kto za to prawnie odpowie? – zastanawia się Mieczysław Gmiter. – Taka polityka to zabójstwo dla lasu – dodaje.
Dziś na terenie Puszczy Białowieskiej będącej pod kuratelą leśników jest ok. 1 miliona metrów sześciennych gnijącego drewna.
– A co w sytuacji pożaru? Powalone drzewa leżą przy drodze, w czasie suszy wystarczy iskra, by puszcza poszła z dymem. Takie zwały suchego drewna na tysiącach hektarów trudno ugasić – zwraca uwagę leśniczy Andrzej Łukasiewicz, którego ojciec i dziadek byli leśniczymi w puszczy, a teraz także on poszedł w ich ślady.
I dodaje, że w puszczy marnuje się pracę osób żyjących tu od pokoleń. – My wiemy, co jest dla tego miejsca dobre – podkreśla leśniczy.
Z części usychającego i powalonego lasu wynoszą się też zwierzęta, które nie mogą żyć na terenie usłanym potężnymi drzewami.
Sposób na kornika
Do premier Beaty Szydło do tej pory wpłynęło ponad 5 tys. podpisów od mieszkańców puszczańskich terenów. Domagają się m.in. wprowadzenia cięć sanitarnych, czyli wycięcia i wywiezienia z lasu drzew, w których żeruje owad. To praktycznie jedyny sposób na walkę z kornikiem drukarzem.
– Jeszcze przed transformacją, jeśli leśniczy zostawił w lesie dwa drzewa zasiedlone przez korniki, otrzymywał naganę lub upomnienie. Jeśli skala gradacji kornika była większa, sprawa trafiała do prokuratora – opowiada Andrzej Łukasiewicz.
Walka z kornikiem rozpoczyna się na wiosnę. Czy tak się stanie w tym roku w puszczy?
W Białowieży niedawno gościła 10-osobowa komisja złożona z grona profesorów. Powstała ona na wniosek premier Beaty Szydło. Leśnicy czekają na decyzję.
Nie ma miejsca dla pszczelarzy
Mieszkańcy puszczańskich terenów uważają, że to, co się dzieje w puszczy, to pokłosie polityki wykluczającej ludzi z lasu. Wieki jednak pokazały, że człowiek nie może tu żyć bez puszczy, a puszcza bez człowieka.
Rodzina Anatola Filipczuka, prezesa Stowarzyszenia Pszczelarzy Rejonu Puszczy Białowieskiej w Hajnówce, od pięciu wieków zajmuje się bartnictwem. To z tego rejonu pochodzi słynny lipiec białowieski pozyskiwany z lip drobnolistnych, jedynego tak licznego ich skupiska w skali całego kraju. Niespotykane właściwości tego miodu potwierdziły badania naukowców w Puławach. O jego walorach pisał też przyjaciel Henryka Sienkiewicza, Zygmunt Gloger. Twórcy w 1892 roku odwiedzili wspólnie te tereny. W powstałej publikacji Glogera „Białowieża w albumie” o miododajnej lipie czytamy: „Tu wyrasta równie wysoko i równie prosto jak sosna, dźwigając niewielką koronę z gałęzi na wierzchołku. Kto tylko zna lipy ogrodowe, zwykle gałęziste od ziemi, ten, stojąc wśród lip białowieskich, gotów zapytać: co to za drzewa? Na tych wyniosłych koronach pszczoły zbierają lipiec, nie tylko biały jak masło śmietankowe, ale różniący się przytem znacznie od wszystkich lipców ogrodowych swoim szczególnym aromatem i smakiem, a przytem ceną bajeczną. Czy to bowiem dlatego, że pszczelnictwem mała liczba mieszkańców puszczy się zajmuje, czy że lipiec tutejszy poszukiwany jest przez amatorów ze stron dalekich, ale cena garnca (bo na wagę tu jeszcze sprzedawać nie umieją) dochodzi nieraz do 15 – tu rubli!”.
Po kilkuset latach prowadzenia barci w puszczy w 2002 roku pan Anatol musiał się wynieść z ulami z lasu, w którym powstał rezerwat. Nie pomogły żadne listy i tłumaczenia, że pszczoły są puszczy potrzebne.
– Efekt był taki, że lipy, które są zapylane przez pszczoły, dziś praktycznie się nie rozmnażają – tłumaczy pan Anatol.
Pszczelarz nie kryje rozżalenia, że dotychczasowe władze są głuche na argumenty, a swoimi decyzjami rugują człowieka, który od wieków koegzystował z lasem. – Kiedyś nawet leszczyna w puszczy miała po 9 metrów wysokości, a dziś rosną małe krzaki – podkreśla.
Drewno na hałdach
Leśnicy nie mogą zarządzać lasem zza biurka, a do tego zostali sprowadzeni. Ludzie, którzy prowadzą gospodarkę leśną, potrafią to robić od pokoleń. A konsekwencje odcięcia mieszkańców od puszczy ponosi cały rejon. Hajnówka, zwana „bramą Puszczy Białowieskiej”, która powstała i rozwinęła się w latach 20. ubiegłego wieku na bazie puszczy, dziś się wyludnia.
– Oficjalnie zamieszkuje w mieście ponad 20 tys. osób, ale ustawa śmieciowa zweryfikowała te dane. Okazuje się, że realnie Hajnówka liczy obecnie jedynie 14 tys. mieszkańców – mówi Mieczysław Gmiter.
Do tej pory puszcza dawała pracę także poprzez pozyskiwanie z niej drewna. Sławomir Bołtromiuk do swojego zakładu stolarskiego „Olga”, który prowadzi z synami, musi jednak importować surowiec z Litwy, Rosji i Rumunii, a także innych części Polski. Tymczasem praktycznie tuż za miedzą gniją ponad 200-letnie pnie dębów powalone przez wichurę. Minister środowiska zdecydował kilka lat temu, że drewno ma zostać w lesie.
Bołtromiuk nie narzeka na zbyt swoich produktów, wysyła je nawet do Chin. Jego zakład zatrudnia 200 osób, ale pracę mogłoby mieć znacznie więcej, gdyby można było korzystać z drewna, które gnije w puszczy. Problemy z surowcem firma zaczęła mieć już w połowie lat 90. Wówczas Bołtromiuk zaczął szukać drewna poza granicami Polski, to jednak rodzi dodatkowe koszty. Zabiera też miejsca pracy lokalnej ludności.
O Puszczy Białowieskiej przygotowałam już kilka materiałów. Rozmowy i nawet najbardziej dramatyczne opisy nie oddają jednak obrazu, jaki jest tam w rzeczywistości. Całe kwatery lasu świerkowego stoją suche, a te, które są jeszcze zielone, już w dużej części zaatakował kornik. Odpadają z nich całe łaty kory, odsłaniając gołe pnie. Jest tylko kwestią czasu, kiedy uschną.
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym