• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Im bardziej kochamy, tym bardziej jesteśmy wolni

Środa, 9 marca 2016 (20:17)

Z Mary Wagner i Lindą Gibbons, kanadyjskimi obrończyniami życia, rozmawia Beata Falkowska

Mary, piszesz do nas z więziennej celi. Wywiad ukazuje się w planowym terminie Twojej kolejnej rozprawy. Jak umacnia Cię Bóg w tym niełatwym czasie?

M.W.: – Słyszałam, że w Piśmie Świętym zachęta „Nie bójcie się” albo jej równoważna występuje 365 razy. Sama tego nie sprawdzałam. Nasz Pan wie, jak jesteśmy wątli i słabi. Kiedy wzywa nas do postępu w wierze, czy jest to mały kroczek, czy wielki skok, to prosi nas, byśmy Mu zaufali w naszej drodze, na której tym, co rzuca wystarczające światło na każdy kolejny ruch, jest zaufanie. Za każdym razem, gdy czynimy krok naprzód w zaufaniu, On umacnia nas w jeszcze większej ufności. Ucząc się Mu ufać, odkrywając, że możemy w Nim złożyć całą nadzieję, otrzymujemy wielką pociechę, poznając, że jesteśmy kochani zupełnie i On nas nigdy nie porzuci.

Bóg umacnia nas na tak wiele sposobów. Dał nam Kościół, sakramenty, świętych… Jednak wszystkie te dary są po to, by doprowadzić nas do coraz lepszego rozumienia tego, do czego doszedł św. Paweł, mówiąc: „Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny”. Sposób, w jaki Bóg nas naprawdę umacnia, to pomoc w odkryciu, jak naprawdę jesteśmy słabi, abyśmy umieli zdawać się na Niego, a nie na nas samych. Osiągnął to pięknie w św. Teresie od Dzieciątka Jezus, która „radowała się” w swoich słabościach i wadach.

Pan Bóg działa także przez innych ludzi. Spotkałaś takich „Bożych posłańców” w ostatnich miesiącach?

M.W.: – Tak, to wielkie pocieszenie widzieć owoce Bożej łaski działającej w innych ludziach. Otrzymałam niedawno list od mężczyzny, który przeczytał kilka artykułów, przez jakie katolickie media relacjonują te wysiłki na rzecz dzieci i ich matek. Napisał, że miało to wielki wpływ na jego powrót do Kościoła. Chwała Bogu!

Można być wolnym, przebywając w więzieniu?

M.W.: – Gdy myślę o wolności, przypominają mi się słowa naszego Pana: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,31[-32]). Uważam, że im bardziej kochamy, tym bardziej jesteśmy wolni. Ktoś może mieć wszystko na tym świecie: dobre zdrowie, inteligencję, talenty, bogactwa, dobrą rodzinę, znaczącą pozycję zawodową, a wciąż być ograniczonym lub uwięzionym na sposób gorszy niż fizyczne zamknięcie. Największym więzieniem jest grzech i gdy upadamy, gdy nie powstajemy, pogrążamy się w stworzonym przez siebie więzieniu.

Tutaj, w tym więzieniu fizycznym, mam mniej kłopotów spowodowanych fizycznym zamknięciem niż murami, które mam pokusę wznosić – i co pewien czas to robię – blokującymi działanie miłości, jakie Bóg może chcieć wykonać przeze mnie.

Ale rozważmy sytuację braci i sióstr zakonnych. Czy oni nie zrzekli się dobrowolnie swojej fizycznej wolności? Gdy się ich zapyta, powiedzą, że są wolni, wciąż nawet ich posłuszeństwo wobec przełożonych, każde działanie jest korzystaniem z wolności, z najwyższej wolności, jaką jest ich „tak” dla Boga, w tak radykalny, wciąż odnawiany sposób.

Dla mnie więzienie stało się rzeczywistym narzędziem do odkrycia, czym jest prawdziwa wolność.

Ośrodki aborcyjne to dość mroczne miejsce. Ty udajesz się tam regularnie z misją miłości do poczętych dzieci i matek. Jak na wzór Jezusa dostrzegać nadzieję, możliwość życia tam, gdzie inni widzą tylko śmierć?

M.W.: – Tak, ośrodki aborcyjne są pogrążone w ciemności, ponieważ każdy, kto tam jest, znajduje się w jakiejś formie rozpaczy – od matek i ich „wsparcia”, po pracowników i aborterów. Fakt, że takie miejsca istnieją i działają przy tak małym publicznym sprzeciwie, jest znakiem, iż ciemność rozpaczy nie ogranicza się do murów ośrodków aborcyjnych.

Wchodząc lub próbując wejść, pozostając z matkami tak długo, jak to możliwe, staramy się przynieść im nadzieję, poczynając od naszej obecności i modlitwy. Zdajemy sobie sprawę, że wygląda to po ludzku „beznadziejnie”. Proszę Boga, by wszedł w serca matek i nie wiem, co może być najlepszego do powiedzenia. Czuję, że gdy matki osiągają pewien punkt, tylko Bóg może zainterweniować. To dlatego istotą jest modlitwa, a obecność jest drugorzędna. Jeśli chcemy przynieść „nadzieję w Jezusie”, najpierw musimy ją mieć sami. Jedno, co do czego jestem przekonana, to, że nie ma sytuacji beznadziejnych i żadne miejsce na ziemi nie może być określone jako „poza zasięgiem” miłości bliźniego. Gdzie jest życie, tam zawsze jest nadzieja.

Już dwukrotnie Boże Narodzenie spędziłaś w więzieniu. Niedługo Święta Wielkiej Nocy. Masz jakieś szczególne wspomnienia związane ze świętami?

M.W.: – Przez poprzednie pięć lat spędzałam Boże Narodzenie w dzielnicy Ottawy – Vanier i doszłam do przekonania, że jest to szczególny udział w ubóstwie stajenki na peryferiach Betlejem, blisko Świętej Rodziny, blisko naszego nowo narodzonego Króla, który wybrał z miłości, z „nie ma większej miłości”, przyjście w najbardziej pokorny sposób. Nie wiem, co mam Mu powiedzieć, ale On jest tu ze mną w moim bliźnim, który potrzebuje miłości, który może nie wiedzieć, że Bóg tak umiłował świat i który widzi tylko brud ubóstwa i chłód świata mówiącego: „Nie ma tu dla ciebie miejsca”. Myślę, że wszystko, co mogę powiedzieć Jezusowi, to „dziękuję”, i prosić Go, by uczył mnie kochać, gdy ja też widzę tylko zimną stajnię i trudno mi zobaczyć człowieka w moim bliźnim.

Masz nadzieję, że uda Ci się spędzić święta w rodzinnym gronie?

M.W.: – Pokazałam to pytanie towarzyszce z celi, Muriel, która tak odpowiedziała: „Kiedy ma się nadzieję na zwolnienie, to raczej na zwolnienie prędzej niż później, zatem i na święta w domu”. Niech Bóg Was błogosławi!

Linda, kiedy rodził się ten wywiad, byłaś jeszcze w więzieniu, dziś jesteś na wolności. Za postawę pro-life zapłaciłaś w swoim życiu ponad 8 latami więzienia. Obrona poczętych dzieci z wszelkimi konsekwencjami tych działań to dla Ciebie powołanie i droga wypełniania się Bożej woli w Twoim życiu?

L.G.: – Gdy życie jest celowo narażane na niebezpieczeństwo – czy narodzone, czy nienarodzone, jest wolą Boga, byśmy stawiali opór. Kiedy okazuje się, że abortownia jest miejscem zaprojektowanym, by iść tam w celu świadomego, zaplanowanego aktu dzieciobójstwa, odpowiadamy oporem zdeterminowanym i zorganizowanym. Aktywny opór polega na tym, że się tam jest i robi się coś, by wystąpić przeciwko zbrodniom względem małych ludzi. Takie działanie jest spełnianiem woli Boga dla nienarodzonego życia, by nie zostało tknięte, gdyż wolą Boga jest życie, a jego obrona stanowi moralny obowiązek. Jestem wezwana, by tam być, nawet gdy ludzie uknuli bezprawne nakazy sądowe, aby spowodować, że jesteśmy aresztowane i więzione. To, co się zmienia, to koszt wypełniania naszego obowiązku, by stawiać opór, ale wola Boga pozostaje niezmienna – jedno uratowane życie jest cenniejsze niż dożywotnie więzienie.

Jak odbierały Cię kobiety, z którymi dzieliłaś celę?

L.G.: – Czas w więzieniu jest uprzywilejowaną okazją, by być Chrystusem dla kobiet, które tam są. Twoje życie jest otwartą księgą, w której twoje czyny i słowa mówią i pokazują im serce i zamysł Boga. To skromne wyzwanie poświęcenia się dla nich, żeby mogły poznać i pokochać Boga. Ogólnie te kobiety przyjmują mnie jako towarzyszkę podróży, która troszczy się o nie i ich potrzeby. Moim celem jest traktowanie ich tak, jakby wszystkie były już teraz takie, jakimi Bóg chce, by one były. One widzą, że postrzegam je bez etykiet, które nałożyło na nie społeczeństwo. W tym stajemy się również powołane przez Boga.

 

Możesz opowiedzieć nam o chwilach „pocieszenia” z góry w czasie uwięzienia?

L.G.: – W ostatnią Wigilię Bożego Narodzenia, którą spędziłam w więzieniu, otrzymałam cenny dar. Był to list od matki adopcyjnej, która otworzyła swoje serce i swój dom dla bliźniąt, które jako nienarodzone dzieci dzieliły ze mną więzienną celę. Teraz mają 25 lat, a po liście ich matka adopcyjna odwiedziła mnie w więzieniu w Nowy Rok. To ja miałam zaszczyt spotkać tę bohaterkę pro-life. Zatem niezapomniane święta.

Jak w Kanadzie, gdzie za obronę życia trafia się za kraty, mówić ludziom o Panu Jezusie i Jego miłości?

L.G.: – Pośród mroku naszych obecnych dni stare powiedzenie pozostaje wciąż to samo: „Miłość znajdzie sposób”. Serce zmysłowe współczesnego człowieka tęskni, ale wie, że nie ma za czym. A nas, tych, którzy poszli za Bożym głosem, silna miłość ośmiela, by tych, których spotykamy, przyjmować jako Chrystusa. Aby znaleźli miłość, jaką my poznaliśmy, i pukali do bram Nieba, i pukali wciąż na nowo, aż przyjdzie Jezus, żeby odpowiedzieć. Ludzie współcześni, żyjący w beztroskim zatraceniu, potrzebują miłości, a katolicy są powołani do tego, by ryzykować wszystko ze względu na ukochanych bliźnich, mając przed oczami tylko Jezusa.

Nie żywisz żalu, pretensji do ludzi, przez których trafiałaś tyle razy do więzienia? Modlisz się za nich?

L.G.: – Miłość nie zna wrogów. Gdy się kocha, traktuje się tych „jakby” wrogów jako przyjaciół. W więzieniu codziennie rano modlę się za strażników o bezpieczny dojazd do pracy, o spokój i cierpliwość w postępowaniu z poranionymi kobietami, a w sądzie modliłam się o mądrość dla sędziów w ich codziennych czynnościach i dla urzędników, by okazywali współczucie, ale wiedzieli, czego niektórzy potrzebują, by uzyskać kontrolę nad swoim życiem utraconą z powodu alkoholu, narkotyków i prostytucji.

Moją największą pokusą jest postrzeganie kobiet sędziów jako politycznie poprawnych bezwolnych wykonawców. Niestety ich zachowanie nie zniechęcało mnie do tego. Nie natrafiłam na sędzię, która byłaby kobietą o sympatiach pro-life wyraźnych bądź dyskretnych podczas dwóch dekad mojej podróży przez sądy.

Módlmy się w tym roku o miłosierdzie, by Bóg powołał kobiety na sędziów dla obrony świętości życia w kanadyjskim systemie sądowym. W tym krytycznym roku rozważania o legalizacji eutanazji w Kanadzie niech Bóg miłosierny zachowa moją ojczyznę od pochwycenia przez kulturę śmierci we wszystkich jej formach.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Beata Falkowska