Dziś w „Naszym Dzienniku”
Meandry polityki
Piątek, 4 marca 2016 (19:20)„Szafa Kiszczaka” staje się hasłem wywoławczym obnażania podstaw powstania III RP. Paradoksalnie to Czesław Kiszczak zachowywał więcej godności niż inni jego partnerzy w transformacji ustrojowej w Polsce.
Bezsprzecznie u jej fundamentów leży powstanie nowego ruchu w obronie godności pracy i bytowania w zakłamanym, zniewolonym świecie demokracji ludowej. Przebudzeniem do zjednoczenia się w ruchu „Solidarność” była wizyta i tchnięcie w nas ducha przez Jana Pawła II. Bez moralnej odnowy zhołdowanego komunistycznym totalitaryzmem społeczeństwa związek nie odniósłby sukcesu. Fiasko gospodarcze, ideologiczne i organizacyjne aparatu wyzysku i ucisku, jakim były państwa Europy Środkowej, wymagało stosownej odnowy.
Plan Kremla
Po dojściu Gorbaczowa do władzy w ZSRS rozpoczął się – wymuszony przewagą i konkurencją świata kapitalistycznego oraz porażką Układu Warszawskiego w zimnej wojnie z Sojuszem Atlantyckim – projekt transformacji ustrojowej. Miała ona zachować dominującą pozycję struktur dotychczasowej władzy w sojuszu z szerszą reprezentacją społeczną. Do tego celu, za aprobatą Kremla, wykorzystano spacyfikowaną stanem wojennym w Polsce „Solidarność”. Problem stanął na ostrzu noża na posiedzeniu Biura Politycznego PZPR. Kiedy większość członków Biura opowiadała się za całkowitym zniszczeniem pozostałości ruchu oporu „S” po nieudanych strajkach w 1988 roku – trzech generałów: Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak, Florian Siwicki, i jeden cywil: Stanisław Ciosek, wspierając się dyrektywą Kremla, zagrozili dymisją, gdyby nie zgodzono się na podjęcie dialogu transformacyjnego z umiejętnie wyselekcjonowaną, „konstruktywną” opozycją.
Przy aktywnym udziale przedstawicieli i pełnomocników Episkopatu ustalono zasady porozumienia sfinalizowanego przy Okrągłym Stole. Rola reżysera tego politycznego kontredansu przypadła generałowi Kiszczakowi. Wynik wyborów 4 czerwca 1989 roku pokrzyżował częściowo założenia układu transformacyjnego. Strona społeczno-solidarnościowa nie tylko uzyskała niemal wszystkie mandaty w ramach przyznanego jej limitu, to jeszcze padła tzw. lista krajowa, która miała być 36-osobowym fundamentem PZPR-owskiej nomenklatury w Sejmie. Panika po stronie selekcyjno-solidarnościowej spowodowała bezprecedensowe powtórzenie wyborów w tym zakresie, aby zadowolić partnerów tzw. strony rządowej.
Nocny zamach
Dalszy ciąg zdarzeń był konsultowany w Moskwie zarówno ze strony rządowej PRL-u, jak i Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. Transformatorzy zrobili wszystko, co mogli, aby pierwszym prezydentem – założycielem III RP, został generał Wojciech Jaruzelski. Umożliwiło to objęcie funkcji premiera przez Tadeusza Mazowieckiego.
Lech Wałęsa, przywódca „Solidarności” w roku 1980, jak i 1989, nie uległ wówczas presji doradców i dokonał sojuszu z satelitami PZPR – Stronnictwem Demokratycznym i ZSL dla powołania koalicji innej, niż to wynikało z porozumienia okrągłostołowego.
Do decydującego starcia między mieszanym, aktualnym obozem rządowym a stroną „Solidarności” doszło w wolnych wyborach prezydenckich po ustąpieniu Jaruzelskiego z funkcji prezydenta. Lech Wałęsa jako konkurent Tadeusza Mazowieckiego stał się celem do zniszczenia. „Gazeta Wyborcza”, która potem uczyniła z niego polityczną wydmuszkę w walce ze swymi ideologicznymi i politycznymi przeciwnikami – przedstawiała go jako zagrożenie dla demokracji i przemian ustrojowych w Polsce. Atakowany Lech Wałęsa skorzystał zapewne wtedy z oferty wsparcia nie tylko przez członków NSZZ „Solidarność”, ale i sił postpereelowskich (mówiąc eufemistycznie), których później stał się zakładnikiem.
Świadomość tego, co zawiera archiwum Czesława Kiszczaka, musiała wywierać wpływ na jego często niezrozumiałe wolty w słowie i działaniu.
Dopiero 4 czerwca 1992 roku, kiedy obalał w drodze nocnego parlamentarnego „zamachu stanu” rząd Jana Olszewskiego, pokazał, jakie siły przeważyły w jego skomplikowanej osobowości. Zapewne nie chciał być rozgrywanym, tylko rozgrywającym. Dla tych, którzy decydowali o kierunku transformacji ustrojowej w Polsce, polityka to tylko dobieranie skutecznych środków i metod działania dla osiągnięcia zamierzonych celów.
Pominęli zasadę, że dla osiągnięcia godziwych celów nie należy używać niegodziwych środków, gdyż osiągnięty nimi cel zbliży się do nich swoim charakterem. Prędzej czy później przychodzi czas, że spolegliwy partner oświadczy: „ta karczma Rzym się nazywa”. Diabeł zabierze duszę tego, z kim podpisał umowę.
Piotr Ł.J. Andrzejewski