• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Niemcy mówią: Dość

Czwartek, 18 lutego 2016 (18:55)

Nigdy dotąd w partiach chadeckich nie mówiło się tak krytycznie o Angeli Merkel.

Ostatnie obchody Światowego Dnia Migranta i Uchodźcy dały nam wiele powodów do refleksji na kilku płaszczyznach. W parafiach odczytano list Ojca Świętego Franciszka, który po raz kolejny przypomniał o ewangelicznym nakazie „nakarmienia głodnych i napojenia spragnionych” oraz fakt, że każdy z nas jest odpowiedzialny za swojego bliźniego.

Godna odnotowania jest również wypowiedź przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Migrantów i Podróżujących ks. kard. Antonio Marii Vegliò w rozmowie z watykańskim dziennikiem „L’Osservatore Romano”, gdzie czytamy: „Uchodźcy mają obowiązek integrowania się ze społeczeństwami, które ich przyjmują, przede wszystkim przez naukę języka i respekt przed kulturą kraju, w którym przebywają”. Jest to ważne ustawienie tej kwestii, gdyż – jak często podkreślamy – nikomu z potrzebujących nie odmawiamy pomocy, ale naszym obowiązkiem jest należyta troska o nasze rodziny.

W podobnym tonie wypowiedział się ks. abp Henryk Hoser: „Nie wymagamy od nich, by zmieniali swoją religię, kulturę bycia na co dzień, zwyczaje czy swoją obrzędowość, ale muszą uszanować tych, którzy ich przyjęli, respektując ich kulturę i język podobnie jak gość w obcym domu”. 

W okowach poprawności

Po wydarzeniach z pierwszych tygodni nowego roku, do jakich doszło w wielu miastach Niemiec, Szwecji i innych krajów europejskich, zmuszeni jesteśmy podjąć na nowo dyskusję nad bankructwem polityki Angeli Merkel. Opiniotwórcze gazety – zarówno niemieckie, jak „Frankfurter Allgemeine Zeitung” czy „Mitteldeutsche Zeitung” – w swoich komentarzach przelewają na papier to, o czym ulica mówi od dawna – że liberalna polityka migracyjna niemieckiej kanclerz zakończyła się fiaskiem. Nigdy dotąd w partiach chadeckich nie mówiło się tak krytycznie czy wręcz wrogo o Angeli Merkel jak obecnie. Jest to chyba pierwsza jawna rewolta.

Na tym tle pojawiają się mocno uzasadnione obawy o wolność słowa i cenzurę w niemieckich mediach. Jeśli dodamy do tego raporty wewnętrzne policji, zarówno niemieckiej, jak i szwedzkiej, gdzie zachęca się do przemilczania czynów przestępczych spowodowanych przez imigrantów, to rodzą się bardzo smutne refleksje co do poziomu poszanowania podstawowych praw obywatelskich.

Dla specjalisty od „putinizacji prawa” czy wielkich obrońców swobód demokratycznych (czytaj: lewackiego pojmowania prawa do krytyki) to, co prawicowe czy katolickie, nie ma prawa egzystencji, a to, co lewackie czy antykatolickie, trzeba wynosić na piedestał.

Niemieccy politycy, którzy z taką troską „pochylają się nad wolnością mediów w Polsce” i wylewają krokodyle łzy, powinni się zająć tysiącami listów obywateli Niemiec do państwowej telewizji w sprawie napaści na kobiety.

Ku zbrodni i przemocy

Bardzo niepokojące postawy tzw. poprawności politycznej zaobserwowaliśmy po barbarzyńskim akcie zbiorowego gwałtu na trzyletnim chłopcu w jednym z obozów w Norwegii. Nie wiem, co napawa większym smutkiem: zbrodnia i cierpienie niewinnego dziecka czy porażająca nieodpowiedzialnością wypowiedź przedstawicielki organizacji zajmującej się prowadzeniem obozów.

– Nie ma jednego kodu kulturowego, aby powiedzieć, co jest dobre, a co złe, ponieważ chcemy wolnego społeczeństwa. Musi być tolerancja dla postaw, które mogą wydawać się niemoralne z punktu widzenia tradycyjnych norm – powiedziała Linda Hagen z firmy Hero, która prowadzi 40 proc. norweskich ośrodków dla uchodźców. W imię swoiście pojętej „wolności i tolerancji” sugeruje, że mamy zaakceptować „kod kulturowy”, czyli dla jednych pedofilia będzie dopuszczalna – bo obowiązuje tolerancja dla postaw, które „mogą wydawać się niemoralne z punktu widzenia tradycyjnych norm”. Pozostali Europejczycy będą nadal wsadzani do więzień. Pozostaje tylko pytanie, jakie inne formy zachowania będzie ta urzędniczka promować w imię „wolnego społeczeństwa”.

W podobnym tonie utrzymane były wypowiedzi burmistrz Kolonii Henriette Reker po masowych napaściach seksualnych na kobiety, jakich dokonywali w noc sylwestrową imigranci z krajów islamskich. Zaproponowała ona swoim rodaczkom, by dostosowały się do przybyszów. Niemiecka polityk zasugerowała także, że ofiary… same były sobie winne. Komentarze niemieckiej i francuskiej prasy były jednoznaczne. Francuski portal informacyjny Fdesouche.com określił konferencję burmistrz Reker mianem „surrealistycznej”.

Gdyby nie masowa skala tych wypowiedzi polityków broniących za wszelką cenę polityki Merkel, to można by przejść nad tym do porządku dziennego. Jednak kiedy zauważymy rosnące notowania Pegidy i innych radykalnych ugrupowań w Niemczech albo wsłuchamy się w rozmowy z Niemcami, ogarnia nas niepokój, jak bardzo rozeszły się drogi władzy i obywateli. Widzimy również, jak trudno przyznać się do błędu.

Najłatwiej wychodzi nagonka na Polskę. Kiedy podsłuchiwano dziennikarzy i demolowano redakcje, to kwitła demokracja, bo lewactwo było u władzy. Kiedy ograniczano dostęp Telewizji Trwam do multipleksu i ignorowano ponad 2 miliony podpisów oraz setki marszów, to nie było zamachu na demokrację. Gdzie była wtedy Komisja Europejska? Gdzie był Martin Schulz czy Jean-Claude Juncker? Smutna refleksja, jak bardzo jako obywatele i wyborcy musimy zdobyć się na czynny udział w wyborach i w ten sposób właściwie kreować naszą rzeczywistość.

To rozejście się świata autorytetów i świata ludzi obserwowaliśmy już w oświeceniu. Paul Hazard formułuje cenną diagnozę, opisując ówczesną sytuację: nie ustawały wojny – wojna o sukcesję hiszpańską, wojna o sukcesję austriacką, wojna siedmioletnia, wojna na Bliskim Wschodzie. Dżuma lub głód pustoszyły całe prowincje. Tymczasem środowiska intelektualne Europy chciały wmówić sobie, że żyją w najlepszym ze światów, i ucieczkę od problemów znalazły w optymizmie. Ceną za tę obłędną politykę była rewolucja francuska z jej symbolem – gilotyną.

Dzisiaj również mamy kryzys w Chinach, Państwo Islamskie w Iraku i Syrii, napięcia pomiędzy Arabią Saudyjską a Iranem, między Pakistanem a Indiami, wybuch bomby wodorowej w Korei Północnej, a wielu nam wmawia się, że żyjemy w najlepszym ze światów. Pamiętamy, że historia lubi się powtarzać, jeśli jej się nie uczymy.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Ks. prof. Waldemar Cisło