Dziś w „Naszym Dzienniku”
Noc styczniowa
Piątek, 22 stycznia 2016 (20:19)Stary miecz wydobyty, święty sztandar rozwinięty.
Nocą z 22 na 23 stycznia 1863 roku wybuchło powstanie. Przywódcy patriotycznej konspiracji od wielu miesięcy przygotowywali się do walki mającej się rozpocząć w połowie 1863 roku. Przeprowadzona w nocy 14 stycznia branka – czyli pobór młodzieży do rosyjskiego wojska w Warszawie – wymusiła wcześniejszy wybuch powstania.
Nie wystarczyło czasu na zgromadzenie broni, kadr w środku ciepłej, ale jednak zimy. Wydano rozkazy, rozesłano kurierów. Poetka Maria Ilnicka wraz z bratem Janem Majkowskim napisała powstańczy manifest: „Do broni więc, Narodzie Polski, Litwy i Rusi, do broni, bo godzina wspólnego wyzwolenia już wybiła, stary miecz nasz wydobyty, święty sztandar Orła, Pogoni i Archanioła rozwinięty”. Warszawę opuścili członkowie powstańczego Rządu Narodowego – wyjechali pociągiem do Kutna, skąd mieli przedostać się do Płocka, planowanej siedziby władz powstańczych.
W Płocku sygnałem do ataku miał być dźwięk dzwonu. Uderzyć na niewielki, liczący 400 żołnierzy garnizon mieli członkowie miejskiej organizacji oraz oddziały utworzone z młodzieży, która przed kilku dniami opuściła Warszawę i schroniła się w lasach, aby uniknąć branki. Grupa dowodzona przez Aleksandra Rogalińskiego już w przeddzień 22 stycznia natknęła się na rosyjską kompanię i pod Ciółkowem rozegrała się pierwsza potyczka 1863 roku. Polacy roznieśli na kosach połowę oddziału z dowódcą płk. Kozlaninowem, reszta uciekła w popłochu.
Tymczasem w Płocku, gdzie pojawiło się nagle wielu obcych, jeden z policjantów podsłuchał rozmowę o „szturmie o północy”. Mający zdecydować o sukcesie efekt zaskoczenia został pogrzebany. Gdy nocą rozległy się dzwony, ulice miasta zapełniły się powstańcami wzywającymi „do broni”. Na siwym koniu wjechał dowodzący atakiem Konrad Błaszczyński „Bończa”. Jednocześnie powstańczy komendant miasta, adwokat Wojciech Zegrzda, z grupą kleryków poprowadził atak na odwach. Moskale byli przygotowani i bez trudu go odparli. Płock nie został zdobyty, powstańcze oddziały rozproszyły się w okolicy.
Z pogardą śmierci i odwagą
W Podlaskiem, gdzie dowodził przybyły z emigracji Walenty Lewandowski, ruszyły się wszystkie powiaty. Władysław Cichorski „Zameczek” zdobył Suraż. W Łomazach uderzono na 200 ułanów pułku smoleńskiego. „Zostali tak nagle wśród ciemnej i dżdżystej nocy zaatakowani, że nie zdoławszy nawet osiodłać koni, zbiegli się w rynku. Tu powstańcy uderzyli na nich kosami, co taki wśród jazdy popłoch wywołało, że pędem w rozsypce wymknęli się z miasta i uciekli do Międzyrzecza”. Rosyjski historyk powstania Mikołaj Berg napisze: „Pierwsze starcia bezbronnych prawie powstańców z regularnym wojskiem, zaopatrzonym we wszystko, były nieraz nacechowane bohaterską pogardą śmierci lub iście szwoleżerską fantazją i odwagą”.
W Lubelskiem powstańcy, na czele z lekarzem Neczajem, zajęli Hrubieszów. W Lubartowie zdobyli działa, ale nie byli w stanie zabrać ich ze sobą. 19-letni Leon Frankowski, jeden z najgorętszych orędowników powstania, autor słów „pięściami zdobędziemy karabiny, a karabinami armaty”, zajął bez walki Kazimierz, dowodząc blisko 1000-osobowym oddziałem młodzieży z Instytutu Politechnicznego i Rolno-Leśnego w Puławach, która cała (wśród nich przyszły św. Brat Albert – Adam Chmielowski) poszła do powstania, ale bez broni, mieli ją dopiero zdobyć w walce.
W Górach Świętokrzyskich swą kampanię, zakończoną dwa miesiące później przejściem do Galicji, rozpoczął pierwszy powstańczy dyktator i generał, 35-letni Marian Langiewicz. Pochodził z wielkopolskiego Krotoszyna, jego matka „przejęta czcią ku Najświętszej Pannie Częstochowskiej imieniem Maryana syna nazwała”, ojciec walczył w Powstaniu Listopadowym, on sam zaś „o niepospolitych zdolnościach do matematyki” studiował we Wrocławiu, Pradze, Berlinie. W wojsku pruskim w artylerii dosłużył się stopnia porucznika, następnie przebywał na emigracji. Po powrocie do kraju został pułkownikiem województwa sandomierskiego z zadaniem organizowania zgrupowania w Górach Świętokrzyskich. Do Radomia przybył w przebraniu kataryniarza.
W nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku stanął na czele ataku na Suchedniów. Zaskoczonych Moskali wypędzono z miasta, ale ci powrócili nazajutrz i wyparli powstańców. Tej nocy uderzono też na Bodzentyn, Szydłowiec i Jedlnię. Wtedy Langiewicz przeniósł się do Wąchocka, gdzie założył powstańczy obóz.
„Rozpoczęła się więc wojna”
Nad ranem 23 stycznia z Warszawy do Białegostoku wyruszyli pociągiem powstańcy na czele z Leopoldem Plucińskim i Ignacym Mystkowskim. Na stacjach czekali już zaprzysiężeni kolejarze – członkowie konspiracji. Na moście na Liwcu rozkręcili tory, a już za dnia, po dotarciu do Małkini, używając beczek ze smołą, spalili most na Bugu. Podobnych zniszczeń dokonała grupa jadąca od strony Białegostoku, jednocześnie robotnicy w Łapach zajęli stację. Jedyna linia kolejowa łącząca Rosję z Królestwem została przerwana, podobnie jak telegraf.
Warszawę – wyłączoną z powstania i odciętą od świata – zaczęły obiegać najbardziej fantastyczne plotki – iż na stolicę ruszyła wielotysięczna powstańcza armia, a kolejna podchodzi od strony Krakowa. Jednocześnie docierały pierwsze informacje o napadach na garnizony na prowincji, wiele z nich było wyolbrzymionych.
Głównodowodzący rosyjską armią w Królestwie gen. Eduard Andriejewicz Ramsay, nie znając dokładnie sytuacji – pierwszego dnia uderzono na Rosjan w kilkunastu miasteczkach, w większości ze skutkiem podobnym jak w Płocku – wydał, jak się okazało, fatalny w skutkach dla Moskali rozkaz o koncentracji wojska w największych garnizonach. Tym samym całe połacie kraju uwolnione zostały od zaborczej armii, dając miejsce na organizację powstańczych władz i oddziałów. Jak pisał jeden z historyków powstania, Józef Dąbrowski oceniał: „Rozpoczęła się więc wojna, jedna z najdziwaczniejszych, jakie znają dzieje. Ogromna, bo 90 tysięcy ludzi z 176 działami wynosząca armia najpotężniejszego w Europie mocarstwa, umykała niemal w popłochu przed garstką niespełna ośmiotysięczną, uzbrojoną w pałki, kosy, piki, rewolwery i strzelby myśliwskie”.
Wojna przerodziła się w najdłuższe polskie powstanie, w którym uczestniczyło blisko 200 tys. patriotów (latem w polu było nawet ponad 20 tys. powstańców). Do stłumienia zrywu Moskale sprowadzili 340-tysięczne wojsko. Po 18 miesiącach walk ich kresem było stracenie 5 sierpnia 1864 roku na stokach Cytadeli członków Rządu Narodowego na czele z Romualdem Trauguttem. Powstańczego kapelana i generała ks. Stanisława Brzóskę wraz z jego adiutantem Franciszkiem Wilczyńskim pojmano i powieszono na sokołowskim rynku dopiero na wiosnę 1865 roku.
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym