• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Dziś w „Naszym Dzienniku”

Niemcy: polityczne samobójstwo

Poniedziałek, 18 stycznia 2016 (02:17)

Z prof. dr. hab. inż. Piotrem Małoszewskim, wiceprzewodniczącym Chrześcijańskiego Centrum Krzewienia Kultury, Tradycji i Języka Polskiego w Niemczech, rozmawia Karolina Goździewska.

Jaki obraz Polski pokazują media w Niemczech?

– Mainstreamowe media kreują obraz negatywny. Rozwodzą się nad „zamachem na demokrację” w Polsce, mówiąc głównie o ustawie medialnej i o tym, że obecny rząd ogranicza wolność mediom. Pokazują demonstracje uliczne „w obronie demokracji”, które mają udowodnić, że jest ona w Polsce zagrożona, a polskie społeczeństwo się z tym nie zgadza i protestuje.

Niemcy przyjmują niestety tę papkę medialną za dobrą monetę i przy każdej okazji wyrażają wobec mnie swoje obawy o przyszłość Polski. Potrzeba bardzo dużego wysiłku, by choć odrobinę zmienić ich sposób myślenia o wydarzeniach w naszym kraju.

Niestety, przez ostatnie osiem lat oni przyzwyczaili się do tego, że gdy Berlin coś wymyślił, Warszawa to pilnie realizowała. A teraz nagle Warszawa robi coś samodzielnie. To szokuje. Stąd – moim zdaniem – tak ostra krytyka, szczególnie ze strony niektórych polityków.

Obecnie nie widać pewnego złagodzenia retoryki z ich strony?

– Po spotkaniu ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego z ambasadorem Niemiec w Warszawie retoryka wyraźnie się zmieniła. Wydaje się, że wsteczny bieg wrzuciły niemieckie media szczególnie po wypowiedzi rzecznika prasowego niemieckiego rządu, który stwierdził, że wypowiedzi polityków nie są stanowiskiem rządu niemieckiego, i podkreślił, że nikt nie rozważa unijnych sankcji wobec Polski.

Ciekawe, że ambasador niemiecki starał się odcinać od wypowiedzi i opinii Martina Schulza i Guentera Oettingera, ostro i krzywdząco wypowiadających się na temat Polski, podkreślając, że są to urzędnicy z Brukseli, a nie przedstawiciele władz Niemiec (sic!). Szczególnie niesympatyczną postacią jest przewodniczący Parlamentu Europejskiego, skrajnie lewicowy polityk Martin Schulz, który pewnie najchętniej stosowałby „dyktatorskie” metody wobec krajów czy rządów niezgadzających się z jego opiniami. A warto przypomnieć, że kilka lat temu Schulz został przewodniczącym Parlamentu Europejskiego w wyniku umowy chrześcijańskich demokratów z partiami socjalistycznymi.

Dlaczego chadecy, czyli tzw. prawica mająca wówczas większość, zgodzili się na socjalistę?

– Rządzący w Niemczech w tamtym okresie chadecy uznali, że interes niemiecki jest ważniejszy niż polityczna przynależność i dogadali się z socjalistami, że przedstawiciel chadeków – prof. Jerzy Buzek będzie przewodniczącym europarlamentu tylko połowę kadencji, tj. 2,5 roku, a po nim „wybrany” zostanie Martin Schulz. Tyle że Schulz pozostał do dzisiaj.

Niemcy popierają politykę establishmentu dotyczącą imigrantów?

– To jest trudna sprawa. Młode pokolenie w większości popiera. Uważa, że trzeba pomóc uciekinierom z krajów objętych wojną. Nie bez znaczenia jest bardzo pozytywny obraz imigrantów prezentowany przez media, które pokazują głównie biedne matki czy rodziny z dziećmi. To trafia do społeczeństwa, rodzi chęć pomocy. Akceptowano bez problemów fakt, że na początku w 40 proc. byli to imigranci z Bałkanów, tj. imigranci z obszaru nieobjętego wojną. Obecnie jest w Niemczech 1 mln imigrantów, których nie ma gdzie umieścić. Tylko 10 proc. z nich jest zarejestrowanych.

Dzisiaj u wielu przeciętnych Niemców zaczyna budzić się sprzeciw. Krytykują oni trwały, olbrzymi i niekontrolowany napływ imigrantów. Z ostatnich badań opinii publicznej wynika, że 60 proc. obywateli uważa, że Niemcy nie poradzą sobie z integracją tak wielkiej liczby imigrantów, a ponad połowa badanych twierdzi, że polityka prowadzona przez Merkel jest błędna. Natomiast to niezadowolenie nie przekłada się np. na udział w demonstracjach ulicznych.

Topnieją szeregi Pegidy, stowarzyszenia, które powstało w Dreźnie przeciwko islamizacji?

– Na początku, gdy ten ruch powstawał w 2014 roku, szereg ludzi do niego dołączało. Gdy przypięto mu etykietę ruchu neofaszystowskiego, wielu się odsunęło.

Sylwestrowe wydarzenia w Kolonii i zachowanie mediów nie zmieniły stanowiska Niemców wobec muzułmańskich imigrantów?

– Na pewno wywołały one duże oburzenie i niezadowolenie. W mojej opinii, mogą one doprowadzić do zmiany nastawienia społeczeństwa do imigrantów, na co może wskazywać ostatnie badanie opinii publicznej, o czym już wspomniałem. Warto przypomnieć, że pierwszym politykiem, który od początku domagał się ograniczenia napływu imigrantów, a także podkreślał, że przyjmowanie ich bez rejestrowania jest niedopuszczalne, był premier rządu bawarskiego i przewodniczący CSU (siostrzanej partii CDU) Horst Seehofer. Dziś jego opinię powtarza wielu polityków niemieckich.

Ekscesy w Kolonii pokazały, że muzułmanie zaczynają stanowić realne zagrożenie bezpieczeństwa mieszkańców.

– Do tej pory jest ok. 600 zgłoszeń napadów na kobiety, w tym także kradzieży dokonanych przez imigrantów. I to nie tylko w Kolonii. Te informacje Niemców zszokowały.

Władze Niemiec poczuwają się do winy?

– Za winnego uznany został szef policji w Kolonii. To mydlenie oczu i unikanie odpowiedzialności politycznej. W północnej Nadrenii Północnej-Westfalii i w Kolonii rządzą socjaliści (SPD). Trudno sobie wyobrazić, by „łagodna” reakcja policji podczas wydarzeń kolońskich oraz blokowanie przez kilka dni informacji o tych wydarzeniach w mediach były decyzjami podjętymi przez szefa policji w mieście. W mojej opinii, politycy obawiają się podkręcenia społecznych nastrojów antyimigracyjnych i wyskoków neonazistów. Boją się, że Niemcy, które były krajem stabilnym, stają się krajem społecznego wrzenia i zamieszek ulicznych na tle rasowym czy religijnym.

Grupy samoobrony wśród Niemców już powstają.

– Trudno powiedzieć, czy są to grupy samoobrony. Natomiast są to w większości wybryki chuligańskie, które bazując na niezadowoleniu wobec obecnej polityki imigracyjnej, prowadzą do wielu podpaleń centrów dla uchodźców, zanim jeszcze zostały zasiedlone.

Natomiast faktem jest, że ludzie wolą nie mieć w swoim sąsiedztwie obozów dla imigrantów. Jest to szczególnie widoczne w tych małych miejscowościach, gdzie liczba dotychczasowych stałych mieszkańców staje się nagle zbliżona do liczby imigrantów.

Media o tym informują?

– Do tej pory bardzo mało. Są tak silnie poprawne politycznie, że starały się te wszystkie sprawy wyciszać, by nie zaogniać sytuacji. Odnoszę jednak wrażenie, że w ostatnich dniach mainstreamowe media stają się powoli „bardziej” krytyczne wobec polityki imigracyjnej. Może po Kolonii chcą trochę rozładować napięcia, a lekka „krytyka” temu sprzyja. Szczególnie we wschodnich Niemczech widać, że tzw. poprawność polityczna nie skutkuje. Demonstracje organizowane w Dreźnie i Lipsku, mimo ostrej krytyki medialnej, w dalszym ciągu skupiają po kilka, kilkanaście tysięcy demonstrantów, a partie antyimigranckie typu AfD (Alternatywa dla Niemiec) nabierają znaczenia.

Czym tłumaczyć dotychczasową bezkrytyczną przychylność władz niemieckich wobec imigrantów muzułmańskich?

– Myślę, że jest to kontynuacja polityki prowadzonej od dłuższego czasu przez Niemcy, czyli wybielania swojego obrazu historycznego. Pokazywania, że oni też byli ofiarami II wojny światowej i nie tylko oni są za jej zbrodnie odpowiedzialni. Teraz starają się pokazać swoje wielkie miłosierdzie wobec cierpiących, w przeciwieństwie do reszty Europy. Moim zdaniem, taki obraz prezentowały niemieckie media. Jak powiedziała Angela Merkel, „wszystkich przygarniemy”. W momencie gdy to się kompletnie wymknęło spod kontroli, nagle stwierdziła, że przecież nie zamkniemy granicy, bo nie mamy ani wojska, ani policji, która mogłaby pilnować granicy. Ta wypowiedź została jednak wyciszona w mediach. Dla mnie taka wypowiedź pani kanclerz, zwanej „Żelazną Damą Europy”, obnażająca słabość Niemiec, to jej „samobójstwo polityczne”.

Decyzje Merkel mogą być brzemienne w skutki dla całej Europy?

– Ludziom uciekającym przed wojną i terroryzmem trzeba pomagać. Wymaga tego nasza ludzka solidarność. Najważniejszym obowiązkiem jest pomagać chrześcijanom, którzy są narażeni na śmierć męczęńską i w tamtych rejonach licznie zmuszeni są oddawać swoje życie za wiarę. Proszę mi jednak pokazać chrześcijan, którzy by teraz masowo uciekali do Europy. Według sekretarza Patriarchy Jerozolimskiego, z którym spotkałem się w ubiegłym roku, najbardziej zagrożeni i cierpiący zostali w obozach. Chrześcijanie czekają w Turcji i Libanie na prawo emigracji do Europy. O nich świat milczy i nie upomina się o ich prawa.

Pan czuje się bezpiecznie w Monachium?

– Jeszcze tak. Niemcy Zachodnie, czyli Republika Federalna, były krajem tolerancyjnym i bezpiecznym. Społeczeństwo było otwarte i tolerancyjne wobec „inności”, a obcokrajowcy byli zawsze akceptowani i odnoszono się do nich bez niechęci. Dziś mamy jednak do czynienia z niekontrolowanym najazdem uchodźców, głównie młodych mężczyzn, którzy są roszczeniowi, a polityka poprawności politycznej „upewnia” ich w przekonaniu, że nie muszą respektować tutejszego prawa. Stąd jeśli wydarzenia w Kolonii pozostaną bez ostrej reakcji władz i bez przykładnego ukarania przestępstw, może mieć to tragiczne skutki. A to budzi już obawy o bezpieczeństwo na przyszłość. Ponadto rosną przypuszczenia, że wśród imigrantów są również terroryści, którzy przychodzą do Europy w celu wypełnienia konkretnych zadań. Gdy z Monachium wysłano w nocy specjalny pociąg z uchodźcami do Berlina, imigranci zatrzymali go w drodze hamulcem bezpieczeństwa i około 60 uciekło. Oznacza to, że nie chcieli być zarejestrowani, że mają swoje środki do życia i nie potrzebują pomocy państwa niemieckiego. A to rodzi pytanie, w jakim celu tu przyjechali.

Powoli przerażający staje się fakt, że jeszcze parę milionów imigrantów czeka i jest gotowych na przyjazd do Niemiec. Regiony świata, z których ludzie uciekają, wymagają natychmiastowych rozwiązań politycznych i pokoju. Niemcy, a z nimi i Europa, z taką ilością uciekinierów, mimo dobrych chęci, nigdy sobie nie poradzą.

Dziękuję za rozmowę.

 

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Karolina Goździewska