• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Dziś w „Naszym Dzienniku”

Ślepi na dżihad

Czwartek, 17 grudnia 2015 (18:52)

Francja podniesie się z kolan, gdy odrodzi swego ducha.

Tragiczne wydarzenia w Paryżu, śmierć ponad 130 ludzi, którzy zginęli z rąk islamskich terrorystów, wywołały falę komentarzy i analiz. Niestety po raz kolejny mieliśmy do czynienia – zwłaszcza w tzw. mainstreamowych mediach (w Polsce i za granicą) – z przerostem propagandy nad obiektywną informacją i chłodną analizą.

Z ust prezydenta Francji François Hollande’a dowiedzieliśmy się więc, że od 13 listopada 2015 roku „Republika jest w stanie wojny z terroryzmem”. Po raz pierwszy fraza ta („wojna z terroryzmem”) padła krótko po zamachach na Nowy Jork i Waszyngton 11 września 2001 roku. Tyle że jest to typowe pomylenie skutku z przyczyną. To tak jakby powiedzieć, że Polska w czasie drugiej wojny światowej walczyła z obozami koncentracyjnymi i lotniczymi nalotami na cywilne cele w miastach. Oczywiście walczyła, ale przede wszystkim walczyła z Niemcami, z państwem niemieckim, które w ten sposób prowadziło wojnę na wyniszczenie przeciw Polsce.

Analogicznie jest dzisiaj. Terroryzm jest straszliwym, ale tylko przejawem (skutkiem) poważniejszych zjawisk (przyczyn). Te ostatnie sprowadzają się do jednego: wzrost agresywności świata islamu. Nie ma tu miejsca, by szczegółowo analizować genezę tego zjawiska. Nie bez znaczenia jest polityczna naiwność (głupota) lub też zwykła nieznajomość historii wykazywana przez większość polityków zachodnich w stosunku do świata islamu. Większość z nich, tak bardzo zachwycających się „arabską wiosną”, nie pamiętała na przykład sytuacji z 1994 roku, gdy w Algierii demokratyczne wybory wygrał front islamistyczny, co po anulowaniu wyników wyborów przez armię skończyło się kilkuletnią wojną domową, której ofiarami byli przede wszystkim miejscowi chrześcijanie.

Niewygodny czynnik –– religia

Nie zwalniając w żaden sposób z odpowiedzialności za taki stan rzeczy europejskich i amerykańskich polityków, nie sposób jednak nie zauważyć, że nie byłoby wzrostu wpływów dżihadystów w całym świecie islamu – od Nigerii po Indonezję – bez czynnika najważniejszego, jakim jest religia muzułmańska oraz tkwiąca w jej sercu wizja „świętej wojny” przeciw „niewiernym”. Po paryskich zamachach od razu usłyszeliśmy, że nie można utożsamiać zamachowców z religią, że ich motywacja była ideologiczna. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: żadne względy społeczne, żadne niedostatki inkulturacji (asymilacji) nie są w stanie popchnąć ludzi, by obwiązywali się bombami, a następnie wysadzali się w powietrze, zabijając wcześniej dziesiątki niewinnych ludzi. Zabijając, nie krzyczeli: „Więcej inkulturacji! Więcej zasiłków!”. Krzyczeli: „Allah Akbar!”.

No, tak – zaklinają rzeczywistość magowie z mainstreamu – ale przecież to tylko garstka, radykalna mniejszość. Większość muzułmanów tak nie myśli. Warto więc w tym miejscu przypomnieć, że wielkie podboje muzułmańskie z VII i VIII wieku po narodzeniu Chrystusa, w wyniku których islam rozszerzył się od Hiszpanii po Indie, były dziełem mniejszości. Bo w armii muzułmańskiej służyła mniejszość społeczeństwa muzułmańskiego (młodzi mężczyźni), podczas gdy większość (czyli kobiety, dzieci i starcy) siedziała spokojnie w domach. Ale czy to unieważnia fakt dokonany, który trwa na tych ziemiach do dzisiaj?

Amerykański sekretarz stanu John Kerry (deklarujący się jako katolik!) paryskie zamachy skomentował w ten sposób, że stwierdził, że terrorystami kierowała „obłędna teologia rodem z głębokiego średniowiecza”. Z kolei dżihadyści od lat – także teraz – powtarzają, że swoimi zamachami „uderzają w krzyżowców”. W ten sposób dochodzi do nadzwyczaj osobliwego porozumienia ponad podziałami, gdy po obu stronach frontu „wojny z terroryzmem” wskazuje się na cywilizację chrześcijańską (średniowiecze i krzyżowcy służą tutaj jako porte-parole).

Do Bożego Serca

Przez wieki konfrontacji świata chrześcijańskiego z napierającym islamem chodziło nie o konflikt wolność/niewola, ale o prawda/fałsz vel religia prawdziwa (chrześcijaństwo) versus religia fałszywa (islam). Krzyżowcy, bohaterowie spod Lepanto, Chocimia i Wiednia nie walczyli o „zachodni styl życia”, ale o religię Chrystusową i pomoc dla tych, którzy ją wyznawali.

Święty Jan Paweł II w 1980 roku przed katedrą Notre Dame w Paryżu pytał: „Francjo, matko tylu świętych – cóżeś uczyniła ze swoim chrztem?”. Parafrazując świętego Papieża, można pytać dzisiaj: Francjo, matko świętego Ludwika, ojczyzno krzyżowców – co uczyniłaś ze swoim duchem?

Jak go odzyskać? Przykład został już dany. Po upokarzającej klęsce w wojnie z Prusami (1870) i po traumie Komuny Paryskiej (1871) naród francuski szukał instynktownie schronienia, przytulając się do Najświętszego Serca Bożego. Jemu zadedykował jako wotum przebłagalne za swoje grzechy bazylikę Sacré-Coeur na wzgórzu Montmartre. Francja podniosła się z kolan, bo podniosła swojego ducha.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Prof. Grzegorz Kucharczyk