Kresy – wspólny obowiązek
Sobota, 10 listopada 2012 (02:14)Z Krzesimirem Dębskim, muzykiem i kompozytorem, potomkiem kresowych rodzin, rozmawia Adam Kruczek
Podobnie jak kilka milionów Polaków ma Pan tzw. kresowe korzenie. Czym są dla Pana Kresy, co Pan odczuwa, gdy o nich myśli?
– Z Kresów pochodzili moi rodzice, dziadkowie, cała rodzina, w związku z tym nasłuchałem się od dziecka wielu ich wspaniałych relacji na temat tej krainy.
A ponieważ po wojnie moi rodzice tułali się po Polsce, dzieliłem z nimi ten los – urodziłem się w Wałbrzychu, mieszkałem w Kielcach, Lublinie, studiowałem w Poznaniu, później mieszkałem w Szczecinie, teraz pod Warszawą – więc choć bardzo pięknie wspominam te wszystkie miejsca, to czuję, że duchowo jestem jednak z Kresów. Wszędzie byłem chyba zbyt krótko, by się mocniej związać. Taką mityczną krainą rodzinną jest dla mnie Wołyń, a konkretnie miejscowość Kisielin.
Blisko 100 Polaków zostało tam wymordowanych przez Ukraińców po Mszy św. w „krwawą niedzielę” 11 lipca 1943 roku. Pana ojciec Sławosz Dębski, który walcząc w obronie mieszkańców chroniących się na plebanii stracił nogę, poświęcił tym wydarzeniom książkę oraz wiele obrazów. Pan też jest autorem Oratorium Wołyńskiego nawiązującego do tej tragedii. Dlaczego Pan wraca do tych tematów? Z poczucia obowiązku?
– Tak, rzeczywiście odczuwam taki obowiązek, ponieważ – i to jest niestety bardzo przykra sprawa w Polsce – upamiętnienie ludzi, którzy tam zginęli, napotyka na duży opór. Kiedyś był to opór władz komunistycznych, a teraz większości mediów. Istnieje jakaś niechęć, strach, często dochodzi do przeinaczania faktów, zajmują się tym ludzie, którzy nie mają pojęcia, jak było naprawdę. Rzeczywiście jest w Polsce tak niewielu ludzi, którzy chcą to jeszcze pamiętać i o tym mówić, że czuję się w obowiązku, by – gdzie tylko mogę – przypominać o tych sprawach. Komponuję też utwory, które są utrzymane w takim kresowym charakterze i one są zupełnie inne niż to, co zwykle robię.
Pana Oratorium Wołyńskie nosi bardzo przygnębiający, by nie rzec – apokaliptyczny tytuł: „Kres Kresów…”. Czy Kresy to już tylko nasza przeszłość?
– To jest w pewnym sensie przeszłość, ale na Kresach zostały wspaniałe zabytki, pamiątki naszej historii i kultury, o czym nie wolno nam zapominać i przynajmniej fizycznie powinniśmy próbować je ocalić. Powinniśmy też mieć świadomość, kto z wybitnych Polaków pochodził z Kresów, ilu wspaniałych twórców, naukowców, pisarzy, artystów wywodziło się z tamtych terenów. Nie sposób sobie wyobrazić Polski bez naszych wieszczów, wielkich kompozytorów, naukowców. Wkład Kresowiaków w rozwój wszelkich dziedzin życia naszego Narodu jest nie do przecenienia, choć bywa niestety niedoceniany. Dlatego trzeba dbać o tę spuściznę, bo to jest ogromna część naszego dorobku kulturowego.
Jak w Pana domu rodzinnym rozma-wiano o Kresach, ich utracie i związkach z Polską?
– Oczywiście to był obraz trochę idealizowany, bo gdy wspomina się świat z czasów młodości, to wszystko wydaje się piękniejsze. Ale mnie zawsze frapowało to, że to był świat zupełnie odmienny od tego, który znałem z czasów komunistycznych, kiedy wszystko wokół było szarobure. Tamte tereny po Iwojnie światowej to była nieszczęsna, zniszczona ziemia. Przez półtora roku stał tam front, a wiadomo, że podczas wojny pozycyjnej dochodzi do największych strat i zniszczeń. Później była wojna bolszewicka. I po tych strasznych czasach odrodził się na Kresach świat bardzo ciekawy, bo była tam prawdziwa mieszanka kulturowa: i Polacy, i Ukraińcy, i Żydzi, i Czesi, i Niemcy, i Karaimi, i Rosjanie, i Gruzini oraz mnóstwo innych małych grup etnicznych. Każda z tych narodowości i kultur wnosiła swój koloryt. Życie było jakoś bogatsze, ciekawsze, bardziej urozmaicone. Zawsze mnie frapowało w opowieściach rodzinnych, że mówiący po polsku dziadek, który chodził do szkoły rosyjskiej, umiał się też porozumieć w języku jidysz, a babcia mówiła po niemiecku, bo obok mieszkali Niemcy. Tak samo było z Karaimami, Ormianami. Mój ojciec co chwila przypominał jakieś powiedzonka, cytując, a to w jidysz, a to po rosyjsku, a to po niemiecku. Tak mieszało się wszystko, nawet kuchnia była bogatsza. Moja mama pochodząca z zaboru rosyjskiego do sałatki z pomidorów dolewała śmietanę z cukrem, a mój ojciec pochodzący z Galicji przyprawiał tę sałatkę oliwą. Moja babcia była prawosławna i dzieci wysyłała do kościoła, a sama szła do cerkwi. I później przy stole cała rodzina porównywała, co powiedział pop i ksiądz.
Ciekawe, że wśród ukraińskich muzyków, z którymi współpracuję, da się wyczuć tęsknotę za dawnym, wielonarodowym, barwnym Lwowem. Oni czują się dziś izolowani od świata, a przedwojenny Lwów zaczyna im imponować, bo wydaje się bardziej europejski. To jest szersze zjawisko. Kiedyś zamalowywano polskie napisy w starych kawiarniach, teraz się je odsłania.
A jak środowisko artystyczne, o którym Pan mówi, odnosi się do narastającego na Ukrainie Zachodniej kultu i gloryfikacji UPA?
– Na zachodniej Ukrainie i we Lwowie niestety o tym się słyszy. To wynika głównie z tego, że oni próbują się jakoś identyfikować narodowościowo i szukają na gwałt bohaterów narodowych. Niektórzy twórcy też ulegają tej presji. Zresztą oni przeważnie nie znają swojej historii, ale jak ją mają znać, jeśli Ukraińcy ze wschodu i zachodu sami ze sobą nie potrafią dojść do porozumienia w kwestii jednej wersji swojej historii. Ci z zachodniej Ukrainy zasadniczo przemilczają rozprawę z Polakami, sławiąc UPA jako formację walczącą z Sowietami po 1944 roku. Gdy mówię im, kim byli upowcy, otwierają oczy ze zdumienia, ale niestety nie bardzo wierzą w moje opowiadania. Myślę, że nasz rząd powinien próbować powołać wspólnie z Ukraińcami jakąś komisję podręcznikową i pracować nad ustaleniem prawdy historycznej. Musi też zostać zorganizowana szeroka akcja uświadamiająca, że bez obrachunku z przeszłością nie ma mowy o prawdziwej, szczerej współpracy między naszymi państwami.
Zgodnie z koncepcją Jerzego Giedroy-cia, by za wszelką cenę odciągnąć Ukrainę od Rosji, wręcz zagłaskujemy Ukraińców…
– Faktycznie wygląda to często tak, że my w nich chlebem, a oni w nas kamieniem. Sam się sparzyłem, zapraszając do Polski młodzieżowy zespół „Tartak” z Wołynia. Później okazało się, że są oni zdecydowanymi nacjonalistami. W kościele katolickim nakręcili teledysk sławiący ukraiński oręż. Wprawdzie nie zawsze w otwartej formie, ale niewątpliwie sławili też UPA. Przyjechali do Polski i chcieli te utwory wykonywać, ale na szczęście władze Lublina pod wpływem protestów środowisk kresowych odwołały ich występ. Takie rzeczy się zdarzają, ale trzeba jakoś przełamywać ludzki opór. To ogrom zadań, wszystkiego nie da się od razu zrobić, ale nie wolno stać z założonymi rękoma. Trzeba oswajać Ukraińców z tym, że to jest nasze wspólne dziedzictwo i że razem powinniśmy się jakoś dogadywać i ratować, co się jeszcze da.
Tylko że jak dotąd te argumenty nie za bardzo do nich trafiają.
– Zasadniczo istnieje jakieś zapóźnienie myślenia w narodzie ukraińskim. Widziałem na Ukrainie nie tylko kościoły, ale i cerkwie skandalicznie zbezczeszczone. Jeżeli nawet ludzie religijni nie zamazują wulgarnych napisów i rysunków, to znaczy, że ten naród przeżywa poważny kryzys i lepiej, żeby jak najszybciej Ukraińcy to zrozumieli i przejrzeli na oczy. Pojawiają się i tam światli ludzie, ale jest ich niestety za mało. Trzeba utrzymywać kontakty, szczególnie z ludźmi młodymi. Ze swojego podwórka powiem, że należy rozwijać wymianę muzyków, wspólne muzykowanie, współpracę między orkiestrami. To się odbywa i w tym cała nadzieja.
Gdy się rozmawia z ludźmi o kresowych korzeniach, wydaje się, że bardzo silnie przeżywają takie wartości jak ojczyzna czy patriotyzm. Jak Pan sądzi, z czego to wynika?
– Na styku kultur i narodów zawsze istniały konflikty i trzeba się było opowiedzieć po jednej ze stron, stąd też była tam przeważnie większa świadomość narodowa. Danina krwi, jaką złożyli Polacy na Kresach, była ogromna, szczególnie w XX wieku, a zwłaszcza w czasie II wojny światowej. Jedna fala mężczyzn poszła do Wojska Polskiego w 1939 r., potem zmobilizowano młodych Polaków do sowieckiej armii, tak jak kiedyś szli do carskiej czy austriackiej. Potem były sowieckie wywózki na Syberię. Ci, którzy zostali zesłani, walczyli później w Armii Andersa, a tych, którzy pozostali na Kresach, wcielono do Ludowego Wojska Polskiego. A do tego jeszcze rzezie ukraińskie. To naprawdę trudno porównywać z sytuacją Polaków z Polski Centralnej. Na Kresach te wszystkie zagrożenia związane z wojną i okupacją występowały niejako w dwójnasób. U ludzi z takich miejsc identyfikacja patriotyczna jest szczególnie wzmożona.
Jest nawet takie określenie jak kresowy patriota, dziś niestety traktowane często z przymrużeniem oka.
– W moim odczuciu patriotyzm kresowy wcale nie musi stać w sprzeczności z patriotyzmem nowoczesnym, zgodnie z którym ten jest patriotyczny, kto płaci podatki, kto buduje firmę, wzmacnia gospodarkę, wymyśla coś, pracuje nawet gdzieś w świecie, ale przywozi pieniądze do kraju z zagranicy, jest zaangażowany w budowanie siły ekonomicznej ojczyzny. Przecież na Kresach przed II wojną światową następował niezwykle burzliwy rozwój. Inwestowali właściciele ziemscy, powstawały nowe fabryki, następował niezwykle bujny rozwój różnych form przedsiębiorczości, wiele się budowało. Zresztą zostawiliśmy na Kresach często szczytowe osiągnięcia myśli architektonicznej. Magnaci kresowi stawiali tam największe rezydencje w Europie. To też był jakiś wymiar polskiego patriotyzmu. Gdy będziemy silnym i bogatym państwem i Narodem, to sąsiedzi nasi będą patrzeć na nas z zazdrością. Tak już trochę jest w przypadku Ukraińców, szczególnie tych z Ukrainy Zachodniej, którzy mają częstsze kontakty z nami i widzą, że warto brać z nas przykład.