Istota JOW-ów to silna władza
Środa, 9 września 2015 (04:09)Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Senator Platformy Jan Rulewski stwierdził, że oba referenda – zarówno to zaproponowane przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, jak i prezydenta Andrzeja Dudę, to „bękarty kampanii wyborczej”. Zgadza się Pan z tą tezą?
– To mocne stwierdzenie. W swojej ocenie będę delikatniejszy – bez wątpienia referendum ogłoszone przez prezydenta Komorowskiego jest dzieckiem kampanii prezydenckiej, dzieckiem powiedziałbym niechcianym, które w końcu zostało sierotą. Było bowiem ogłoszone naprędce, nieprzygotowane i bez kampanii. Społeczeństwo nie bardzo wiedziało po co i dlaczego ma iść do urn i co z tego tak naprawdę może wyniknąć. To była propozycja prezydenta Komorowskiego, którą Senat bez mrugnięcia okiem zaakceptował. Zatem nie jest to żaden bękart, bo za tym pomysłem, za tymi działaniami stały konkretne osoby. I senator Rulewski, który głosował za tym referendum, ma również udział w tym „dziele” i jest jego współtwórcą, podobnie jak marszałek Borusewicz.
Nie zapominajmy o Pawle Kukizie, który nagłośnił temat JOW-wów…
– Tak, tyle że Paweł Kukiz nie wymyślał pytań, a dzisiaj jest chłopcem do bicia, strzelnicą, do której przez dwa miesiące strzela Platforma tylko po to, żeby odzyskać to, co straciła. Trzeba powiedzieć, że świetnie jej to wychodzi, a usłużne media jej w tym pomagają.
Zarzuty Platformy są też pod adresem prezydenta Andrzeja Dudy, że mógł odwołać to referendum – co więcej – podnoszą, że w takim samym stopniu ponosi on odpowiedzialność za koszty jego organizacji…
– To nonsens, bo gdyby prezydent Duda odwołał to referendum, to usłyszelibyśmy, że jest antydemokratyczny, partyjny, że nie szanuje ciągłości władzy itp. Dzisiaj głos zabierają mistrzowie retoryki, którzy są w stanie uzasadnić wszystko. Nie zmienia to jednak faktu, że jest kilka bardzo ważnych wniosków, które wynikają z tego, co się stało w ostatnią niedzielę. Przez dwa miesiące i politycy, i dziennikarze wiedzieli, że będzie referendum, co więcej – wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że w polskiej tradycji niestety referenda mają bardzo niski próg aktywności. Nawet referendum akcesyjne, w którym frekwencja wprawdzie przekroczyła próg 50 proc., ale to referendum trwało dwa dni. Również referendum związane ze zmianą Konstytucji RP też nie przekroczyło 50 proc., jednak zrobiono wszystko, nawet naciągając prawo, aby było ono ważne. To pokazuje, że w Polsce, w przeciwieństwie do innych krajów, takich jak np. Szwajcaria, nie mamy tak rozwiniętej tradycji referendalnej.
W niedzielę odbyło się referendum „Komorowskiego”, a dwa dni wcześniej Senat odrzucił referendum powstałe w wyniku inicjatyw obywatelskich. Jaki z tego płynie wniosek dla wyborców?
– Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy z jednej strony Konstytucja daje prawa referendalne, a miliony ludzi zbierają podpisy, składają wnioski, a politycy lekką ręką to uchylają, nie podając nawet racjonalnej przyczyny. Ludzie mają prawo się czuć zawiedzeni, co więcej to, co się stało w niedzielę, wystawia ocenę klasie partyjnej obecnie rządzącej koalicji.
Czy ten porażająco niski wynik niedzielnego referendum można odczytać także jako zapowiedź wyników Platformy w październikowych wyborach parlamentarnych?
– Według mnie, ważne jest to, kto na tym wygrał. Mimo iż to referendum jest przekuwane w porażkę, to zwycięzcą tego referendum – czy ktoś się z tym zgadza, czy nie – jest Paweł Kukiz.
Jak zamierza Pan taką tezę obronić?
– Na mniej więcej miesiąc przed referendum policzyć swój tzw. twardy elektorat. To jest coś, o czym marzy każda partia. Co więcej Ruch Kukiza, który, mimo że nie jest partią, ale ruchem społecznym, zrobił kampanię na miarę swoich sił, bez pieniędzy, bez przychylności mediów. Jest to punkt wyjścia do dalszej dyskusji i pracy nad dalszymi działaniami. Przecież do wejścia do Unii Europejskiej, do NATO czy do pomysłu zmiany Konstytucji przygotowywano nas latami, co pokazuje, że aby pewne idee weszły w życie, trzeba czasu. Kukiz pomimo nieprzychylności klasy politycznej i mediów z czasem może się stać osobą, która z tego bombardowania paradoksalnie może wyjść zwycięsko. Element sprawiedliwości społecznej przeważy i ludzie zaczną na Kukiza patrzeć inaczej.
Niby dlaczego…?
– Dlatego, że Paweł Kukiz w rzeczywistości nie pozwolił osierocić tego referendum – szczególnie w perspektywie pierwszych dwóch punktów, co więcej, jedynie on zachował twarz. Kukiz wyszedł z tego referendum zwycięsko, bo zachował klasę, wykazując jednocześnie, że Platforma osiem lat temu kłamała i oszukiwała społeczeństwo w sprawie JOW-ów czy finansowania partii politycznych z budżetu państwa. Konsekwencja i klasa Kukiza to coś, czego brakuje dzisiaj politykom.
Czy frekwencja w niedzielnym referendum może być zapowiedzią frekwencji w październikowych wyborach?
– Według mnie, jest to bardzo prawdopodobne, jest to sygnał, że frekwencja może nie przekroczyć 25 procent. Wynika to m.in. z tego, że polskie społeczeństwo jest zmęczone rokiem wyborczym i ciągle jakąś kampanią, która od stycznia trwa niemal od rana do nocy. Mamy rząd, który de facto nie rządzi, bo prowadzi kampanię. Tak było już w kampanii prezydenckiej, kiedy rząd był sztabem wyborczym Bronisława Komorowskiego. Skończyła się kampania prezydencka i wszystkie siły ruszyły z kampanią parlamentarną.
Wracając do Pawła Kukiza, czy to już jego polityczny koniec, jak wietrzą niektórzy?
– Biorąc pod uwagę wynik referendum, Paweł Kukiz ze swoim ruchem został przez media i Platformę zneutralizowany, odstawiony na bok jako ten, który już nie jest groźny. Teraz na celowniku znajdzie się Prawo i Sprawiedliwość. Dla Kukiza bez zaplecza finansowego, bez mediów każdy wynik powyżej progu wyborczego będzie sukcesem. Z drugiej strony jest jedyną siłą, która jest w stanie odebrać część głosów Platformie. Proszę zwrócić uwagę, że elektorat Platformy to nie jest elektorat PiS, które jak wiele wskazuje, do rządzenia będzie potrzebowała koalicjanta, na którego będzie skazane.
Paweł Kukiz sprawdzi się w tej roli?
– Patrząc na wydarzenia na scenie politycznej, PiS powinno zrobić wszystko, żeby z jednej strony – już dzisiaj – rozmawiać z Kukizem i odwrotnie – Kukiz z PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego powinna jednocześnie nie pozwolić, aby media bombardowały Kukiza. On zagospodarował niezadowoloną część społeczeństwa, niejako uruchomił mało dotąd aktywną politycznie część społeczeństwa, a jednocześnie wiele środowisk centroprawicowych. PiS musi mieć w zanadrzu pewnego koalicjanta i tę rolę – biorąc pod uwagę partie, jakie są na scenie – może spełnić tylko Ruch Pawła Kukiza. Ruch niezadowolonych skupiony wokół Pawła Kukiza jest jedynym realnym mniejszym lub większym potencjalnym koalicjantem dla PiS. I w interesie tego ugrupowania jest zrobić wszystko, aby zacząć współpracować, a jednocześnie roztoczyć parasol ochronny przed czarnym PR-em wymierzonym przeciwko Kukizowi i jego ruchowi. To może się okazać decydujące, bo patrząc na sondaże i tendencje, PiS może wygrać wybory, ale rządzić Polską będzie Platforma i Nowoczesna.pl. Niestety, w polskim systemie o rządach jednej partii możemy zapomnieć.
W tej sytuacji JOW-y były dobrym pomysłem na Polskę?
– Idea JOW-ów była – i myślę – wciąż jest ważna. Po pierwsze, idea JOW-ów kończyła z rozdrobnieniem partyjnym, po drugie, wskazywała wyraźnie siłę, która mogłaby samodzielnie rządzić krajem.
Co to jednak oznacza dla partii?
– Oznacza jedno: odpowiedzialność. Tłumaczenie, że koalicjant czy opozycja nie pozwalają na to lub na tamto straciłoby sens. Na tym polega idea JOW-ów – nie polega na tym, że ludzie wybiorą sobie posła, ale ważne jest to, że powstaje większościowa, jednoznaczna koalicja. Proszę zwrócić uwagę, dlaczego Polacy tak często uciekają za pracą do Wielkiej Brytanii, bo tam są JOW-y, które dają przewidywalność i siłę rządów. Jeśli rząd premier Margaret Thatcher negocjował warunki, to premier ręczyła za to głową. Dlatego Brytyjczycy mają u siebie warunki, o których my, jako Polsce, możemy tylko pomarzyć. To powoduje, że największy przyrost Polaków jest nie w Polsce, ale właśnie w Wielkiej Brytanii. Tam jest silna władza, a więc to, o co walczył marszałek Piłsudski. Tam partyjniactwo i rozdrobnienie polityczne nie ma racji bytu. System JOW-ów daje jednoznaczną sytuację: kto rządzi, kto ponosi odpowiedzialność, a jednocześnie ta władza ma siłę i mandat do działania. Polska – jak pamiętamy z historii – tylko wtedy się rozwijała i wtedy była silna, kiedy miała silną władzę. Silna władza to taka, która ma narzędzia, a jednocześnie nikt jej w rządzeniu nie przeszkadza. To jest istota JOW-ów.
Pana zdaniem, powrót do idei JOW-ów po niedzielnej klęsce jest jeszcze w Polsce realny?
– Jako politolog to niedzielne referendum przyjmuję jako element początku dyskusji społecznej. Jeżeli bowiem odejmiemy elementy ideologiczne, a weźmiemy pod uwagę aspekt praktyczny, który daje coś nie dla partii, ale dla państwa, to wtedy JOW-y będą miały sens. To, co się stało w niedzielę, pokazało, że żadnej sile partyjnej dzisiaj na tym nie zależy, nie jest to na rękę, a kluczem i odpowiedzią dlaczego, jest wspomniana wcześniej odpowiedzialność. Stuprocentowa władza, ale też odpowiedzialność – co jest istotą mądrego rządzenia. W polskim systemie czegoś takiego nie ma i nie będzie.