Karne zadania Platformy
Poniedziałek, 7 września 2015 (10:21)W ostatni piątek senatorowie Platformy na rozkaz przywódców swej partii karnie wykonali dwa zadania: odrzucili referendum zaproponowane przez prezydenta Andrzeja Dudę oparte na pytaniach podpisanych przez blisko 6 mln Polaków i wprowadzili do ustawy poświęconej tzw. frankowiczom przepis korzystny dla banków głównie zagranicznych.
Podczas wtorkowej debaty ze strony senatorów Platformy padły dziesiątki pytań, dwoili się oni i troili, aby podważyć konstytucyjność referendum zaproponowanego przez prezydenta Andrzeja Dudę, mimo tego, że na sześć ekspertyz zamówionych przez Kancelarię Senatu u wybitnych konstytucjonalistów tylko jedna (prof. Zolla) zawiera wątpliwości w tej sprawie.
Najtrafniej te wątpliwości senatorów z Platformy podsumował senator Mieczysław Gil, legendarny działacz krakowskiej „Solidarności”, który nawiązując do referendum zarządzonego przez byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego, na które senatorowie Platformy zgodzili się w zasadzie bez dyskusji, zapytał: „Według kolegów z Platformy prezydent Duda nie może skorzystać z prawa zarządzenia referendum, natomiast prezydent Komorowski takie prawo miał?”.
Równie dramatycznie niekorzystna dla Polaków była decyzja senatorów Platformy o wprowadzeniu do tzw. ustawy frankowej poprawki rozkładającej koszty przewalutowania po 50% na banki i kredytobiorców.
Ulegli więc naciskowi lobby bankowego, które od momentu przyjęcia tzw. ustawy frankowej zawierającej rozłożenie kosztów przewalutowania w proporcjach 90% banki, 10% kredytobiorcy.
Przypomnijmy tylko, że pod koniec czerwca podczas Europejskiego Kongresu Finansowego obywającego się w Sopocie prezes ZBP (tak naprawdę powinien się on nazywać Związek Banków w Polsce) Krzysztof Pietraszkiewicz, odpowiadając na pytanie TV Onet o skutki przewalutowania tzw. kredytów frankowych dla systemu bankowego, stwierdził, że kosztowałoby to od 20 do 65 mld zł i w konsekwencji oznaczałoby głęboką recesję w polskiej gospodarce.
Już podanie strat systemu bankowego w przedziale 20-65 mld zł pokazuje, że banki, które na tzw. kredytach frankowych zarobiły krocie (i dalej zarabiają), główne swoje siły skierowały na straszenie rządzących skutkami przewalutowania, a nie przygotowaniem ofert dla kredytobiorców, które choć trochę poprawiłyby ich sytuację i zapobiegłyby niewypłacalności.
Banki, które w swoich portfelach mają najwięcej tzw. kredytów frankowych, już od blisko 8 miesięcy siedzą cicho i nie reagują ani na wezwania Krajowego Nadzoru Finansowego, ani prezesa Narodowego Banku Polskiego, żeby wyjść naprzeciw oczekiwaniom, choćby tylko dla tych kredytobiorców, którzy znaleźli się w najtrudniejszej sytuacji po głębokiej dewaluacji złotego wobec szwajcarskiego franka.
W ostatnich dniach byliśmy także świadkami akcji, niespotykanej w żadnym innym kraju UE, w wykonaniu zagranicznych banków najbardziej zaangażowanych w udzielanie tzw. kredytów frankowych, będących tak naprawdę toksycznymi instrumentami finansowymi.
Banki te wprost zaczęły straszyć polski parlament i rząd krokami prawnymi, które podejmą, jeżeli zostanie uchwalona ustawa o ich przewalutowaniu procedowana w polskim parlamencie.
Niemiecki Commerzbank (właściciel mBanku), austriacki Raiffeisen, portugalskie Millenium i amerykański General Electric (właściciel BPH, GE Money Bank) w listach wysłanych do rządu i parlamentu ostrzegają, że w przypadku przyjęcia wspomnianej ustawy o przewalutowaniu tzw. kredytów frankowych będą domagały się od polskiego państwa rekompensat.
Twierdziły, że jeżeli parlament obciąży je kosztami przewalutowania tzw. kredytów frankowych w takiej wysokości, jak przegłosował Sejm (90% banki, 10% kredytobiorcy), to wystąpią na drogę prawną na podstawie porozumień pomiędzy ich krajami a Polską w sprawie popierania i wzajemnej ochrony inwestycji.
Wystąpienie 4 zagranicznych banków do parlamentu i rządu z ostrzeżeniem, że będą domagały się odszkodowań na drodze prawnej, pokazało, jak aroganckie są kierownictwa tych instytucji.
Najpierw klientów, którzy traktowali banki jako instytucje zaufania publicznego, wciągnięto w pułapki kredytowe (pracownicy banków, którzy „sprzedawali” te kredyty, a teraz pracują już poza sektorem bankowym, w wywiadach prasowych mówią, że miejsca oferowania tych kredytów nazywano w slangu bankowym „rzeźniami albo ubojniami”, co tylko potwierdza, mówiąc najłagodniej, że bankowcy mieli złe intencje w stosunku do swych klientów).
Później szantaż parlamentarzystów, którzy chcieli wykonać jakiś gest pomocy w stosunku do środowiska tzw. frankowiczów (bo przecież przedłożenie sejmowe tylko częściowo rozwiązywało ten problem), okazał się więc skuteczny.
Odrzucając prośbę 6 milionów Polaków o referendum i wspierając zagraniczne banki przeciw około 1 miliona posiadaczy tzw. kredytów frankowych, Platforma pokazała swą prawdziwą twarz, za którą zostanie rozliczona w najbliższych wyborach parlamentarnych.
Dr Zbigniew Kuźmiuk