Grecka lekcja
Czwartek, 9 lipca 2015 (11:51)Wczoraj w Parlamencie Europejskim odbyła się debata dotycząca sytuacji w Grecji w związku z odrzuceniem przez społeczeństwo tego kraju w referendum (62% do 38%) pakietu pomocowego przygotowanego przez tzw. trojkę (MFW, EBC i KE), który z jednej strony zapewniał przekazanie temu krajowi kolejnej transzy pomocy finansowej w wysokości 7,2 mld euro, z drugiej strony oczekiwano kolejnej redukcji wydatków budżetowych i podwyżek stawek podatkowych VAT, w tym na turystykę z 6% na 23%.
Uczestniczyli w niej nie tylko szefowie głównych europejskich instytucji: KE Jean Claude Juncker, szef Rady Donald Tusk, ale także premier Grecji Aleksis Cipras, który przyjechał na zaproszenie PE, aby przedstawić sytuację w swoim kraju po niedzielnym rozstrzygnięciu referendalnym.
Nie ulega wątpliwości, że jedynym zwycięzcą tej debaty był premier Grecji, który w odczuciu większości społeczeństwa swojego kraju przyjechał wręcz „do paszczy lwa”, aby bronić jego interesów.
Przysłuchiwałem się tej debacie przez kilka godzin i odniosłem wrażenie, że mimo ataków na Ciprasa ze strony europejskich chadeków, liberałów, a nawet socjalistów, wszyscy oni chcą, aby Grecja pozostała przy stole rokowań, żeby przygotowała jakikolwiek pakiet tzw. reform, a wtedy wiodące unijne kraje zdecydują się na przygotowanie kolejnego pakietu pomocowego, a nawet rozważą możliwość redukcji greckiego zadłużenia.
Wszyscy oni boją się bowiem swoistego precedensu, polegającego na tym, że wychodzący ze strefy euro kraj wraca do własnej waluty i prawie natychmiast jego gospodarka odzyskuje konkurencyjność i w związku z tym eksport staje się kołem zamachowym jej wzrostu.
Gdyby się bowiem Grecji udało, to jej śladem mogłyby pójść także Hiszpania, Portugalia, a nawet Włochy, kraje które z coraz większym trudem realizują z jednej strony głębokie cięcia wydatków budżetowych, z drugiej natomiast zobowiązania podwyżek obciążeń podatkowych.
Cipras pokazywał, w jak trudnej sytuacji społeczno-gospodarczej przejął rządy, 5 lat tzw. reform, do których zobowiązał poprzedni rząd prawicowy, spowodowało z jednej strony ponad 25% spadek greckiego PKB i w konsekwencji ogromne wynoszące ponad 25% bezrobocie (wśród ludzi młodych ponad 50%), z drugiej strony finanse publiczne znalazły się wręcz w ruinie.
Grecki kryzys na przełomie 2009 i 2010 roku rozpoczął się w sytuacji, kiedy relacja długu publicznego do PKB wynosiła 110%, obecnie wynosi ona 180% i trudno wręcz sobie wyobrazić, aby ten kraj był w stanie tak wielki dług obsługiwać.
Co więcej, jak mówił wczoraj w Parlamencie Cipras, zamożni Grecy (10% Greków posiada aż 56% majątku narodowego) nie mają zamiaru ponosić dodatkowych obciążeń związanych z kryzysem, ponieważ już dawno wyprowadzili swoje aktywa poza granice swojego kraju.
Obciążenia ponoszą więc ci niezamożni i to oni wręcz żądają od premiera swojego kraju, aby nie pozwalał na upokarzanie społeczeństwa i jednocześnie bardziej niż do tej pory sprawiedliwiej rozkładał ciężary wychodzenia z kryzysu.
Cipras domagał się więc, aby instytucje unijne pozwoliły jego rządowi wybrać zarówno obszary cięć wydatków budżetowych, jak i wybór podatków, które mają być podwyższone, a wtedy przedstawione przez Grecję propozycje mają szansę być w pełni zrealizowane.
Domagał się również spojrzenia na problemy swojego kraju w ujęciu długofalowym i w tym kontekście stwierdził, że redukcja greckich długów przynajmniej o 50% stwarzałaby perspektywę ich obsługiwania i wyjścia z pętli zadłużenia (w tym kontekście przypomniał hojność wierzycieli Niemiec w 1953 roku, którzy zredukowali długi tego kraju aż o 60%).
Jeżeli w porozumieniu, które ma być zawarte z Grecją, do niedzieli te oczekiwania Ciprasa nie zostaną uwzględnione, to wprawdzie zostanie ono pewnie zawarte, ale będzie to tylko próba odsunięcia w czasie nieuchronnego, czyli wypchnięcia Grecji ze strefy euro.
Dr Zbigniew Kuźmiuk