Kobiety nie chcą in vitro
Wtorek, 7 lipca 2015 (20:15)Do odrzucenia projektu ustawy o in vitro wezwały Senat kobiety – z Krajowej Rady ds. Duszpasterstwa Kobiet działającej przy Konferencji Episkopatu Polski oraz członkinie Polskiego Związku Kobiet Katolickich.
– Chcemy powiedzieć senatorom jasno, że nie zgadzamy się na tę ustawę o in vitro, która bezpośrednio uderza w kobiety. Chociaż mówi ona o leczeniu niepłodności, to jednak w praktyce jest bardzo upokarzającą procedurą, która w dodatku jest nieskuteczna – podkreśla w rozmowie z portalem NaszDziennik.pl Magdalena Korzekwa, jedna z sygnatariuszek apelu, w przeddzień posiedzenia izby wyższej, podczas którego zapadnie decyzja o odrzuceniu czy też przyjęciu ustawy o in vitro.
Kobiety zwracają uwagę, że oczekują systemowej pomocy w leczeniu niepłodności, a nie forsowanej ideologicznej ustawy, której głównym celem jest finansowanie nieetycznej, mało skutecznej, mającej niebezpieczne konsekwencje społeczne techniki.
Jak podkreśla Korzekwa, procedura in vitro w żaden sposób nie może być usprawiedliwiona i nie ma mowy o kompromisie.
– My jako liczne grono kobiet katolickich jesteśmy otwarte na współpracę nad ustawą – dodaje. Tymczasem, jak zwraca uwagę, do tej pory w tworzeniu projektu kierowano się m.in. opinią szefowej jednej z klinik in vitro.
Po in vitro bez nadziei
Z pacjentkami, które przeszły procedury in vitro, miał do czynienia dr Maciej Barczentewicz, specjalista ginekolog-położnik, naprotechnolog. Leczył ponad 50 takich pacjentek. I spośród tych, które przeszły proponowany program leczenia, około 40 proc. zaszło w ciążę. Jednak pary małżeńskie ze względu na medialną reklamę uważają in vitro za jedyną i ostateczną deskę ratunku. Jeśli kolejne próby się nie powiodą, na ogół rezygnują ze starań o dziecko.
– Przychodzi wiele osób zniszczonych, czasem to widać na pierwszy rzut oka. Nie jestem psychologiem, nie chcę wchodzić w świeże rany. Nie oceniam, nie nam sądzić, nie znamy historii, która doprowadziła te osoby do tak dramatycznej decyzji, jaką jest przystąpienie do in vitro. Wiele z tych pań ma zapewne zespół stresu pourazowego i konflikt sumienia. Wiele osób być może nie ma tego typu problemów albo je wypiera – mówi dr Barczentewicz.
Wśród pacjentek znalazła się również kobieta, która ma dziecko z in vitro. – Wszczepiano jej 9 zarodków, z czego urodziło się jedno dziecko – mówi ginekolog-położnik. Zarodki mrożono, transferowano po dwa albo trzy przy jednym zabiegu. – Ta pani stwierdziła: „Zarodki są dla par podchodzących do IVF najwyższym dobrem, ale to nie dzieci. Tracąc zarodki, nie tracimy dzieci”. A my mówimy o dzieciach na zarodkowym etapie rozwoju! Tu jest zasadnicza różnica – podkreśla dr Barczentewicz.
Czasem pacjentki dowiadują się o naprotechnologii i zgłaszają się do przychodni.
– W 2013 r. leczyłem pewną panią po nieudanym kilkakrotnym in vitro. Po 3 miesiącach leczenia poczęła i urodziła dziecko. Teraz, po dwóch miesiącach leczenia, spodziewa się kolejnego – podkreśla dr Barczentewicz.
Wylicza, że udało się pomóc osobom po in vitro z różnymi rozpoznaniami: niedrożnością jajowodów, endometriozą czy też w sytuacji, gdy przyczyną niepłodności był czynnik męski. Większość małżeństw przystępujących do in vitro nie urodziła dzieci: przy tzw. „skuteczności” 20-30 proc. bez dziecka, z poczuciem porażki, zostaje 70-80 proc. Potrzebują pomocy, jeśli już nie medycznej, to psychologicznej lub duchowej.
Małgorzata Jędrzejczyk