Bokser schodzi ze sceny
Wtorek, 30 października 2012 (02:12)Prezydent Barack Obama będzie prezydentem jednej kadencji. Oczywiście mogę się mylić, gdyż piszę ten artykuł ponad dwa tygodnie przed wyborami prezydenckimi w USA i z własnego punktu widzenia, obserwując kadencję Obamy.
Jedyne nadzieje prezydenta na ponowną elekcję tkwią w posunięciu się do potężnych rozmiarów oszustwa lub w tym, czego Amerykanie zwykle oczekują na kilka dni przed wyborami: brudnej zagrywki lub tzw. październikowej niespodzianki w rodzaju sprowokowania poważnego międzynarodowego incydentu lub konfliktu militarnego, aby zwiększyć swoją popularność w kraju.
Obecnie oszustwo wyborcze na większą skalę wydaje się nieprawdopodobne, spośród wielu powodów choćby dlatego, że Obama prowadził kampanię przeciwko Mittowi Romneyowi tak jak John McCain przeciw Obamie: jak ktoś w rzeczywistości niezainteresowany zwycięstwem lub jak profesjonalny bokser, który zbytnio się zmęczył i zestarzał, by walczyć w pełni sił.
Lecz nawet przeprowadzenie skutecznego oszustwa wymaga entuzjazmu. W niektórych debatach z Romneyem Obama sprawiał wrażenie, jakby chciał być w innym miejscu (przykładowo: grać w golfa) oraz że pełen zajadłości gardzi swoim przeciwnikiem. Przypominał studenta, który całą noc wkuwał do egzaminu. Nawet niektórzy przedstawiciele lewackiej prasy, którzy każdorazowo starają się go bronić, tak komentują jego rozdrażnienie. Romney ewidentnie utkwił Obamie w głowie i wywołuje jego intelektualną i emocjonalną zapaść.
W rezultacie obecny prezydent zniechęcił do siebie sporą część swoich zwolenników. Wielu z wciąż się go trzymających to twardogłowi gorliwcy, ekstremiści i ludzie z paternalistycznym spojrzeniem na rząd, którzy myślą, że rolą szefa rządu jest "troszczyć się" o obywateli, jakby byli dziećmi.
Wielu Amerykanów nie lubi ofiar życiowych, a zwłaszcza nie lubi polityków lub lekkoatletów, którzy traktują godnych przeciwników z pogardą. W każdej z debat to Romney dla większości widzów wyglądał "prezydencko", zaś Obama niczym pretendent i amator. Aparycja jest niezwykle istotna dla zdobycia poparcia wyborców.
Większość Amerykanów nie śledzi regularnie polityki. Większość nie głosuje na prezydenta, który dobrze rozumie kwestie polityczne. Głosują na podstawie emocji, w zależności od tego, czy dana osoba jawi się jako profesjonalista i społecznik, jako ktoś, kto będzie reprezentował ich interesy, ktoś, kto posiada zdolność do nawiązania dobrych stosunków z innymi: jak ktoś, kto wygląda "prezydencko".
W rezultacie wielu mniej zagorzałych zwolenników Obamy stanęło za Romneyem. Inni upadli na duchu, spanikowali i mniej lub bardziej poddali się faktowi, że urzędujący prezydent przegra. Obecnie to Romney działa z większym impetem, a jego zwycięstwo zdaje się być nie do powstrzymania.
Podczas swojego urzędowania Obama z premedytacją dokonał na gospodarce i bezpieczeństwie Stanów Zjednoczonych tego, co Michaił Gorbaczow nieświadomie uczynił Związkowi Sowieckiemu pod pojęciami: głasnost i pierestrojka - osłabił je.
Obama zrobił to, ponieważ dzieli z Gorbaczowem te same poglądy: naiwne, utopijne, socjalistyczne i pelagiańskie. Myśli, że ludzie rodzą się niewinni i dobrzy, a psują ich uwarunkowania społeczne. Obama myśli, że ci, którzy nadzorują międzynarodowy ład społeczny, są odpowiedzialni również za wszelkie zło, a bogacze są głównym powodem biedy.
Ten nierealistyczny i głupi sposób myślenia - szkodliwy również dla Polski, który dzieli z byłym prezydentem USA Jimmym Carterem - wyjaśnia dziwaczną międzynarodową trasę przeprosinową, którą Obama podjął po zwycięstwie w wyborach prezydenckich, a także jego wiele innych irracjonalnych i paternalistycznych zachowań.
Niczym wewnętrzny wróg upatruje w Stanach Zjednoczonych głównej przyczyny wszystkich społecznych problemów świata, dlatego intencjonalnie usiłuje osłabić państwo i Zachód tak ekonomicznie, jak i ich siły obronne. W tej donkiszoterii widać jego wielce rażącą ignorancję w dziedzinie gospodarki (zwłaszcza dotyczącą natury kapitalizmu demokratycznego i jego zależności od inwencji i inicjatyw indywidualnych) oraz historii Zachodu.
Żaden z powyższych pomysłów nie jest dobry dla globalnej ekonomii czy światowego pokoju. Utopijny socjalizm stymuluje osobiste lenistwo, gospodarcze uzależnienie i brak indywidualnej pewności: cechy dokładnie przeciwne tym, których obywatele potrzebują, by być produktywnymi ekonomicznie i bezpiecznymi militarnie.
Jeśli Obama zostanie wybrany ponownie, świat pójdzie w stronę finansowej zapaści i eskalacji konfliktów międzynarodowych. Natomiast Stany Zjednoczone mogą ogarnąć poważne protesty społeczne, z którymi Obama nie mógł praktycznie nic zrobić.
Nawet jeśli wygra, republikanie utrzymają kontrolę nad Izbą Reprezentantów i mają wysokie szanse na odniesienie zwycięstwa w Senacie. Istnieje też prawdopodobieństwo, że zostanie wszczęta procedura usunięcia go z urzędu (impeachment). Ponadto wiele pojedynczych stanów oprze się jego despotycznym zasadom: Amerykanie mają długą tradycję poszanowania wolności jednostki - nie oddadzą jej bez walki.
Na szczęście większość znaków politycznych w USA wskazuje, że Mitt Romney wygra głosowanie znaczną większością. W ciągu pierwszych dwóch tygodni października zebrał ponad 111 milionów dolarów na swoją kampanię. Myślę, że pokona Obamę o 4-5 procent.
Nie jest łatwo przewidzieć, jak zagłosuje kolegium elektorów. Od kiedy wybór prezydenta dokonuje się nie poprzez bezpośrednią elekcję, lecz poprzez głosy reprezentantów kolegium, to one określają zwycięzcę wyborów prezydenckich. Nawet w tym wypadku myślę, że Romney pokona Obamę z szerokim marginesem, zbierając ponad 300 głosów kolegium.
Po objęciu urzędu Romney będzie rządził raczej jak Ronald Reagan. W kraju natychmiast ograniczy refundację socjalistycznego systemu opieki zdrowotnej zwanego ObamaCare. Zacznie wspierać wydobycie węgla, gazu i produkcję ropy w USA, łącznie z otwarciem na poszukiwanie źródeł ropy i gazu na terenach administrowanych przez rząd; będzie usiłował cofnąć setki udzielonych przez Obamę, niezgodnych z konstytucją prezydenckich pełnomocnictw, także tych, które wyda przed opuszczeniem urzędu.
Na froncie społecznym odwróci podjętą przez Obamę próbę sekularyzacji amerykańskiej kultury, dokonującej się poprzez usuwanie religii z każdego elementu życia publicznego i atak przeciwko wolności religijnej, zwłaszcza przeciw członkom Kościoła katolickiego i protestantom. Do Sądu Najwyższego natomiast mianuje sędziów o nastawieniu konserwatywnym.
Na arenie międzynarodowej porzuci Obamowe łączenie się z Rosją i poprawi stosunki z Polską i Izraelem, które traktował pogardliwie, a ich obywateli jak obywateli drugiej kategorii. Poprawi pozycję militarną USA na Bliskim Wschodzie oraz globalnie, i zapewni, że Iran nie dostanie broni nuklearnej.
Chociaż Romney posiada zmysł biznesowy, nie będzie jednak w stanie w krótkim czasie naprawić gruntownej szkody ekonomicznej, jaką Obama wyrządził gospodarkom Stanów Zjednoczonych i świata. Zajmie to lata.
Amerykańska giełda jest od lat sztucznie wspomagana przez banki centralne i międzynarodowe korporacje i z tej racji jej stan poprawi się po wyborze Romneya, lecz później spodziewana jest bessa. Inflacja zapewne wzrośnie, a ponieważ jest ona ukrytym podatkiem, osobiste przychody spadną na pewien czas, przynajmniej na rok lub dwa. Lecz już w trzecim roku sprawowania swego urzędu Romney powinien ustabilizować gospodarkę amerykańską, a co za tym idzie, i światową.
Podczas gdy wielu Europejczyków wciąż ma tendencję do naiwnego patrzenia na Obamę przez różowe okulary, większość Amerykanów zdaje sobie sprawę, że jest on figurantem, kreacją mediów i politycznym wyrobnikiem z Chicago, który zbyt długo pozostaje w Białym Domu i wkrótce zostanie odesłany tam, skądkolwiek pochodzi.
Autor jest prezesem zarządu International Étienne Gilson Society
Prof. Peter Redpath tłum. Marcin Perłowski