Wojsko to jest coś innego niż polityka
Wtorek, 10 marca 2015 (03:17)Z gen. Romanem Polko, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM i byłym zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Rafał Stefaniuk
Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker chce budowy wspólnej europejskiej armii. To dobry pomysł?
– Jest to pomysł, o którym wielokrotnie mówił Lech Kaczyński. Prezydent chciał, aby taką armię z prawdziwego zdarzenia zbudować. To jest pomysł, o którym się bardzo dużo mówi. Teraz pojawia się kolejny apel, jednak bardzo trudno go zrealizować. Ale taka armia powinna powstać i to jak najszybciej.
Po co nam europejska armia, skoro mamy NATO?
– Od dłuższego czasu Stany Zjednoczone apelują, żeby Europejczycy wzięli odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. W Europie mamy wiele państw, które niechętnie wydają pieniądze na obronność i nie wzmacniają swoich możliwości obronnych. Europejskie siły poszczególnych państw ulegają degradacji, podczas gdy Rosja od 2008 r. kładzie mocny nacisk na rozbudowę sił zbrojnych. Amerykanom nie przeszkadza to, że Europa zbuduje własną armię. Wręcz przeciwnie, popierają idee budowy spójności armii poszczególnych państw Europy. Żeby potrafiły ze sobą współpracować, ćwiczyć i razem wyjeżdżać na misje. I po to są wspólne jednostki.
Armie narodowe są już przeżytkiem?
– W żaden sposób. Przez to, że zbudujemy wspólne struktury, wielonarodowe dywizje, brygady, łatwiej nam będzie współdziałać na wypadek konfliktu zbrojnego. Musimy zdawać sobie sprawę, że każde państwo samo nie jest w stanie się obronić. Co najwyżej może dojść do odparcia ataku potencjalnego przeciwnika w pierwszej fazie konfliktu. Później przychodzi faza kolektywnej obrony, którą zakłada NATO. Żeby realizować taką obronę, trzeba być ze sobą na co dzień i integrować się, znać się nawzajem. Najlepszym sposobem jest więc budowanie wspólnych struktur. Trudniej ze Stanami Zjednoczonymi, a łatwiej z Europą. I gdy armie narodowe zostaną wsparte dużą europejską armią, nasz potencjał będzie realny, a nie tylko na papierze.
Kto by miał dowodzić taką armią? Różne kraje, to różne interesy.
– Istotą projektu jest podjęcie takich działań, aby działać wspólnie. Tym wygrywa Władimir Putin, że każdy myśli kategoriami własnego państwa. Kwestie dowodzenia można by rozwiązać na podobnych zasadach, jak to ma miejsce w przypadku Sojuszu Północnoatlantyckiego. Tam jest jeden dowódca konkretnej brygady, jest konkretny sztab i stosuje się czasami rotację. Powiedzmy, przez 4 lata dowodzi niemiecki oficer, przez następne francuski, a potem polski. Jednak kluczowe są kompetencje. Człowiek ten musi mieć doświadczenie i być zdolny do dowodzenia tego typu siłami. Przykładem, że Polacy potrafią to zrobić, są siły specjalne NATO, które zostały oddane pod dowództwo polskich generałów.
Jednak doświadczenie uczy, że Niemcy i Francja wykorzystują Unię Europejską do osiągania własnych celów.
– Właśnie powstanie struktur tego typu może zmienić tę negatywną sytuację. Po to pojawia się ten pomysł, aby stworzyć struktury międzynarodowe, żeby być zdolnym do działania. Wojsko to jest coś innego niż polityka. To są kwestie wspólnego treningu, ćwiczeń, zdolności do realizacji misji… Jeżeli nie będziemy współpracować, nie będziemy w stanie odeprzeć ataku na którekolwiek państwo Europy. Polska w ostatnich latach szkoliła się, walcząc. W Kosowie nie mieliśmy żadnego doświadczenia i to był początek naszej drogi. Następne doświadczenia zdobywaliśmy w Iraku i Afganistanie. Teraz nie uczestniczymy w misjach i trzeba znaleźć inne zastępcze rozwiązanie. Jak te struktury będą mobilne, zdolne do działania, to trzeba zadbać, aby zostały rozwiązane kwestie polityczne. Politycy poszczególnych państw muszą zacząć mówić jednym głosem. Bo polityka bezpieczeństwa i stosunek do Rosji musi być jeden.