Tropy wiodą do Rosjan
Wtorek, 23 października 2012 (02:12)Z Zuzanną Kurtyką, wdową po prezesie Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Marcin Austyn
"Rossijskaja Gazieta" wśród odpowiedzialnych za publikację zdjęć ofiar katastrofy smoleńskiej wskazuje rodziny. Jak Pani odbiera tego rodzaju oskarżenia?
- Relacja tej gazety jest zadziwiająca. Skoro jednak Rosjanie próbują zrzucić odpowiedzialność za publikację zdjęć ofiar katastrofy na Polaków, to świadczy o autentyczności tych materiałów. Tyle że jakikolwiek odnośnik do rodzin ofiar w tym kontekście jest po prostu śmieszny i jest przejawem głupoty. Tekst ma za zadanie mącenie ludziom w głowach, ale opiera się na tak oczywistym kłamstwie, że nie wiem, po co został wytworzony. Przecież wiadomo, że rodziny wyjechały do Federacji Rosyjskiej w niedzielę, 11 kwietnia 2010 roku wieczorem, a wszystko wskazuje na to, że zdjęcia powstały tuż po katastrofie 10 i 11 kwietnia. Ponadto rodziny pojechały do Moskwy, a nie do Smoleńska, i otoczone były kordonem najróżniejszych służb. Nawet wyjście poza hotel było ściśle monitorowane przez służby rosyjskie. Z kolei odnoszenie się do komisji Jerzego Millera czy osób z Polski będących w Smoleńsku jest rzeczą dziwną, bo wiemy, że służby rosyjskie zabierały aparaty, kamery osobom próbującym robić zdjęcia. Ponadto nie sądzę, by ktoś z Polaków miał w tym okresie tak swobodny dostęp do miejsca katastrofy.
Obwiniani są uczestnicy warszawskich batalii politycznych.
- Jak można się łatwo domyślić, chodzi o PiS. Tylko gdyby ktokolwiek z PiS był właścicielem tego rodzaju zdjęć, to one nigdy nie trafiłyby na rosyjski portal. One byłyby już dawno materiałem dowodowym gromadzonym przez zespół parlamentarny, któremu przewodniczy minister Antoni Macierewicz, a już z całą pewnością byłyby w polskiej prokuraturze wojskowej. A sprawdzenie, czy KBWLLP dysponowała tymi materiałami, nie powinno stwarzać problemu śledczym. Na pewno trzeba żądać od prokuratury wyjaśnienia źródła tych zdjęć. Jeśli będzie trzeba, to rodziny będą ją dopingować w tym zakresie odpowiednimi wnioskami.
Może termin tej publikacji nie był przypadkowy, to swoista odpowiedź na serię ekshumacji. Dopuszcza Pani taki scenariusz?
- Zawartość zdjęć, czas ich wykonania świadczą jednoznacznie, że zrobiła je osoba z rosyjskich służb, które były na miejscu katastrofy, ewentualnie był to ktoś z otoczenia Władimira Putina. Dlaczego zdecydowano się na publikację tych zdjęć w czasie dość charakterystycznym, kiedy wróciła na forum życia publicznego w Polsce sprawa smoleńska?
Autorka materiału, obciążając m.in. rodziny, powołuje się na źródła wśród funkcjonariuszy służb.
- Dla mnie jest jasne, że źródłem zdjęć jest strona rosyjska. Ale nie wiem, czy sama publikacja była decyzją indywidualną czy instytucjonalną.
Te zdjęcia to kolejny cios w rodziny?
- Z pewnością tego typu publikacje nie są łatwe dla rodzin ofiar katastrofy. Nie wiem jak inni, ale ja zdążyłam się przyzwyczaić do tego, że nikt z nami się nie liczy. Czasami odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z celowym pastwieniem się nad nami. Tak to odczuwam. Niestety takie zachowanie nie dotyczy tylko rosyjskich instytucji. Dodam, że zdjęcia same w sobie mają dużą moc emocjonalną, ale są też materiałem wskazującym, że samolot nie lądował na bagnistym terenie, lecz rozpadł się na tysiące kawałków. Te zdjęcia to potwierdzają.