• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Ludzie na sprzedaż

Wtorek, 23 października 2012 (01:59)

Rządowy program finansowania zapłodnienia metodą in vitro będzie filarem ideologicznej ofensywy, która ma podnieść słupki poparcia dla koalicji.

Rząd, omijając rafy w parlamencie, znalazł sposób na przeforsowanie technologii sztucznego rozrodu, która ani nie jest procedurą medyczną, ani nie diagnozuje i nie leczy przyczyn niepłodności.

Wczoraj na konferencji prasowej Donald Tusk powtórzył stary repertuar chwytów, grając na ludzkich emocjach. Za plecami spece od PR ustawili mu billboard z uśmiechniętymi rodzicami i ich dziećmi. Choć bardziej adekwatne do sytuacji byłyby termosy z zamrożonymi w ciekłym azocie embrionami, z których tylko nielicznym będzie dane się urodzić.

Rządowy program finansowania in vitro przewiduje, że z wysoce inwazyjnej technologii biomedycznej, nieusuwającej jednak przyczyn niepłodności, a jedynie ją omijającej, będą mogły skorzystać pary, które udokumentują co najmniej roczne leczenie.

Górna granica wieku to 40 lat. Od 2013 r. (refundacja w 2014 r.) program ma objąć 15 tys. par i trwać 3 lata, z możliwością przedłużenia. Grunt pod pełną legalizację procederu zapłodnienia IVF ma przygotować przyjęta przez parlament specjalna ustawa, która ma być przegłosowana w ciągu pierwszych trzech lat programu.

Do tego czasu in vitro będzie refundowane w ramach programu zdrowotnego ministra zdrowia. Zaledwie kilka dni temu, w czwartek, szef rządu zapowiedział w Brukseli, że jeśli w sprawie in vitro w Sejmie panować będzie klincz, to zdecyduje o załatwieniu sprawy "szybką ścieżką administracyjną".

Dzień później minister zdrowia Bartosz Arłukowicz mówił już o gotowym pakiecie rozwiązań. Refundacja będzie dotyczyć samego zabiegu. Według wyliczeń rządu koszt programu przez pierwsze pół roku to blisko 50 mln złotych (w ciągu 2 lat suma ta mogłaby pokryć długi Centrum Zdrowia Dziecka).

W następnych latach ma to być już kwota dwukrotnie wyższa. Rząd nie wyklucza też refundacji terapii hormonalnej - miałoby to nastąpić w ciągu dwóch najbliższych lat. - O kwalifikacji do metody in vitro w końcu będą decydowali lekarze, nie politycy. Dzięki programowi finansowania tej metody możliwe będzie także monitowanie zabiegów przeprowadzanych w Polsce - zapewnił Arłukowicz.

Program nie rozstrzyga losu zamrożonych embrionów - o tym ma decydować ustawodawca. Program ma jedynie wskazać kliniki przechowujące embrion, będą podane te ośrodki, które udokumentują np. poprzez umowy podpisane z przygotowanymi do tego instytucjami, że "niewykorzystane" w pierwszej próbie dziecko będzie zamrożone.

- I będzie bezpiecznie czekało na szansę implementacji czy - mówiąc innym językiem - adopcji lub wykorzystania przez dawców - wywodził Donald Tusk, kilkakrotnie myląc pojęcia "implementacja" (wdrożenie) z "implantacją" (w przypadku procedury in vitro zagnieżdżenie zarodka w macicy).

- Choć zapisy z programu nie będą dotyczyć komercyjnej sfery stosowania metody in vitro, to jednak zakłada się, że finansowanie programu przez państwo spowoduje, że przygniatająca większość procedur będzie się odbywała zgodnie z zasadami opisanymi w programie - ocenił szef rządu.

Przyjęcie programu ma zmobilizować posłów - także z PO - do "kompromisu". Pojęcie "rozsądny kompromis" to zresztą ulubione ostatnio określenie szefa rządu.

Donald Tusk użył go po głosowaniu w Sejmie w sprawie nowelizacji ustawy penalizującej aborcję z przesłanek eugenicznych, którą poparła grupa polityków Platformy. Posłowie, którzy głosowali za uszczelnie niem przepisów, znaleźli się na dywaniku u szefa klubu parlamentarnego Platformy Rafała Grupińskiego.

W ocenie Bolesława Piechy, wiceministra zdrowia w rządzie PiS, próba legalizacji finansowania procedury in vitro to taktyczna próba wzmocnienia tzw. lewego skrzydła w swoim ugrupowaniu oraz zdyscyplinowania polityków Platformy.

- Premier daje sygnały swojej partii, żeby ją dyscyplinować i dalej przystawiać rewolwer z szantażem, a lewicy pokazuje swoją "lewicową twarz po to, by podreperować ten wizerunek, który traci - zauważa Bolesław Piecha.

- To ustawa mówi, komu, co i za ile. Ale jak widać, w Polsce Donalda Tuska wszystko wydaje się możliwe. Propozycje rządu ocierają się o ryzykowną tezę, że do programu zdrowotnego można przesuwać finansowanie świadczeń, które nie są uregulowane w żadnym akcie prawnym wyższego rzędu - ocenia Piecha.

Jego zdaniem, propozycje rządu mają charakter populistyczny "z ukłonem w kierunku lewackich rozwiązań". - Premier nie ma zaufania dla części konserwatywnej swojej partii, więc uśmiecha się do swego wypróbowanego przyjaciela, jakim jest Palikot - mówi Piecha.

Czy propozycje rządowe są w ogóle zgodne z Konstytucją? Zdaniem dr. Przemysława Czarnka, konstytucjonalisty z KUL, propozycje rządu to szukanie upoważnienia ustawowego tam, gdzie go do końca nie ma. Jest więc duże prawdopodobieństwo, że propozycje rządu trafią do Trybunału Konstytucyjnego.

Wynika to z tego, że program zdrowotny minister zdrowia wydaje w formie rozporządzenia, a taki dokument nie jest aktem samoistnym. Rozporządzenie jest bowiem wydawane w oparciu o przepisy zapisane w ustawie. I w ramach delegacji zapisanej przez parlament w ustawie dla konkretnego ministra.

- Delegacja z kolei nie może mieć charakteru blankietowego. Regulacja w ramach ministerialnego programu kwestii in vitro ociera się już o blankietowość, która jest niedozwolona na gruncie przepisów konstytucyjnych - ocenia dr Przemysław Czarnek.

W przeszłości TK wiele razy krytykował i unieważniał ustawy i inne akty prawne mające blankietowy charakter, czyli opierające się na wątpliwych podstawach prawnych.

Ustawa o działach administracji rządowej mówi, że minister zdrowia ma kompetencje do kreowania programów zdrowotnych - na tej przesłance można byłoby zbudować hipotezę, że kwestie, których nie reguluje ustawa, mogą być precyzowane za pomocą programu zdrowotnego. Tyle że takie programy kieruje się do wszystkich osób chorych, zaś propozycje rządu są zdecydowanie wybiórcze.

Nie wiadomo, kto dokładnie i na jakiej podstawie będzie mógł skorzystać z programu, skąd owa liczba 15 tys., skoro - jak podkreślił to wczoraj sam premier Tusk - z problemem bezpłodności w Polsce boryka się 1,3 mln osób. Brak też precyzyjnego określenia co znaczy "para" - a to rodzi zagrożenie, że podatnicy zapłacą za niemające nic wspólnego z rodzicielstwem kaprysy osób homoseksualnych.


1. Kto i na jakiej podstawie będzie mógł skorzystać z programu in vitro? Nie wiadomo, bo rząd nie precyzuje, co znaczy "para" - a to oznacza dowolność interpretacji tego pojęcia.
2. Czy i jak ministerstwo zamierza monitować wszystkie przeprowadzane zabiegi? Resort zdrowia nie dysponuje dziś żadnymi danymi na ten temat.
3. Jak rozstrzygnięty zostanie los istniejących już zamrożonych embrionów? Rząd składa to rozwiązanie na karb przyszłej ustawy. "Nadliczbowe" embriony są niszczone lub zamrażane w nieskończoność.
4. In vitro nie jest metodą leczenia bezpłodności. Para, która przechodzi procedurę nadal pozostaje bezpłodna. Procedura in vitro niczego nie leczy.
5.Władze angażują budżetowe inwestycje w technologię sztucznego rozrodu, tymczasem w kasie NFZ brakuje pieniędzy na leczenie chorób nowotworowych u dzieci.

Anna Ambroziak