• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Rozczarowany, że nie było wymuszenia

Poniedziałek, 22 października 2012 (06:15)

"Nasz Dziennik" rekonstruuje, w jaki sposób próbowano niszczyć legendę gen. Andrzeja Błasika. Półtora roku po katastrofie smoleńskiej do kpt. rez. Piotra Kulisza dzwoni ppłk rez. Zbigniew Zawada - pupil dziennikarskich salonów. W rozmowie z pilotem wyraża głębokie rozczarowanie faktem, że prokuratura nie podjęła wątku rzekomego wymuszenia lądowania w Krzesinach.

"Nasz Dziennik" dotarł do notatki kpt. Kulisza, dowódcy załogi lotu treningowego na trasie Warszawa - Malbork - Krzesiny - Mińsk Mazowiecki - Warszawa z 15 marca 2010 roku. Generał Andrzej Błasik siedział w fotelu drugiego pilota, technikiem pokładowym był chor. Mirosław Iwon.

Notatka szczegółowo opisuje przebieg lotu. W lutym 2011 r. Zawada oskarżył w mediach Błasika o zmuszenie pilota Jaka-40 do złamania procedur bezpieczeństwa.

Jak było naprawdę? Kulisz relacjonuje, że generał jako wyszkolony drugi pilot na samolocie Jak-40 pilotował maszynę, a on monitorował nawigację i prowadził korespondencję radiową. Przed startem - pisze w notatce - szczegółowo omówił z drugim pilotem lot.

Obaj skupili się na warunkach atmosferycznych, bo wojskowe biuro meteo prognozowało opady śniegu lub śniegu z deszczem w zachodniej Polsce. "Jako że wojskowe lotniska, na których planowaliśmy lądowania, nie były wyposażone w naziemne systemy odladzania, ustaliłem jednoznacznie z Panem Generałem, że w razie zagrożenia opadami śniegu nie będziemy po prostu wykonywali lądowania na takim lotnisku" - pisze Kulisz.

Pierwszy odcinek Warszawa - Malbork załoga pokonała w dobrych warunkach atmosferycznych. Na polecenie kpt. Kulisza w Malborku maszynę zatankowano na wypadek braku możliwości lądowania w Krzesinach.

Kulisz dobrze pamięta lądowanie w Malborku, bo całą korespondencję z kontrolerem prowadził w języku angielskim. Takie było zarządzenie dowódcy Sił Powietrznych: w treningu na wszystkich wojskowych lotniskach wykonywać loty z użyciem korespondencji po angielsku.

Z Malborka odlecieli z dobrą prognozą. Ostrzegawczego komunikatu meteo nie było też z Krzesin. Załoga dostała dane do lądowania i kontynuowała podejście. W rejonie lotniska loty szkolne na samolocie Jak-40 wykonywał płk Ryszard Raczyński, ówczesny dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego.

"Od razu z Gen. Błasikiem wymieniliśmy uwagę, że skoro Jaczek lata po kręgu w Krzesinach, to na tym lotnisku pogoda musi być bardzo dobra. Kontynuując podejście, wyszliśmy z chmur przy podstawie ok. 200 m i dobrej widzialności. Zauważyłem wtedy lekki opad śniegu, ale zupełnie nieograniczający widzialności" - relacjonuje Kulisz.

Cały lot z Malborka i lądowanie w Krzesinach wykonywał Błasik. "To było jak zwykle miękkie lądowanie i w trakcie dobiegu, a właściwie drugiej jej fazie dostrzegliśmy, że pas startowy jest zupełnie przykryty śniegiem, a do nas od strony zachodniej zbliża się potężna nawałnica śnieżna. Widząc, co dzieje się na pasie, powiedziałem do Generała: "nie używamy hamulców, tylko rewers". Gen odpowiedział: "jasne"" - opisuje dowódca lotu.

Kulisz zaznacza, że dopiero wtedy opady śniegu stały się tak intensywne, że widzialność spadła do kilkudziesięciu metrów, a pas i drogi kołowania były bardzo śliskie. Po zwolnieniu pasa startowego Błasik przekazał stery Kuliszowi.

"Zapewne mając świadomość, że dla bezpieczeństwa lepiej będzie, jak dalsze sterowanie samolotem przejmie lotnik z kilkoma tysiącami godzin nalotu na tym typie" - napisał pilot.

- To było zgodne z programem naszego szkolenia, bo instruktor zawsze ma prawo przejąć stery - wskazuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dowódca jaka.

Ze względu na fakt, że lotnisko szybko pokryło się śniegiem, Błasik zadecydował, że Kulisz z Iwonem zostaną w Krzesinach do następnego dnia. "Nic na siłę, ma być bezpiecznie - koniec kropka" - przytacza słowa Błasika Kulisz.

Bezpodstawne oskarżenia

"Nie wiem, skąd wzięły się późniejsze historie o wymuszeniu przez gen. Błasika lądowania w śnieżycy etc. Decyzja o lądowaniu należała do mnie i nie było ze strony Generała najmniejszych sugestii: lądować czy nie. Zresztą Gen. Błasik, z którym wielokrotnie wykonywałem loty, zaliczał się do tego wąskiego grona osób, które mimo stopnia i stanowiska czują respekt przed podziałem obowiązków w kabinie i NIGDY! nie dawał odczuć, że "ja tu rządzę"" - stwierdza kategorycznie Kulisz.

Po każdym locie Błasik omawiał jego przebieg, słuchał uwag instruktorów. "Często wspólnie wśród lotników z 36 Splt wymienialiśmy na ten temat uwagi i każdy mówił to samo: "spoko, Generał lampasów do kabiny nie zabiera"" - napisał.

Halo? Tu Zawada

Po publikacji raportu MAK i oskarżeniu Błasika o wywieranie presji na załogę tupolewa w mediach zaczął się festiwal występów różnej maści ekspertów podważających autorytet dowódcy. Szczególnie niechlubną rolę odegrał w nim Zbigniew Zawada.

"Jakieś 1,5 roku po katastrofie zadzwonił do mnie Pan Zawada, oficer rezerwy z Bazy w Krzesinach. Ubolewał, że prokuratura nie zajęła się wątkiem wymuszenia lądowania w Krzesinach przez Gen. Błasika i że on ma na to świadków.

Odpowiedziałem mu, że jedynymi wiarygodnymi świadkami w tej sprawie jestem ja oraz technik pokładowy chor. Iwon. Żadnego wymuszenia nie było i to właśnie jestem gotów w prokuraturze zeznać, gdyby takowa potrzeba zaistniała. Po tym nasza rozmowa zakończyła się" - kończy notatkę Kulisz.

- To, że Zawada miał negatywny stosunek do gen. Błasika, to po kilku zdaniach rozmowy z nim od razu mogłem wywnioskować. Był rozczarowany, że sprawa lądowania w Krzesinach w moich ustach, czyli bezpośredniego świadka, wyglądała zupełnie inaczej, niż on ją zna - podnosi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Kulisz.

- Gdy rozmowa zaczęła schodzić na odpowiedzialność generała Błasika za lądowanie w Krzesinach, od razu powiedziałem mu, że nie było żadnego wymuszenia. Zaczął mówić, że jestem młody, nie do końca wszystko wiem i nie znam generała tak długo jak on. Powiedział, co zapamiętałem, że ubolewa nad tym, że prokuratura nie zainteresowała się wymuszeniem lądowania w Krzesinach - dodaje.

- Zawada w czasie całej rozmowy bardzo mocno przekonywał mnie o swoim doświadczeniu, osiągnięciach. Co ciekawe, nie ukrywał też, że ma związek z polityką, że jest nawet kandydatem do Sejmu z listy SLD - relacjonuje pilot.

Notatkę Kulisza wraz z innymi opiniami pilotów Ewa Błasik przekazała prokuraturze wojskowej. Tłumaczy, że robi to po to, by śledczy znali fakty.

- Zawada najwyraźniej chciał, by pan Kulisz zeznawał w prokuraturze nieprawdę na temat mojego męża. Zależy mi na tym, żeby po wszystkich zmasowanych atakach na mojego męża prokuratorzy wiedzieli, gdzie leży prawda. Teraz, gdy mąż nie żyje i nie może się bronić, nie wiem, co komu jeszcze może przyjść do głowy - mówi wdowa po dowódcy Sił Powietrznych.

Epizod z F-16

Zawada miał problemy w czasie szkolenia na samoloty F-16 w USA. Dużą przeszkodą było zdrowie - nadwerężony kręgosłup po katapultowaniu. Był też wtedy dość zaawansowany wiekowo.

- Wielokrotnie słyszałam, że nie radził sobie z przeszkoleniem na nowoczesnym sprzęcie w San Antonio. Amerykanie chcieli go skreślić z latania. Ostatecznie zdecydowali, że warunkowo może to szkolenie dokończyć, ale w Tucson przerwali szkolenia instruktorskie - mówi Ewa Błasik.

Po powrocie do kraju Zawada nie mógł już zostać instruktorem, wypadł z pasa na lotnisku w Krzesinach.

- Amerykanie dyplomatycznie nie powiedzieli wprost Zawadzie, że się nie nadaje, informowali o tym mojego męża. Ich opinia była dobrze umotywowana i uzasadniona. Zawada nie mógł tego darować Andrzejowi - słyszymy od generałowej.

Ewa Błasik proponuje, by Polsat News, w którego studiach Zawada sprzedawał swoje rewelacje, zapytał go, ile milionów dolarów Polska straciła, inwestując w takiego pilota, "z którego nie ma żadnego pożytku, który nie przyniósł nam chwały za granicą, a po śmierci jej męża wprowadza w błąd opinię publiczną i swoim postępowaniem bulwersuje młodych oficerów".

Piotr Czartoryski-Sziler