Nowy podział świata
Sobota, 22 listopada 2014 (02:00)Polsce media ogłosiły totalne zwycięstwo PiS w wyborach samorządowych, co w praktyce oznacza, że rozpoczęła się już batalia o to, jaki program i kto będzie go wprowadzał za rok w rządzie premiera Kaczyńskiego. Jednocześnie świat obserwował obrady najważniejszych przywódców świata w ramach G20 w dalekim Brisbane w Australii. Ukazały one groźne pęknięcia na arenie światowej, i to zarówno w postaci konfliktu ekonomicznego, jak i – co ważniejsze – politycznego. Przy czym, gdy się śledzi antykryzysowe postanowienia tego forum, a taki był cel jego powstania, to okazuje się, że powoli stają się one deklaratywne w przeciwieństwie do polityki, która stała się ich główną pożywką.
Dotyczy to zarówno apelu o wsparcie przyszłorocznego szczytu klimatycznego w Paryżu, działań antykorupcyjnych, ideologii gender, konieczności wzrostu zatrudnienia młodych, jak i pięcioletniego przyspieszenia gospodarczego do poziomu 2,1 proc. rocznie.
Bez nas
Tegoroczne obrady pełne były spięć i zostały pozbawione optymistycznych akcentów. Media w Polsce w swojej jednostronności zachwycały się, jak to Australia protokolarnie upokarzała Putina, i eksponowały krytykę Rosji, jaka na tym forum nastąpiła. W naszej publicznej debacie nie pojawiła się nawet wzmianka o tym, że w tym gronie nie było reprezentacji Polski. I pytań ze strony mediów – dlaczego. Premier Hiszpanii, mimo że jest formalnie poza G20, jest stale zapraszany, a jedynym dużym krajem UE zawsze nieobecnym jest Polska! Skandal, którego nikt nie zauważa.
W przeciwieństwie do Chińczyków, którzy przed paroma dniami gościli szczyt gospodarczy Azja – Pacyfik i podkreślali znaczenie Rosji kosztem USA, gospodarze szczytu G20 Australijczycy protokolarnie wyeksponowali przywódców Ameryki, Japonii, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Zarysowany dobitnie został również nowy podział świata, w którym przywódcami obok USA stają się Chiny. Charakterystyczne było to, że kraje BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA) bezskutecznie protestowały przeciwko sankcjom nałożonym na Rosję, uznając je za sprzeczne z prawem międzynarodowym i WTO.
Chiny zostały przez gospodarzy potraktowane neutralnie, aczkolwiek eksponowanie Japonii musiało być przez nie uznane za prowokacyjne, w sytuacji kiedy poprzedzające forum w Pekinie, okrzyknięte przełomowym, spotkanie premiera Shinzo Abe z prezydentem Xi Jinpingiem wyglądało w wymiarze mowy ciała przywódcy chińskiego równie upokarzająco jak australijskie traktowanie Putina. Rosjanie na zapowiadane prowokacje odpowiedzieli typowo dla siebie, wysyłając dla „zabezpieczenia bezpieczeństwa obrad” krążownik rakietowy „Warjag” i niszczyciel „Marszał Szaposznikow”, a ich prezydent uchylił się od afrontów w częściach artystycznych i zrezygnował z kolacji w towarzystwie mniej istotnych uczestników.
Putin z Merkel
Zdjęcie z ostatniej kolacji ukazujące stolik europejski, przy którym siedział prezydent Obama wraz z kanclerz Merkel, rzucało się w oczy. Atmosfera spotkania G20 dla wprawnych obserwatorów unaoczniała zmianę polityki USA, które oddały Japonii inicjatywę tworzenia przeciwwagi dla Chin w Azji, na równi z włączeniem Niemiec do osi antyrosyjskiej po drugiej stronie kontynentu euroazjatyckiego. Zmiana tonu Niemiec w komentarzach dotyczących tego, co dzieje się na Ukrainie, i zbliżenie do stanowiska USA w tej sprawie może sygnalizować uznanie interesów Niemiec w UE kosztem Ameryki, a szczególnie słabszych partnerów Unii. Zwłaszcza że w konsekwencji odbyły się aż czterogodzinne rozmowy kanclerz Merkel z prezydentem Putinem w cztery oczy, przywołując groźne wspomnienia z rozmów na najwyższym szczeblu z jesieni 1940 r., tym bardziej że znowu pojawiają się przecieki o żądaniach ustanowienia stref wpływów w Europie.
Media niemieckie, „Wall Street Journal”, rzucają pewne światło na stanowisko Rosji w obecnym konflikcie na Ukrainie, które z jednej strony minimalizują zagrożenie dla Polski z tym związane, a z drugiej, jak to przedstawia we wtorkowym artykule „Financial Timesa” Gideon Rachman, „Rosja desperacko dąży do zablokowania zbrojenia Ukrainy przez Zachód”, „kładąc broń nuklearną na stole”, co samo w sobie jest groźne. Okazuje się, że o ile zachodnie media prezentują dostarczanie uzbrojenia separatystom jako agresję Rosji, o tyle ona sama nie zgadza się na pozbawienie możliwości wyrażania rusofilskiego nastawienia przez społeczeństwa Ukrainy i państw bałkańskich, nazywając działania władz Ukrainy wprost faszyzmem.
Zagrożenia
Okazuje się, że groźba eskalacji konfliktu jest związana z postrzeganiem każdego przejęcia przez Zachód władzy w kraju tego regionu jako stratę samodzielności przez dane społeczeństwo, a w przypadku Ukrainy skutkuje dodatkowo przybliżeniem instalacji militarnych na odległość 300 km od Moskwy. Tak należy odczytywać wypowiedź Putina dla telewizji niemieckiej ARD, że w praktyce demokracji na Ukrainie pozwala się na to, aby rząd ukraiński „unicestwił wszystkich politycznych przeciwników i oponentów”, i że Rosja „nie chce tego i nie pozwoli na to”, co grozi według Rachmana działaniami eskalującymi napięcie, które może wyrwać się spod kontroli. Zdaniem Putina, media na Zachodzie są zakłamane w swojej „jednostronności”, gdyż według niego „mamy do czynienia z działaniami wojennymi we wschodniej Ukrainie, rząd ukraiński wysłał wojsko. Dochodzi nawet do użycia pocisków rakietowych, ale czy o tym się mówi? Ani słowa”. Wprawdzie, jak podaje „Der Spiegel”, z przecieków rozmów wynika, że zagrożenie rosyjskie jest ograniczone do regionów dotychczasowych konfliktów w Gruzji i Mołdawii oraz Bałkanów, w tym zwłaszcza historycznie prorosyjskiej Serbii i Bułgarii. Niemniej zmiana nastawienia Niemiec, w przeciwieństwie do mediów w Polsce, wydaje się, że została od razu dostrzeżona w Rosji, o czym świadczy zarówno ich weto w sprawie przewodniczącego z Niemiec w KBWE, jak i wydalenie dyplomatów niemieckich z Moskwy jeszcze podczas trwania szczytu G20.
Zmiana stanowiska politycznego Berlina jest bardzo poważna. Niemcy na szali postawili zarówno podkreślane przez Putina korzyści gospodarcze, jakie miały firmy niemieckie sprzedające towary w Rosji i na Ukrainie, jak i kapitał polityczny, o którym prezydent Rosji w apelu do Niemców wspomina: „Pomyślmy o tym, jak dobre były stosunki niemiecko-rosyjskie w ostatnich 10 czy 15 latach. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej były one tak dobre jak wtedy. Nie, nie były”. Konsekwencją tego będzie dalsze pogorszenie sytuacji społecznej na Ukrainie w efekcie wycofania kredytowania tej gospodarki na skalę 25 mld USD. Taką kwotę będą musiały wycofać banki rosyjskie z powodu sankcji Zachodu względem instytucji finansowych Rosji, a których ani UE, ani USA do tej pory w rekompensujący sposób nie wyłożyły.
Artykuł Edwarda Luce w „Financial Timesie”, z charakterystyczną grafiką Matta Kenyona ukazującą schyłek Ameryki, musi być również przestrogą dla polskich elit. Jeśli prawdziwa staje się zmiana nakładów militarnych USA z 50:50 na 60:40 na korzyść Pacyfiku względem Atlantyku, to przy dominacji interesów Ameryki na Bliskim Wschodzie, które w starciu z islamem wyraźnie kruszeją, musi oznaczać bardzo ciężkie czasy dla Polski i respektowania jej interesów w Waszyngtonie. Tym cięższe, im więcej koncesji politycznych uzyskali w ostatnim czasie Niemcy i im dłużej ponad naszymi głowami będą dyskutowali kanclerz Merkel z prezydentem Putinem.
Brak demokracji i oligarchizacja życia na Ukrainie również niczego dobrego nie wróży, gdyż nie przyspiesza prawdziwego pojednania między naszymi narodami, a wprost przeciwnie, skłania rządzących w tym kraju do kryptofaszystowskich zachowań, takich jak wyznaczanie Dnia Obrońcy Ukrainy w dniu utworzenia UPA – 14 października, jak informował niedawno „Nasz Dziennik”. Dominacja polityki na spotkaniach gospodarczych takich jak G20 powoduje osłabienie presji na współpracę ekonomiczną, pogłębiając zjawiska kryzysowe. A brak obecności Polski w gronie decydentów G20 prowokuje nieliczenie się z polskimi interesami zarówno gospodarczymi, jak i politycznymi.
Dr Cezary Mech