• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Dlaczego wychodzimy na ulice?

Wtorek, 2 października 2012 (05:59)

Gryzący w oczy i płuca pył, piekielnie wysoka temperatura i trzyzmianowy dzień pracy - w takich warunkach pracuje się na koksowni. Tutaj szybko traci się zdrowie i trudniej niż w innych zawodach doczekać do emerytury.

- Już dzisiaj mamy dosyć - mówi pięciu mężczyzn z Dąbrowy Górniczej. Nie zgadzają się na to, żeby pracować do 67. roku życia. W sobotę podczas marszu w stolicy wraz przedstawicielami innych zawodów manifestowali swoją niezgodę na podwyższenie wieku emerytalnego.

Klepsydra zamiast emerytury

- Klepsydry ludzi, którzy umierają w wieku 51 lat, nikogo u nas nie dziwią. Nie ma tygodnia, żeby ktoś nie umarł. A ZUS zaciera ręce, bo nie będzie musiał wypłacać kolejnych emerytur - mówią rozgoryczeni.

Choroby serca, płuc i innych narządów wewnętrznych to najczęstsze przyczyny zgonów. - Pył koksowniczy nieodwracalnie wżera się w płuca. Człowiek nie jest w stanie się od niego uwolnić - tłumaczą. Zabójczy jest również tlenek węgla, na który są narażeni.

- Czterdzieści lat pracy w hutnictwie. To powinno wystarczyć, żebym mógł przejść na emeryturę. Mam pracować aż do śmierci? - irytuje się jeden z nich. Pokazuje na swoje siwe włosy. - Nas, starych, zmusza się do pracy, a młodzi wyjeżdżają za granicę, bo nie mogą jej znaleźć.

Czy rządzący nie wiedzą, na co narażają hutników, wydłużając im czas pracy? - Wiedzą, ale próbują z nas zrobić głupków. Przecież wiadomo, że jeśli likwiduje się zakłady pracy, to coraz mniej jest składek na świadczenia dla obecnych emerytów. Dlatego wmawia się ludziom, że jeśli będą pracować dłużej, dostaną wyższe emerytury. A to jest jedno wielkie kłamstwo. Wiele osób nawet nie dożyje do swojej emerytury. - To chore państwo... Nie, nie państwo, chory rząd! - denerwują się mężczyźni. Przyjechali walczyć o normalne państwo, w którym będą czuli się jak u siebie.

Czy ten protest coś zmieni? - Gdybyśmy w to nie wierzyli, to by nas tutaj nie było. Przynajmniej świat zobaczy i usłyszy, co się w naszym kraju dzieje - podkreślają.

Swoje postulaty wiążą ściśle z wolnością dla katolickich mediów. Uważają, że rządzący boją się Telewizji Trwam. - Inne przychylne rządowi stacje kłamią i manipulują. Nie wspominają o niszczeniu zakładów pracy i zwalnianiu ludzi, nie mówią też prawdy o nasilających się protestach. Ale w końcu Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji będzie musiała ustąpić i przyznać Telewizji Trwam miejsce na cyfrowym multipleksie - zapowiadają hutnicy.

Nawet świstaki muszą odpoczywać

Kilka lat temu na olbrzymich bannerach w całej Polsce można było zobaczyć uśmiechniętą twarz Donalda Tuska z napisem: "By żyło się lepiej". Na demonstracji karykatury premiera pojawiły się na transparentach i bębnach, w które z całej siły walili rozgoryczeni związkowcy. Ludzie pracy mają prawo czuć się oszukani i pokrzywdzeni. W przedwyborczych zapowiedziach Tusk nawet się nie zająknął, że jego rząd podwyższy wiek emerytalny.

Dwie nauczycielki z Warszawy swój sprzeciw postanowiły zamanifestować w dość oryginalny i dowcipny sposób. Na długim kiju trzymają transparent ze świstakiem opatrzony napisem: "Spraw, żebym nie musiał zawijać tych sreberek do 67 lat".

- Kto chce pracować dłużej, jest zdrowy i ma dostatecznie dużo sił, to proszę bardzo, nie widzę żadnych przeciwwskazań. Natomiast buntuję się odnośnie do tych zawodów, w których nie powinno się wydłużać wieku emerytalnego, bo jest to po prostu niebezpieczne dla tych, którzy je wykonują - tłumaczy Lucyna Lipińska.

Sama jest nauczycielką wychowania fizycznego. Nie wyobraża sobie, że tuż przed emeryturą miałaby pokazać młodzieży ćwiczenie, które będzie zagrażało jej zdrowiu. I choć - jak mówi - jeszcze teraz może pobiegać na wyścigi ze swoimi uczniami, to wykonanie bardziej skomplikowanych ćwiczeń nie jest już dla niej takie proste.

Podwyższanie wieku emerytalnego uważa za złamanie przez rząd umowy społecznej. Jeśli ktoś rozpoczynał pracę z przeświadczeniem, że będzie pracował intensywnie do określonego wieku, to ma prawo oczekiwać, iż tak się właśnie stanie.

- I niech mi nikt nie mówi, że emerytury nauczycielskie, które po 35 latach pracy wynoszą ok. 1400 zł, są takim wielkim obciążeniem dla budżetu, podczas gdy posłowie za samo siedzenie w sejmowych ławach otrzymują grubo ponad 10 tys. zł miesięcznie - zauważa.

Również jej koleżanka Halina Niewiadomska, pracowniczka szkolnej świetlicy, jest oburzona wydłużaniem czasu pracy w oświacie. - Pracujemy w hałasie i stresie. Jakby tego było mało, chce się nam zabrać Kartę Nauczyciela i skrócić urlopy. Jesteśmy przerażeni tym, co ten rząd wyprawia ze szkodą dla dzieci i całego społeczeństwa - dodaje.

Gdy wzrok już nie ten...

Pani Zofia reprezentuje na marszu pracowników powiatowej stacji sanitarnej w swojej miejscowości. Już dziś ma problemy z chodzeniem. - Nie wiem, czy w wieku 67 lat nie będę poruszać się o kulach - martwi się. W nie najlepszej sytuacji znajdą się także jej koleżanki, które pracują w laboratorium. - Przecież w tym wieku i wzrok już nie ten i ze słuchem miewa się problemy - wyraża obawę. Ona również nie rozumie polityki polegającej na zatrzymywaniu ludzi w zakładzie pracy do 67. roku życia w sytuacji, gdy ciągle wzrasta bezrobocie i nawet młode, dobrze wykształcone osoby nie mogą znaleźć zatrudnienia.

Ale emerytury to nie jedyny powód, dla którego przyjechała do Warszawy. Domaga się także podwyższenia płac, które w jej miejscu pracy już od kilku lat pozostają zamrożone. - Trudno nam zrozumieć to, że pracownicy ministerstwa otrzymują wysokie podwyżki i nagrody, a nasze płace nie wzrastają nawet o wskaźnik inflacji - skarży się pani Zofia.

Żona pana Tomasza jest krawcową i on protestuje właściwie w jej imieniu. Tam, gdzie mieszka, bardzo ciężko znaleźć pracę w tym zawodzie. Po długim okresie poszukiwań w końcu się udało. Jednak w warunkach - delikatnie mówiąc - nie do pozazdroszczenia. Praca przez sześć dni w tygodniu w pomieszczeniach, gdzie w zimie temperatura spada do kilku stopni powyżej zera. Kobiety boją się odezwać, żeby nie stracić pracy.

- Jest to praca stała, siedząca. W tej chwili moja żona już ma problemy z nogami i kręgosłupem. Za kilka lat będzie miała gorszy wzrok i słabszą koncentrację. Nie wyobrażam sobie, że będzie musiała pracować do 67. roku życia - deklaruje pan Tomasz. Mówiąc o reformie emerytalnej rządu PO - PSL, stwierdza kategorycznie: - To barbarzyńska ustawa, nie do pomyślenia w demokratycznym kraju. Rząd w ogóle nie liczy się z ludzkimi sumieniami, z ich zdrowiem ani z życiem rodzinnym.

Polacy kochają pracę

Przeciwko zmuszaniu ludzi do pracy aż do 67. roku życia protestują również pracodawcy.

- To absurdalny i nieludzki pomysł - krytykuje rządową reformę emerytalną Teresa Juśkiewicz-Kowalik, przedsiębiorca w branży przetwórstwa spożywczo-rolniczego. Jest osobą świetnie zorientowaną w problemach ludzi pracy. W latach 90. w swoich firmach zatrudniała nawet 1500 osób. Za swój ciepły i serdeczny stosunek wobec podwładnych ci ochrzcili ją mianem Matki Teresy.

Jak mówi, naturalną koleją rzeczy powinno być to, że starsi pracownicy wprowadzają młodszych i dzielą się z nimi doświadczeniem, a następnie, ustępując im miejsca, otrzymują godne emerytury. Przede wszystkim jednak każdy powinien sam decydować o tym, czy zdrowie pozwala mu pracować dłużej, czy też nie.

- Tym bardziej że praca w Polsce jest bardzo ciężka. Na skutek długich lat komunistycznej niewoli warunki pracy oraz stosowane technologie nie są tak nowoczesne jak w innych, bardziej rozwiniętych krajach europejskich - zauważa.

Nie zgadza się z tymi, którzy twierdzą, że ludziom protestującym przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego nie chce się pracować, że robią to z lenistwa. - Polacy, jeśli są zdrowi, kochają pracę. Jednak zbyt często nie mają siły pracować powyżej 60. roku życia, ponieważ są schorowani i zmęczeni - tłumaczy. I - jak dodaje - mają prawo do tego, aby na starość więcej czasu spędzić z rodziną i pomóc chociażby w wychowywaniu wnuków.

Jest pewna, że tak jak ona myśli wielu innych pracodawców. Z ich punktu widzenia pracownik w podeszłym wieku jest po prostu mniej wydajny i częściej choruje. Jednak i ich zdanie w tej sprawie jest lekceważone. - Nasz rząd robi to, co mu każe Unia Europejska, źle prowadzi budżet i stąd brak pieniędzy na emerytury - podsumowuje Juśkiewicz-Kowalik.

Nie można milczeć

- Nasze milczenie oznaczałoby, że zgadzamy się na to, a tak nie jest - mówili manifestanci.

Sobotni marsz w stolicy zgromadził kilkaset tysięcy osób. Warszawa już dawno nie przeżyła tak olbrzymiej manifestacji. Ale też dawno nikt nie odmawiał Polakom dostępu do wolnych mediów i prawa do może niewysokiej, ale ciężko zapracowanej emerytury, którą będą mogli się cieszyć dłużej, niż by tego chciał szukający łatwych pieniędzy rząd.

Bogusław Rąpała