Kolejka do zdrowia
Poniedziałek, 1 października 2012 (06:03)W Polsce chory resztki zdrowia może stracić w monstrualnej kolejce, a na wiele świadczeń musi wyłożyć dodatkowe pieniądze z własnego portfela. Wielu pacjentów nie wierzy już, że to się kiedykolwiek zmieni.
Pan Maksymilian ma 33 lata, 12-letni staż pracy, wykształcenie średnie i zatrudnienie w jeszcze nadal dobrze prosperującym przedsiębiorstwie. Niejeden młody absolwent studiów uniwersyteckich, pozostający na Tuskowej "zielonej wyspie" często latami bez stabilnej pracy, mógłby więc mu pozazdrościć. W sierpniu pan Maksymilian zarobił ponad 2293 złote. To jego przeciętne zarobki. Wraz z dochodami żony pozwalają one na utrzymanie domu i dwojga dzieci na minimalnym poziomie. Mimo to pan Maksymilian nie jest zadowolony: - Kilka lat temu zacząłem chorować i wtedy zaczął się mój koszmar.
Terminy oczekiwania na świadczenia medyczne są niewyobrażalne. W skrajnych - choć wcale nierzadkich przypadkach - na specjalistyczną operację w Polsce czeka się nawet 1000 dni. - A przecież co miesiąc państwo ściąga ze mnie kilkaset złotych podatków i różnych składek, w tym zdrowotnych. Gdzie są te pieniądze? - pyta retorycznie pan Maksymilian.
Podwójna taksa
Nikt jednak nie odpowiada na to pytanie, podobnie jak nikt nie jest w stanie oszacować, ilu pacjentów nie przeżyło wielomiesięcznego oczekiwania na wizytę u lekarza specjalisty, operację czy terapię. Takich statystyk Narodowy Fundusz Zdrowia ani Ministerstwo Zdrowia nie prowadzą.
- W 2011 roku lekarz specjalista, który przyjął mnie na podstawie skierowania od lekarza rodzinnego po 8 miesiącach oczekiwania, orzekł, że muszę mieć "jak najszybciej" zoperowane żylaki - opowiada pan Maksymilian. - Pomijam już nawet fakt, że ta wizyta u chirurga naczyniowego, na którą czekałem 8 miesięcy, trwała 15 minut. Drugie tyle lekarz przeznaczył na wypisywanie różnych druków. "Proszę wykonać sobie badania dopplerowskie żył chorej nogi" - zalecił lekarz. - Zapytałem, gdzie mam to zrobić, gdyż nigdy wcześniej takiemu badaniu nie byłem poddawany - wspomina pacjent. Lekarz tylko uśmiechnął się i odpowiedział: "Gdzie pan chce". Na moje nalegania odrzekł wreszcie, że mogę spróbować tu, w szpitalu. Była przy nim poradnia, w której mnie przyjmował - opowiada pan Maksymilian. - Ostrzegł mnie jednak, że nie wie, czy są jeszcze limity. W gabinecie szpitalnym, gdzie wykonywane są badania dopplerowskie, panowała cisza. Kilka pracownic w białych kitlach piło kawę. Gdy wszedłem ze skierowaniem na badania USG od lekarza specjalisty, panie były bardzo zdziwione - relacjonuje pacjent. - Dowiedziałem się, że mam przyjść na początku grudnia, a był to kwiecień. "W grudniu będziemy robiły zapisy na przyszły rok, więc może w lutym przyszłego roku zostanie pan zbadany" - usłyszał pan Maksymilian.
Załamany pacjent, któremu lekarz specjalista powiedział, że badanie musi mieć wykonane "natychmiast", a z operacją nie należy zwlekać, zmuszony był więc wykonać USG dopplerowskie w prywatnym gabinecie. - Zapłaciłem za to 180 złotych. Pytam jednak, dlaczego - mówi wzburzony do dziś pacjent - skoro regularnie odprowadzane są od mojego dochodu wszystkie składki na ubezpieczenie zdrowotne? Państwo zabiera mi rocznie setki złotych, a gdy już zdarzy się, że zachoruję, nie ma możliwości wykonania podstawowych badań, bo "skończyły się limity" - konkluduje z oburzeniem pan Maksymilian.
Każdy ma prawo do ochrony zdrowia. Czyżby?
Jego operacja odbyła się po upływie miesiąca, choć według "normalnej" procedury pacjent musiałby oczekiwać na nią przez kolejne cztery miesiące. - Żona załatwiła po znajomości, że stało się to wcześniej. Czułem się jednak fatalnie, bo nie wiedziałem, czy nie wchodzę na cudze miejsce - opowiada pan Maksymilian. Cała procedura od wizyty u lekarza pierwszego kontaktu, poprzez diagnozę specjalisty i badanie dopplerowskie, aż po stół operacyjny trwała więc niemal 8 miesięcy i ostatecznie skończyła się dobrze. Jednak gdyby trzymać się sztywno reguł wyznaczonych przez Narodowy Fundusz Zdrowia, który kontraktuje usługi medyczne w placówkach służby zdrowia, to pan Maksymilian musiałby czekać prawie dwa lata na banalną operację żylaków. W jakim stanie byłaby wtedy jego noga? O ile droższe byłoby leczenie takiego zaniedbanego pacjenta, jego operowanie i rehabilitacja? Trudno to wyliczyć, jednak z pewnością koszty tych procedur byłyby co najmniej podwojone.
Artykuł 68 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej w punkcie 1 stanowi tyle lapidarnie, co dobitnie, że "każdy ma prawo do ochrony zdrowia", zaś w punkcie 2 precyzuje, że "obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych". Co sądzą pacjenci o tych konstytucyjnych gwarancjach, a raczej o sposobie ich respektowania przez powołane do tego instytucje, można się łatwo dowiedzieć, odwiedzając pierwszą lepszą lekarską przychodnię specjalistyczną, przyszpitalne poradnie czy poczekalnie przed okienkami rejestracji.
Pani Hanna ma 60 lat. Kilka lat temu leczyła się na nadciśnienie i cukrzycę. Mała poradnia w miasteczku w pobliżu jej rodzinnej wioski nie zapewniała właściwej opieki. - Lekarz rodzinny bał się wystawiać skierowania do specjalistów, ciągle tłumacząc, że obawia się kontroli i kary z NFZ. Leczył mnie więc na własną rękę - opowiada pani Hanna, która mówi, że czuła się jak złodziejka, prosząc dwa razy w roku o możliwość badania krwi z rozmazem. Efektem obaw lekarza rodzinnego było to, że pani Hanna zamiast do lekarza specjalisty trafiła w bardzo złym stanie na szpitalny oddział. - Nawet tam jednak nie potrafili już sobie ze mną poradzić i przewieziono mnie na sygnale do szpitala wojewódzkiego - wspomina z przejęciem pacjentka. - W oddalonym o mniej więcej 40 km mieście wojewódzkim lekarze okazali się znakomici. Mimo poważnego stanu uratowali mi jeszcze trochę wzroku - opowiada pani Hanna, która w efekcie źle leczonego nadciśnienia utraciła w ciągu kilku dni bezpowrotnie możliwość normalnego widzenia.
Dziś pacjentka ma grupę inwalidzką, należy do związku niewidomych, jest niesamodzielna i wymaga opieki. - Owszem, w domu sobie radzę, bo mieszkanie znam na pamięć, jednak o samodzielnym wyjściu czy tym bardziej wyjeździe do innej miejscowości, czy nawet do sklepu na większe zakupy mogę już tylko pomarzyć - mówi kobieta.
Pani Hanna pogodziła się już ze swoim losem. Ma troskliwą rodzinę, która bardzo ją wspiera i jej pomaga. Dużą rolę - jak deklaruje - odgrywa też w jej życiu wiara. - Jednak czasem, gdy pomyślę, że mój los mógłby się potoczyć inaczej, że mogłabym normalnie widzieć, gdyby dostęp do świadczeń zdrowotnych był prawidłowo zapewniony, a nie ograniczony jakimiś limitami, to mi łzy napływają do oczu. Czuję żal, że całe życie pracowałam uczciwie, a jak już zaczęłam chorować, to państwo nie zapewniło mi właściwej opieki medycznej - mówi rozgoryczona pacjentka.
Stan ten jednak trwa, nie był jedynie incydentem. - Dzisiaj, mimo że jestem inwalidką, choruję na cukrzycę, utraciłam w znacznym stopniu wzrok, leczę nadciśnienie, to do lekarza okulisty mogę się dostać raz na osiem miesięcy. Częstsze wizyty mi nie przysługują - opowiada pani Hanna. - Teraz, gdy skończyłam 60 lat, obawiam się jeszcze bardziej. Przecież politykom rządzącej ekipy zdarzało się mówić, że u 85-letniego pacjenta nie ma sensu operować biodra, bo już się nie zrehabilituje. Skąd mam wiedzieć, że za chwilę nie powiedzą tak o 70-latkach? Skoro można nagle podnieść drastycznie wiek emerytalny i nikomu z polityków rządzących włos z głowy za to nie spadnie, to nie wiadomo, co nam, szarym ludziom, jeszcze zgotują - mówi pesymistycznie.
Władza każe czekać!
Bez względu na przedstawiane hurraoptymistyczne rządowe scenariusze uzdrowienia systemu opieki zdrowotnej sytuacja w służbie zdrowia jest ciągle fatalna. Pacjenci czekają w wielomiesięcznych kolejkach na wizytę u specjalisty. Na oddziale chirurgii urazowo-ortopedycznej Krakowskiego Centrum Rehabilitacji na przyjęcie czeka się średnio 1162 dni (!), zaś na przyjęcie przez onkologa w Szpitalu Specjalistycznym nr 2 w Bytomiu - 221. Rekordowe terminy przyjęć ma też np. Poradnia Protetyki Stomatologicznej w jednej z placówek na warszawskiej Ochocie (969 dni), zaś oddział kardiologiczny słynnego Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu przyjmie pacjenta po ponad 740 dniach oczekiwania.
Wielu pacjentów skarży się też, że nie wie, gdzie uzyskać informacje o placówkach specjalistycznych, w których najszybciej otrzymają właściwą pomoc. Chociaż poszczególne oddziały Narodowego Funduszu Zdrowia powinny udostępniać takie informacje, na przykład na swych stronach internetowych, często są one trudne do odszukania. Szczególnie dla człowieka poważnie chorego, starszego czy niedołężnego z powodu choroby. Wspomniany pan Maksymilian - mimo że jest młody i dynamiczny - wspomina trudności, jakie napotkał, usiłując ustalić, w której placówce służby zdrowia może otrzymać pomoc refundowaną przez NFZ. Szacuje nawet, że na same połączenia telefoniczne w tej sprawie wydał prawie sto złotych.
Napotkana na jednym z oddziałów onkologicznych w Poznaniu pacjentka opowiada, że żyje w ciągłym lęku, ponieważ państwa nie stać na sfinansowanie badań nad unikalną szczepionką na czerniaka, jaka ratuje i przedłuża życie tysiącom pacjentów. - Chciałabym zapytać panią Kopacz, która jako minister zdrowia tak chwaliła się swoimi kompetencjami i zdolnościami, co zrobiła dla pacjentów. Dlaczego ten system się tak sypie? Ale nie będę miała okazji, bo pani minister została przecież nagrodzona za swe "sukcesy" drugim najwyższym stanowiskiem w państwie. A to już przecież inny świat niż ten zatłoczony korytarz szpitalny - puentuje zdenerwowana pacjentka.
Adam Suwart