• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Antydemografia rządu

Sobota, 22 września 2012 (06:55)

Tylko jaki jest sens wykonywania takiej operacji (biodra) u 85-latka, który nie chodzi i nie będzie chodzić, bo się nie zrehabilituje" - czy słowa Joanny Muchy, obecnej minister sportu i turystyki, to strategia rządu Donalda Tuska wobec rodzin wielopokoleniowych?

"Nowoczesne" poglądy na tematy społeczne prezentowane przez polityków rządzących naszym krajem na początku XXI wieku nie są czymś wyjątkowym. Światowi przywódcy - często zatroskani stanem środowiska naturalnego i łamaniem praw zwierząt - z reguły nie wykazują się szczególnym szacunkiem wobec ludzkiego życia. W "globalnej wiosce" występowanie przeciwko tradycyjnym wartościom staje się normą, jednak wypowiedzi polityków zwykle nie są aż tak "odważne" jak te prezentowane przez naszą panią minister. Demokratyczni przywódcy starają się ukrywać swe poglądy i zamiary za dobrze brzmiącymi, propagandowymi hasłami.

Zasłoną szczególnie chętnie stosowaną na politycznych salonach jest tzw. planowanie rodziny. Jak w praktyce należy rozumieć to sformułowanie? Najpełniejszą odpowiedź można znaleźć w raportach ONZ. Treść tych dokumentów została jednoznacznie oceniona np. przez przedstawiciela Stolicy Apostolskiej przy agendach Narodów Zjednoczonych w Genewie ks. abp. Silvano Tomasiego.

"Jesteśmy przekonani, że aborcja, która niszczy istniejące ludzkie życie, nigdy nie jest metodą, którą można przyjąć w planowaniu rodziny. Dlatego uważamy, że całkowicie nie do przyjęcia jest lansowanie przez dyskutowany obecnie raport, a w sposób jeszcze wyraźniejszy przez ONZ-owską Globalną Strategię na rzecz Zdrowia Kobiety i Dziecka tzw. bezpiecznej aborcji" - stwierdził watykański dyplomata.

Pogląd, że większa gęstość zaludnienia oznacza niższy poziom życia mieszkańców "przeludnionego" kraju, jest dla światowych przywódców jedynie usprawiedliwieniem walki z rodziną jako jedną z głównych przyczyn "przeludnienia". Tymczasem mieszkańcy zatłoczonej Holandii niechętnie emigrują do zapewniającej "życiową przestrzeń" azjatyckiej części Rosji... Niewypłacalność systemów emerytalnych na całym świecie także nie bierze się z "nadmiaru dzieci". Przeciwnie, realne jest zagrożenie, że już w niedługim czasie jedno dziecko w rodzinie będzie musiało utrzymywać dwoje rodziców (nie licząc biurokratów pilnujących, by nie rodziło się zbyt wiele dzieci).

Błędne, antyrodzinne założenia przyjęte przez "walczących z kryzysem gospodarczym" władców demokratycznego świata powodują, że ich działania... doprowadzają do nasilenia objawów kryzysu. Jak zauważył amerykański ekonomista John Medaille, w efekcie antyrodzinnych rozwiązań prawnych "prawdziwymi zwycięzcami są obecnie ci, którzy mają mało dzieci lub nie mają ich wcale, a polegają na dzieciach innych ludzi, płacących podatki, sami unikając kosztów i trudów związanych z wychowaniem potomstwa".

Brak finansowego wsparcia dla rodziny usprawiedliwiany jest na politycznych salonach nieefektywnością takich działań. Ekonomiści udowadniają, że rodzina, w której zawodowo pracuje tylko jedno z rodziców, marnuje swój potencjał, bo w przypadku pełnego zatrudnienia w dwukrotnie większym stopniu mogłaby przyczyniać się do wzrostu produktu krajowego brutto! Gdyby wzrost wartości PKB traktowany był jako podstawowe kryterium wyboru rozwiązań ekonomicznych, wtedy popularyzowanie "pełnego zatrudnienia" miałoby jakiś sens. Dla przykładu: jeśli pani Kowalska - dotąd "bezrobotna" gospodyni domowa - utworzy przedszkole, w którym będzie opiekowała się dziećmi bezrobotnej dotąd pani Malinowskiej, zaś pani Malinowska odpłatnie zajmie się opieką nad dziećmi pani Kowalskiej, to PKB naszego kraju wzrośnie o sumę (nieuwzględnianej dotąd w wyliczeniach ekonomistów) wartości pracy obydwu pań! Byłby to jednak jedynie papierowy wzrost, wynikający z niedoskonałego sposobu obliczania PKB, opierającego się na założeniu, że "bezfakturowa" praca wykonywana dla własnej rodziny (np. sprawowanie opieki nad dziećmi i osobami starszymi i wszelkie prace domowe) nie ma wartości...

Przegłosowana w ostatnich dniach w polskim parlamencie nowelizacja ustawy o świadczeniach rodzinnych, przewidująca wprowadzenie kryterium dochodowego przy przyznawaniu becikowego, wskazuje, że nasi politycy traktują wspieranie rodzin jako "koszt budżetowy", a nie jako długoterminową inwestycję.

Negatywne dla rodziny tendencje wynikające z rzeczywistych problemów ekonomicznych wspierane są również przez stereotypy upowszechniane w mediach. Telewizyjne gwiazdy uparcie promują model "nowoczesnej", "partnerskiej" czy "nieformalnej" rodziny, zaś różnej maści eksperci chętnie popularyzują pogląd, zgodnie z którym w czasie kryzysu "nie stać nas na posiadanie dzieci". W gronie autorytetów medialnych mało kto zauważa, że silna i liczna rodzina to - także w sensie ekonomicznym - najlepsza inwestycja i najskuteczniejsza obrona przed dopiero nadchodzącym kryzysem.

Piotr Tomczyk