Domowa pracownia
Niedziela, 28 września 2014 (08:43)Wciąż na nowo zadziwiają mnie, a nawet przerażają, rodzice, którzy swoje dzieci od najmłodszych lat czy nawet miesięcy tak ochoczo oddają na wiele godzin pod opiekę i wychowanie innych, często obcych osób. Przecież jeśli mamy coś cennego, nawet pośród naszych materialnych dóbr, nie oddajemy tego innym tak pochopnie, dlaczego więc robimy to z naszymi największymi „skarbami”.
Pomimo braku kontaktu z dziećmi (z powodu „braku czasu”) każdy rodzic pragnie, aby jego dziecko było dobre, mądre, odpowiedzialne, wdzięczne, a niektórzy chcieliby, by było wierzące i żyło według ewangelicznych wartości. Osiągnięcie tego wymarzonego celu wychowania jest odwrotnie proporcjonalne do małej ilości czasu poświęconego swojemu ukochanemu potomkowi. Można zastanowić się, w jaki sposób spędzamy czas z dzieckiem/dziećmi. Miłe są chwile takiego zwykłego bycia razem, na przykład gdy dziecko buduje wieżę z klocków, a rodzic odpoczywa obok. To jednak za mało. Nie wystarczy też czas poświęcony na odprowadzanie do przedszkola czy szkoły lub na dodatkowe zajęcia.
Dzieci patrzą na nas
Kilka dni temu rozmawiałam z dziadkiem 3,5letniej dziewczynki. Dziadziuś był dumny, że malutka tak sprawnie posługuje się komputerem, a właściwie bawi się nim i walczy o „czas komputerowy” ze swoim dorastającym bratem. Wśród dzieci moich znajomych spotykam się z przypadkami uzależnień od komputera. Nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Dziecko było zajęte, spokojne… Nie musieli się nim zajmować.
Wielu rodziców zadaje sobie pytanie, co robić, aby w czasie brutalnego wkraczania mediów w życie rodzinne żyć i budować relacje pełne miłości.
Dobro kosztuje. Mądra miłość do dzieci nie jest łatwa. Ta miłość zaczyna się najpierw w przemienianiu się, nawracaniu (jest to bowiem proces nieustanny, trwający całe życie) samych rodziców. Trzeba zwracać uwagę, jak reagujemy i postępujemy. Matka dorosłej już córki dziwiła się, dlaczego jej córka jest taką bezwzględną materialistką, chociaż rodzice żyli dość skromnie i religijnie. Okazuje się, że ogromny wpływ na córkę miało nieustanne niezadowolenie matki, narzekanie na to, że nigdy jej na nic nie stać (co zresztą nie było prawdą). Brak wdzięczności, umiejętności zaprzestania wyścigu w osiąganiu powszechnie uznanego standardu życia spowodował katastrofalne wypaczenie psychiki tej młodej dziewczyny. Rodzice nieświadomie promieniują na dzieci tym, kim są tak naprawdę w głębi serca.
Ambicje rodziców, również te „religijne”, żeby dziecko było pobożne, zwiększanie ilości praktyk religijnych niekoniecznie musi zaowocować wiarą młodego człowieka. Wiary właściwie nie da się „przekazać”, można natomiast stworzyć jak najlepsze warunki, aby dorastające czy dorosłe dziecko uwierzyło w Boga i uwierzyło Bogu. Wybór Boga jest własną, wolną decyzją człowieka, w czym inni mogą pomóc własnym świadectwem i głoszeniem Ewangelii, lecz nie mogą za kogoś zadecydować. Sam Bóg pragnie, by człowiek w wolności kochał Go i służył Mu. On nikogo nie zmusza, choć daje wszystko.
Dwie drogi
Wychowanie jest jednym długim procesem. Niemożliwością jest oddzielenie wychowania religijnego od całościowo rozumianego wychowania dziecka.
Ważne jest poznanie osobowości wychowanka. Każdy rodzi się z pewnymi predyspozycjami, zdolnościami, z określonym temperamentem. Warto się nad tym zastanowić. Każde z kolejnych dzieci w rodzinie być może będzie wymagało nieco innego podejścia. Karol Wojtyła w swojej książce „Miłość i odpowiedzialność” pisał, że wszystko, co Bóg daje w naturze dziecka, i to, co daje w porządku łaski, jest tworzywem w wychowaniu, po które powinna sięgać miłość rodziców.
Rodzice są pierwszymi wychowawcami i pierwszymi ewangelizatorami swoich dzieci. Są (powinni być) pierwszymi kierownikami duchowymi swoich dzieci. Nikt inny tego za nich nie zrobi! Inni mogą wspomóc rodziców w tym trudnym zadaniu, ale nie są w stanie wychować dzieci za mamę i tatę. Dobrze, jeśli są wsparciem, a nie przeszkodą. Pocieszające, a zarazem bardzo zobowiązujące jest to, że „Bóg sam bierze najwyższy udział w tworzeniu ludzkiej osobowości w zakresie duchowym, moralnym […], rodzice zaś, jeśli nie mają wypaść ze swej właściwej roli, roli współtwórców, winni i w tym również dopomagać”. Takie rozumienie wychowania zwalnia z lęku i nadopiekuńczości wobec dzieci, wymaga natomiast modlitwy, światła Ducha Świętego, mądrej miłości, trudnej konsekwencji.
Wielką pomocą, jeśli chodzi o podejście i ogromną ilość pomysłów, są książki Ewy Hanter. Autorka zwraca uwagę rodziców, jak ważne jest rozwijanie w dziecku umiejętności obserwacji, wyciągania z niej logicznych wniosków połączone z zaangażowaniem w pracę czy zabawę wszystkich zmysłów. Rozwija się wtedy cały człowiek. Rozwija się prawidłowo jego mózg. Dziecko uczy się logicznego, samodzielnego myślenia – umiejętność nie do przecenienia w naszych czasach. Takie podejście jest przeciwieństwem komputerowego trybu życia dzieci, które grozi po prostu cyfrową demencją, o czym znakomicie pisze Manfred Spitzer w książce „Cyfrowa demencja”.
W tym wszystkim istotną sprawą jest, ku czemu prowadzimy dziecko. Mamy tutaj dwie drogi: albo ku samozadowoleniu i pysze, albo ku umiejętności robienia czegoś „dla”. Dla mamy, dla taty, dla innych… dla Boga. Nauczyć je radości dawania, by kiedyś umiało złożyć swoje życie w darze, bo człowiek jest taką istotą, że nie może odnaleźć siebie w pełni inaczej jak przez bezinteresowny dar z siebie samego. Przypominają się tu słowa Jezusa o tym, że kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci je z Jego powodu, będzie miał życie.
Rodzice mogą stworzyć, według własnych możliwości, taką „pracownię” w domu; w niej dzieci będą zdobywały wiedzę, umiejętności logicznego myślenia, rozumienia słów Biblii i odnoszenia ich do swojego życia. Trzeba jednak na to mieć czas! Walczyć o systematyczny czas na takie zajęcia – spotkania z własnymi dziećmi.
A jak anioł
Nasze dzieci, już dorosłe, do dziś pamiętają szopki bożonarodzeniowe, które same kolorowały, z tekstami Pisma Świętego i kolędami (znały całe długie fragmenty Ewangelii na pamięć), codzienne obrazkowe rachunki sumienia, opowieści biblijne z odniesieniem do własnego postępowania, szlaczki i zakładki do książek, które podarowały bliskim (do dzisiaj mamy niektóre w domu), obrazowe, w oparciu o całą Biblię, rozważania różańcowe, gry i loteryjki, które same wykonały – o ptakach, roślinach, wydarzeniach historycznych.
Wielką pomocą były dla nas jako rodziców pomysły siostry Jozafaty Bogolubow, które wspaniale opracowała Ewa Hanter. Były to pomoce do nauki, które zarazem kształtowały charakter dziecka i stanowiły fundament pod kształtowanie chrześcijańskiego światopoglądu. Nigdy nie zapomnę, jak jeden z naszych synków nauczył się czytać, jeszcze przed szkołą, dzięki alfabetowi, w którym każda samogłoska oznaczała rzeczywistość naturalną i nadprzyrodzoną. Tak więc litera A oznaczała Anioła Stróża, Adama – pierwszego człowieka, E – Eucharystię, Ewę – matkę wszystkich żyjących itd. Gry wielkanocne „Kwiaty” czy „Pisanki” uczyły dokonywania operacji matematycznych w pamięci. Bawiliśmy się więc i uczyliśmy zarazem. Była to również okazja, by odpowiadać na poważne pytania dzieci lub coś im opowiedzieć z pożytkiem dla ich ducha.
Czas w rodzinie
Rok liturgiczny daje okazje do różnych domowych zajęć. Adwent był okazją do rozmyślania o całej historii narodzin Pana Jezusa. Robiliśmy szopkę, lecz również dzieci wykonywały składane w harmonijkę książeczki z tajemnicami Różańca – każda tajemnica miała po piętnaście obrazów sięgających do Pisma Świętego. Tu była okazja do czytania Pisma Świętego czy opowiadania historii biblijnych. Zasada siostry Bogolubow, żeby dzieci miały zajęte nie tylko oczy przy oglądaniu obrazów, ale wszystkie zmysły i umysł, za pomocą których przekazuje się im rzeczy ważne i piękne przez osoby, z którymi mają relację miłości, jest wciąż na nowo odkrywana i wciąż zapominana. Przekazywanie ważnych treści w ciekawy sposób, uruchamiając zmysł obserwacji, naturalną ciekawość dziecka i ucząc wyciągania logicznych wniosków, przynosiło owoce w życiu.
Zamiast baśni opowiadaliśmy dzieciom prawdziwe biblijne historie, które uczyły odnosić się do własnego postępowania, bo Słowo Boże jest żywe i skuteczne, zawsze aktualne. Wykorzystaliśmy książeczki Ewy Hanter: „Jonasz”, „Straszny wilk”, „Święta Barbara”, w których treści były przekazywane w sposób przystępny dla dziecka, z komentarzem, który mogło ono odnieść do swojego postępowania, i rysunkami do kolorowania. W ten sposób można było już samodzielnie tworzyć własne „książeczki”, dotyczące bardzo ciekawych dla dziecka historii z Pisma Świętego.
Przy wspólnej pracy i zabawie, opowiadaniach i modlitwie tworzyły się nasze relacje, a wiedza i umiejętności, które nabyły dzieci, stały się fundamentem, na którym będą mogły budować swoje przyszłe, już samodzielne, dorosłe życie.
Elżbieta Marek