• Czwartek, 25 lipca 2024

    imieniny: Jakuba, Krzysztofa

Lenistwo unijnych elit zachętą dla Putina

Piątek, 28 czerwca 2024 (19:41)

Unia, brnąc w kolejne odmęty absurdu, straciła busolę i miota się od ściany do ściany, wymyślając kolejne ideologiczne pomysły – uważa dr hab. nauk wojskowych Romuald Szeremietiew.

Wybór premiera Holandii Marka Ruttego na stanowisko kolejnego sekretarza generalnego NATO to optymalny wybór?

– Używając formuły, porównania zaczerpniętego z kart Ewangelii – można powiedzieć, że po owocach, po czynach poznamy, czy to wybór dobry, czy wprost przeciwnie: zły. Pozytywnym sygnałem, jaki nadszedł po tym wyborze, są słowa wypowiedziane przez prezydenta Andrzeja Dudę – mianowicie że Mark Rutte już wie, kto na Ukrainie się broni, a kto jest agresorem. To jest poważny wysiłek intelektualny, żeby to pojąć.

Nie wiem, czy tej refleksji Ruttego nie należy traktować w kategoriach odkrycia?  

– Też się cieszę, że następca ustępującego po 10 latach sprawowania tej funkcji Jensa Stoltenberga z taką wiedzą rozpocznie sprawowanie stanowiska sekretarza generalnego NATO. Natomiast przeszłość byłego premiera Holandii Marka Ruttego może niepokoić, ponieważ należał on raczej do zwolenników współpracy z Moskwą. Był nawet czas, kiedy popierał m.in. budowę gazociągu Nord Stream. Wprawdzie zestrzelenie w 2014 roku przez Rosję samolotu malezyjskich linii lotniczych, gdzie zginęło blisko 200 obywateli Holandii, wprowadziło zamieszanie w myśleniu Ruttego, ale chyba nie na tyle, żeby udzielać mu bezwarunkowego poparcia i kredytu zaufania.

Warto też wspomnieć, że jak donosi Politico, w czasie 14 lat sprawowania funkcji premiera przez Marka Ruttego Holandia nie osiągnęła celu NATO, czyli przeznaczania 2 proc. PKB na obronność. Czas pokaże, jakim szefem NATO będzie, ale nie byłbym sobą, gdybym nie powiedział, że są rzeczy, które niepokoją. Mianowicie niepokoi mnie to, że przyszły sekretarz generalny Sojuszu Północnoatlantyckiego należy do tej grupy polityków europejskich, którzy ochoczo spoglądają na Berlin. A jak wiadomo, Niemcy – przynajmniej w części sprawującej władze, a więc chodzi o ekipę Scholza i jego partyjnych towarzyszy – zaczęli zajmować stanowisko surowe wobec Rosji, a szef Bundeswehry nawet zadeklarował, że Niemcy są gotowe przejąć odpowiedzialność za wschodnią flankę NATO. I jeśli nowy sekretarz generalny NATO będzie uwzględniał tę postawę Berlina, to obok jednego kłopotu, jaki ma dzisiaj świat, ale także mamy my w związku z rosyjską agresją i wojną na Ukrainie, możemy mieć szereg innych, tym bardziej że w Polsce rządzi „koalicja 13 grudnia”, która zdaje się nie przywiązuje dostatecznie uwagi do wzmacniania naszego bezpieczeństwa na wschodniej granicy.

W sytuacji, kiedy Niemcy chcą wypchnąć Stany Zjednoczone z Europy, kiedy jest plan utworzenia europejskiej armii i europejskiej tarczy obronnej, czy Rutte nie będzie działał w interesie unijnych elit?

– No właśnie. To jest poważny problem – zwłaszcza że jeśli chodzi o Unię Europejską, to nie przechyliła się jeszcze szala, kto zostanie wysokim przedstawicielem Unii do spraw obronności. Stworzenie takiego stanowiska cały czas jest przewidziane w strukturach unijnych władz, a na razie – jak wiemy – wciąż nie zostało obsadzone. Swoją drogą kiedyś były sekretarz generalny NATO Javier Solana miał ogromną chrapkę, żeby taką funkcję piastować. Skończyło się jednak na chęciach, bo być może, żeby nie robić przykrości temu hiszpańskiemu politykowi i dyplomacie, zarzucono utworzenie takiego stanowiska. Dzisiaj powrócono do tego pomysłu utworzenia stanowiska unijnego komisarza do spraw obronności i słyszymy, że trwają zabiegi, aby tę funkcją powierzyć Radosławowi Sikorskiemu.

Chyba nie do końca, bo było dementi ze strony samego Sikorskiego oraz stanowisko Tuska, który stwierdził, że chce go mieć w Warszawie?

– Kiedy słyszę te wypowiedzi Sikorskiego, a tym bardziej Tuska, to przypomina mi się powiedzenie ministra spraw zagranicznych XIX-wiecznej Rosji, Aleksandra Gorczakowa, który mówił, że wierzy tylko w zdementowane wiadomości.

Czy europejska odpowiedzialność za bezpieczeństwo to nie jest mrzonka?

– Jeśli chodzi o Unię Europejską roku 2024, to takich mrzonek można wyliczyć bez liku. Ta struktura od momentu, kiedy pozbyto się wspomnienia, że Europa jest zbudowana na korzeniach chrześcijańskich, to Unia, brnąc w kolejne odmęty absurdu, straciła busolę i miota się od ściany do ściany, wymyślając kolejne ideologiczne pomysły nieprzystające do rzeczywistości. W związku z tym na unijnych szczytach trudno o sensowne decyzje, o rozwiązania ważne. Tymczasem wymyśla się problemy, które przed Unią Europejską coraz bardziej się piętrzą. Dotyczą one także kwestii bezpieczeństwa w wymiarze militarnym. Mówię to ze smutkiem, bo dotyczy to także nas, którzy jesteśmy w tych unijnych strukturach, również z racji naszego położenia geopolitycznego.

Często argumentem za utworzeniem nowego europejskiego paktu obronnego cytowana jest wypowiedź Donalda Trumpa z czasów jego prezydentury, kiedy powiedział, że Stany Zjednoczone nie powinny przychodzić z pomocą członkom NATO, którzy nie wywiązują się ze swoich militarnych (finansowych) zobowiązań…

– Donald Trump, jeśli chodzi o wymóg płacenia 2 proc. PKB na obronność przez wszystkie państwa sojusznicze, miał jak najbardziej rację. Natomiast postawa unijnych elit, wszystkich decydentów jest zdumiewająca. Forsując pomysł oderwania się od NATO i używając przy tym takich argumentów, tylko dowodzą, że zakładają, iż nie będą się wywiązywać ze swoich sojuszniczych zobowiązań. Co więcej, uważają, że nie wywiązując się z przeznaczania 2 proc. PKB na obronność, będą w stanie stworzyć jakiś sojusz obronny, którego przestraszy się Putin i Rosja. Przecież to jest jakiś nonsens, koncepcja dość charakterystyczna i na poziomie Unii Europejskiej. 

Kiedy słyszę, że unijne elity chcą sprawy bezpieczeństwa, także militarnego, brać w swoje ręce, to moje poczucie bezpieczeństwa jest bardzo niskie. Znane są sytuacje, kiedy urzędnikom unijnym ciężko było przerwać weekend, żeby szybko podjąć  ważne decyzje w innych mniej ważnych dziedzinach…

– Za dużo pan redaktor wymaga od przepracowanych unijnych urzędników, którzy przecież cały tydzień z mozołem wysilają się, żeby zadbać o społeczeństwa poszczególnych państw. Swoją drogą już przed II wojną światową była tradycja, że w gremiach politycznych w weekendy się nie pracuje, dlatego Hitler uderzał właśnie m.in. w weekendy. To lenistwo unijnych elit jest tylko zachętą dla Putina, który doskonale zdaje sobie sprawę, że zanim to towarzystwo się zbierze, to on osiągnie już swoje cele.

Jakie zadania stoją przed nowym szefem Sojuszu Północnoatlantyckiego? 75. rocznica istnienia NATO to chyba dobra okazja, aby pokusić się o odpowiedź na pytanie o przyszłość Sojuszu i roli w nim Stanów Zjednoczonych?

– Sojusz Północnoatlantycki powstał, żeby uchronić Europę – wtedy jeszcze zachodnią – przed ewentualną agresją ze strony Sowietów. Po rozpadzie ZSRS pojawiły się wątpliwości, czy dalsze funkcjonowanie NATO ma jeszcze sens. Jednak Putin bardzo szybko sprowadził zachodnie elity na ziemię. Istniejący układ jest taki, że – jak sama nazwa wskazuje – to jest Sojusz Północnoatlantycki, a więc nie tylko obejmuje Europę zachodnią, ale również Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Bez Waszyngtonu trudno sobie wyobrazić bezpieczeństwo europejskie, które Ameryka gwarantuje już od zakończenia II wojny światowej – inaczej niż po I wojnie światowej, kiedy po zwycięstwie nad Niemcami Amerykanie wycofali się z Europy, co skutkowało wydarzeniami z 1939 roku – tragicznymi dla całego świata.

To pokazuje, że wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Europy z całą pewnością nie wpływało na bezpieczeństwo Starego Kontynentu?

– Tego jednak nie dostrzegają współcześni mędrcy europejscy, którzy widać mają braki z historii i chcą znów doprowadzić do wycofania się Amerykanów z Europy. Wydaje się im, że sami mają kły w postaci Bundeswehry, które mają uchronić Europę przed ewentualną agresją ze strony Rosji. Ale nie dostrzegają, że owe kły Bundeswehry są zaatakowane próchnicą, a więc Europa jest de facto bezzębna. Nie da się bowiem bez mocnej, odpowiednio wyszkolonej, licznej i dobrze wyposażonej armii przeciwstawić Rosji, która cały czas się modernizuje, odtwarza swoje zasoby wojskowe. Putin nic sobie nie robi z tej mizernej, bezzębnej potęgi europejskiej. Perspektywa przed Europą jest taka: albo w Berlinie rzeczywiście zacznie być forsowana polityka, którą Niemcy zapisali w swojej ostatniej strategii bezpieczeństwa narodowego RFN, gdzie jest mowa, iż Rosja jest zagrożeniem i trzeba temu przeciwdziałać, albo się okaże, że poza gromkimi zapowiedziami nic się w tej materii nie wydarzy, a w polityce niemieckiej zwycięży frakcja, która będzie dążyła do odnowienia relacji i powrotu do współpracy z Rosją. Oczywiście wiadomo, że nawiązanie takiej współpracy nie robi się za darmo, ale płacąc, a ceną będzie tu brak jakiejkolwiek odpowiedzialności niemieckiej za flankę wschodnią NATO. W związku z tym będziemy mieć demontaż tej flanki, a wszystko po to, żeby nie irytować Rosji. Łatwo sobie też wyobrazić, co może z takiej postawy wyniknąć.

Wiele razy podczas naszych kolejnych rozmów powtarzał Pan, że ilekroć Niemcy brali się za zapewnienie bezpieczeństwa Europie, tylekroć kończyło się to tragicznie...

– Dokładnie tak. Co więcej, kończyło się to też źle dla samych Niemców, którzy nie wyciągali żadnych wniosków, nie mieli żadnej refleksji. Z wnioskami po stronie niemieckiej jest bardzo ciężko. Naród niemiecki jest oczywiście bardzo inteligentny, wysoce cywilizowany, ale co pewien czas, średnio co kilkadziesiąt lat, popada w szaleństwo maszerowania na swoich sąsiadów. Dlatego właśnie premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill, który był symbolem oporu wobec niemieckiej agresji – po zakończeniu II wojny światowej, kiedy powstawał nowy porządek europejski – miał powiedzieć, że Niemcy trzeba profilaktycznie bombardować, co 50 lat, nie podając nawet przyczyny. Chodziło o to, żeby nie przychodziły im myśli barbarzyńskie, żeby tym samym ostudzić ich ewentualne zaborcze zapędy. Moim zdaniem Churchill – choć w drastycznych słowach – to jednak we właściwy sposób oceniał sytuację, ale wiadomo przecież, że tak radykalny środek w cywilizowanym świecie nie wchodzi w rachubę. Tak czy inaczej, znając sympatie czy zależności Berlina i Moskwy, to jeśli Niemcy wezmą się za urządzanie bezpieczeństwa Europy, to może się to skończyć III wojną światową.

                    Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki