• Czwartek, 14 listopada 2019

    imieniny: Serafina, Wawrzyńca

Pętla na gospodarce

Piątek, 4 stycznia 2013 (02:00)
Rok 2012 upłynął pod znakiem gigantycznego długu publicznego i nieudolnych prób ze strony rządu opanowania tej sytuacji. Rozpoczął się bałaganem w publicznej służbie zdrowia, a skończył totalną destrukcją państwa: gospodarki, finansów, instytucji i usług publicznych

W minionym roku wiele dziedzin naszego życia ogarnął chaos i raz po raz wybuchały konflikty społeczne.

Rachunek za zdrowie

Wielu z nas żywo pamięta, jakie zamieszanie spowodowała w pierwszych miesiącach 2012 roku dokonana przez rząd w imię oszczędności zmiana zasad refundacji leków i wprowadzenie nowej listy leków refundowanych: bunt lekarzy wzbraniających się przed finansową odpowiedzialnością za wypisanie recepty ulgowej osobom nieubezpieczonym, pacjenci odchodzący z kwitkiem od okienka, chorzy pozbawieni medykamentów ratujących życie. Z listy leków refundowanych skreślono wtedy kilkaset rozmaitych specyfików, w tym tak istotne dla pacjentów paski służące do mierzenia poziomu cukru we krwi, leki uśmierzające ból w chorobie nowotworowej, leki chroniące chorych po przeszczepach, leki stosowane w psychiatrii, a dla NFZ wprowadzono sztywny 17-procentowy limit wydatków na leki. Zabiegi te pozwolą podobno NFZ zaoszczędzić ok. 1 mld zł rocznie, częściowo jednak kosztem pacjentów, którzy na lekarstwa wydają teraz o 10 proc. więcej.

Reforma w tak newralgicznej dziedzinie, gdzie stawką jest ludzkie zdrowie i życie, powinna być dopięta na ostatni guzik. Nie była. Chaos, jaki wybuchł po wprowadzeniu zmian, spowodował, że ustawę będącą spadkiem po minister Ewie Kopacz trzeba było szybko znowelizować, a do tego przygotować nową listę leków, zaimportować preparaty, których zabrakło, i wymienić skompromitowanego szefa NFZ. A i tak uciążliwe perturbacje i protesty lekarzy trwały aż do października. Pomimo wspomnianych oszczędności NFZ coraz cieniej przędzie z powodu spadających wpływów ze składek zdrowotnych. Fundusz zapowiedział kategorycznie, że nie będzie płacił placówkom zdrowotnym za tzw. nadwykonania. Szpitale, zmuszone zachować margines finansowy na nagłe przypadki, przestały pod koniec roku przyjmować planowych pacjentów. Zapisy do lekarzy specjalistów odłożono do nowego roku, co zmusiło wielu chorych do korzystania z płatnych usług medycznych. W 2013 roku może nas czekać kolejna niemiła niespodzianka, wygląda bowiem na to, że koalicja rządowa przymierza się na serio do komercjalizacji szpitali. Oczywiście zamierza tego dokonać rękami samorządów, które są właścicielami tych placówek. Samorządy nie będą w stanie spłacić długów służby zdrowia ocenianych na 11 mld zł i finansować corocznych deficytów, bo same są zadłużone. To zmusi je do przekształcenia szpitali w spółki prawa handlowego.

Wszyscy w długach

Samorządy toną w długach. Zachłysnęły się funduszami unijnymi, na których współfinansowanie pozaciągały kredyty i wyemitowały obligacje. Muszą spłacać m.in. wielomilionowe długi zaciągnięte na budowę stadionów przed mistrzostwami Euro. Tylko Warszawa otrzymała Stadion Narodowy niejako w prezencie z budżetu centralnego, pozostałe miasta budowały obiekty własnymi siłami. Rekordzistą jest Poznań zadłużony na ponad 70 proc. swego budżetu, tuż za nim plasują się Gdańsk, Kraków i Wrocław. Niestety impreza, na której organizację wydaliśmy ponad 100 mld zł, nie przyniosła spodziewanych profitów. To zaś oznacza, że spłata kredytów spadnie na podatników. Ba, dodatkowo trzeba wysupłać środki na utrzymanie pobudowanych stadionów. A są to wydatki niemałe, dziesiątki milionów rocznie. Co najciekawsze, okazało się, że także firmy, które budowały całą infrastrukturę sportową i komunikacyjną na Euro 2012, nie wyszły na swoje. Jeszcze przed mistrzostwami generalny wykonawca odcinka A2 firma Dolnośląskie Surowce Skalne (DSS) ogłosiła upadłość, pozostawiając swoich podwykonawców, którym nie zapłaciła, na lodzie. Po niej upadły spółki giełdowe Hydrobudowa i PBG oraz wiele mniejszych firm budowlanych. Na ćwierć miliarda złotych szacowane są zaległości płatnicze bankrutów wobec podwykonawców. Ci ostatni, aby odzyskać pieniądze, zagrozili zablokowaniem dróg na Euro. Od kogo mają ściągać należności, skoro dłużnik jest bankrutem? Na placu boju pozostał tylko inwestor, tj. Główna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, a w tle – podatnicy. Rząd przygotował specjalną ustawę. Na jej podstawie GDDKiA ma uregulować długi. Niestety, tylko wobec podwykonawców, którzy podpisali umowy bezpośrednio z wykonawcą. Dalsze ogniwa łańcucha, firmy na samym dole, które wykonały właściwą robotę, odeszły z kwitkiem. Niewykluczone, że całą sprawę od początku ukartowano, aby wyprowadzić gigantyczne pieniądze z państwowej kasy. Pieniądze wsiąkły, inwestycji nie ukończono, a te oddane do użytku bywają niekiedy tak słabej jakości, że już trzeba je remontować. Środki z Krajowego Funduszu Drogowego dla oszukanych podwykonawców będą płynąć latami.

Później na emeryturę

Kolejnym przykładem na to, jak dług publiczny komplikuje życie społeczne, było podniesienie w tym roku przez rząd wieku emerytalnego dla kobiet o siedem lat, a dla mężczyzn o dwa lata. Będziemy dłużej pracować i dłużej płacić składki, zaś świadczenia emerytalne pobierać znacznie krócej. Znacząco wzrośnie też liczba osób, które emerytury nie dożyją. Rząd poczynił te niewątpliwe oszczędności w FUS, aby upewnić rynki finansowe, że Polska będzie w przyszłości mogła spłacać swój astronomiczny, sięgający 1 bln zł dług publiczny, w jednej trzeciej zaciągnięty w dewizach. Obecnie coroczne dotacje budżetowe ZUS sięgają 40 mld zł, a kolejne kilkanaście miliardów ZUS bierze w formie pożyczek z budżetu i banków komercyjnych.

Podniesienie wieku emerytalnego przeprowadzono w Sejmie i Senacie błyskawicznie, pomimo racjonalnych kontrargumentów opozycji, 2 mln podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie zebranych przez związki zawodowe i zorganizowania protestu w formie miasteczka namiotowego przed Sejmem przez NSZZ „Solidarność”. Jedyna zmiana w projekcie to wprowadzenie emerytur częściowych, z których mogą skorzystać kobiety, które ukończyły 62 lata z co najmniej 35-letnim stażem ubezpieczeniowym, i mężczyźni, którzy ukończyli 65 lat z co najmniej 40-letnim stażem ubezpieczeniowym. Prezydent okazał się głuchy na sprzeciw opinii publicznej i 1 czerwca ustawę podpisał. Chociaż dawno już udowodniono, że podłożem zadłużenia systemu emerytalnego i zapaści ubezpieczeń zdrowotnych jest niska liczba urodzeń i starzenie się społeczeństwa, miniony rok okazał się kolejnym rokiem polityki antyrodzinnej i antynatalnej. Zaraz po zakończeniu Euro rząd dobrał się do kieszeni polskich rodzin. Jego łupem padły ulgi podatkowe na dzieci. Rodziny średniozamożne z jednym dzieckiem straciły skromne wsparcie, jakim był odpis podatkowy około tysiąca złotych rocznie. „Zyskały” rodziny z trojgiem i więcej dzieci, ale tylko pozornie. Cóż bowiem z tego, że podniesiono o połowę odpisy podatkowe na trzecie i dalsze dzieci, gdy przeciętna polska rodzina z powodu niskich dochodów, a więc także podatków od nich, nie będzie miała z czego odpisać ulgi? A koszty utrzymania w tym roku z miesiąca na miesiąc rosły. Drożała żywność, odzież, paliwa, opłaty komunalne, nie mówiąc już o rosnących wskutek osłabienia złotego ratach kredytów hipotecznych w walutach obcych, które obciążają wiele młodych rodzin.

Koniec grillowania

Nic dziwnego, że w sondażach ponad trzy czwarte Polaków ocenia, że sprawy kraju idą w złym kierunku. O ile pierwsza kadencja rządu Tuska przebiegła pod znakiem skrytego zadłużania kraju i „grillowania” nieświadomych niczego obywateli, o tyle kolejna pokazała już, że nadszedł czas płacenia rachunków. W czasie 5-letnich rządów obecnej koalicji nasz dług wzrósł o ponad 400 mld zł, do 1 bln zł, a każdy atak spekulacyjny na polską walutę może to astronomiczne zadłużenie z dnia na dzień powiększyć. Upychanie długów pod dywanem przez ministra finansów niczego nie zmienia – tyle tylko, że pozwala rządowi odsuwać w czasie moment ostatecznej zapaści kraju. Gospodarka ostro hamuje, a rozkład państwa widać już niemal na każdym kroku: ponad 2,5 tysiąca szkół zgłoszonych do likwidacji przez samorządy, chaos i rozprzedawanie majątku kolei, wyprzedaż uzdrowisk (jedynie małą część z nich przejmują samorządy), odgórna likwidacja placówek pocztowych i mniejszych sądów, zadłużenie mediów publicznych, wzrost liczby upadłości przedsiębiorstw i firm handlowych, zapaść dochodowa w rolnictwie, odpływ inwestorów zagranicznych, zwolnienia w przemyśle, budownictwie i bankach. Do tego 2,3 mln ludzi bez pracy, niskie zarobki Polaków, lawina umów śmieciowych, odpływ młodych za granicę, pogarszający się stan zdrowotny społeczeństwa, coraz trudniejszy dostęp do usług medycznych…

Rządowi najwyraźniej marzy się scenariusz grecki. W miarę pogarszania się kondycji finansowej kraju coraz mocniej usiłuje wciągnąć Polskę w orbitę pogrążonej w kryzysie strefy euro, a to poprzez przyjęcie paktu fiskalnego, który odbiera nam prawo decydowania o kształcie budżetu, a to znowu przez poddanie naszego sektora bankowego pod wspólny nadzór europejski czy wreszcie udział w europejskich funduszach ratunkowych. Widać, rząd chce, abyśmy oprócz własnych długów musieli spłacać także te zaciągnięte przez Grecję, Hiszpanię, Portugalię i inne państwa. Tylko przypadkiem dowiedzieliśmy się w kraju, że premier Tusk złożył na ręce przewodniczącego Parlamentu Europejskiego deklarację wprowadzenia Polski do eurostrefy już w 2015 roku. Martin Schulz po prostu się wygadał przed dziennikarzami, najwyraźniej nie orientując się jako Niemiec w nastrojach w Polsce, które są zdecydowanie przeciwne przyjęciu euro. Niemcy patrzą na to inaczej. Dla nich panowanie nad eurostrefą, w której zabraknie Polski, jest pozbawione sensu z politycznego punktu widzenia. Zwłaszcza że rozpoczynają właśnie wielkie inwestycje w Rosji.

Małgorzata Goss