• Wtorek, 23 stycznia 2018

    imieniny: Rajmunda, Ildefonsa

Nawrócony z islamu

Poniedziałek, 1 stycznia 2018 (20:55)

W Polsce odnalazł Pana Boga i Kościół katolicki.

Karol Zuk Spanca w Polsce mieszka już ćwierć wieku. Od 21 lat jest katolikiem, choć wychował się w muzułmańskiej rodzinie. Miał zostać prawnikiem, obecnie pracuje jako kościelny. Jak podkreśla, nad Wisłą odnalazł to, co w życiu najcenniejsze – Pana Boga i Kościół katolicki. Odkrył także, że ocalenie swojego życia zawdzięcza Jezusowi Miłosiernemu.

Zanim jednak przed laty wylądował na lotnisku w Warszawie, uciekał przez 33 dni z ogarniętej wojną ojczyzny – dawnej Jugosławii, a dziś Kosowa, ponieważ nie chciał uczestniczyć w wojnie i zabijać innych. Dlaczego za cel podróży wybrał Polskę?

– 27 maja 1991 roku miałem wypadek samochodowy w Bułgarii. Spadłem w 300-metrową przepaść. Kolega, z którym jechałem, zdążył uciec o własnych siłach, ja pozostałem w płonącym samochodzie. Jakiś mężczyzna wyciągnął mnie z płomieni. Wówczas myślałem, że to policjant. Trafiłem do szpitala w Sofii. Przez trzy dni byłem nieprzytomny, a gdy odzyskałem świadomość, podziękowałem za opiekę… po polsku – wspomina Karol Zuk Spanca.

Personel szpitala myślał, że jest Polakiem. Sprowadzono nawet osoby mówiące po polsku, które usiłowały się dowiedzieć, skąd pochodzi. – Mówiłem, że nie rozumiem. Powiedziałem, że jestem z Kosowa. W tym czasie w moim rodzinnym domu organizowali mój pogrzeb – miał się odbyć w niedzielę. Wszyscy myśleli, że zostałem w aucie, które doszczętnie spłonęło. Wówczas do domu dotarł telegram z informacją, że żyję. Gdy wróciłem ze szpitala, codziennie odwiedzało mnie ponad 100 osób. Dziwili się, że przeżyłem taki wypadek – wspomina Karol Spanca.

Miał wówczas 23 lata i za sobą blisko trzy lata studiów prawniczych w Belgradzie. Z uczelni został jednak wyrzucony za niepoprawne politycznie wypowiedzi. Zajął się wtedy gospodarstwem rodziców. Uprawiali ponad 20 hektarów bardzo żyznej ziemi, hodowali konie, 200 owiec, a także 45 krów. Ojciec Karola Zuka pracował dodatkowo na etacie jako inżynier – budował mosty.

– Żyło nam się dostatnio i szczęśliwie. Do czasu wojny panowała zgoda między nami, muzułmanami, i prawosławnymi sąsiadami – dzieli się Albańczyk. I dodaje z żalem, że teraz ziemia w rodzinnym gospodarstwie jest zaminowana, a tym samym leży odłogiem.

Wstań i ruszaj w drogę

Czas rekonwalescencji Karola Zuka po wypadku nie trwał długo, choć mężczyzna chodził o kulach. 13 września 1992 roku miał się stawić na front w Bośni.

– Prosiłem Boga, by coś zrobił, nie chciałem zabijać ludzi. Z 12 na 13 września obudził mnie sen i dziwny głos, który kazał mi wstać. Wyszedłem na dwór – był tylko pies. Wróciłem wobec tego do łóżka. Wówczas żyła jeszcze moja siostra. Spytała, co się dzieje. Odpowiedziałem jej: „Słyszę głos: ’Wstawaj’. Nie słyszałaś?”. Pomyślałem, że może mam jakąś chorobę. Głos przynaglający mnie do wstania powtórzył się, a gdy po raz drugi go zbagatelizowałem, usłyszałem: „Wstawaj, bo czeka cię ciężka i długa droga” – wspomina Albańczyk.

Wówczas już wstał, wziął walizkę i udał się do graniczącej z Serbią Mitrowicy, gdzie dziś jest najbardziej niespokojna sytuacja w Kosowie. Miał plan, by dostać się do Skopje, stolicy Macedonii, potem do Turcji, a docelowo do Polski. Od czasu wypadku o kraju nad Wisłą myślał często.

– Mama była Turczynką, w Turcji miałem rodzinę i trochę znałem język turecki. Na granicy Macedonii i Kosowa zatrzymała nas policja i poprosiła o dokumenty. Nie czekałem, aż mnie wylegitymują, uciekłem do lasu. Okazało się, że wszyscy pasażerowie autobusu, którzy posłuchali, zostali zabici – opowiada Karol Spanca. Bardzo nie lubi wracać do tych bolesnych wspomnień.

Po 13 dniach wędrówki przez las dotarł do Turcji, potem trafił do Rumunii, a stamtąd udało mu się dostać do Istambułu, skąd 16 października samolotem przyleciał do Polski. Podczas lotu okazało się, że maszyna, która miała mieć śródlądowanie w Bukareszcie, ze względu na złą pogodę poleciała wprost do Warszawy.

– Choć Warszawa przywitała mnie deszczową pogodą, czułem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, byłem wolny – wspomina Karol z błyskiem w oku.

Wielokrotnie podkreśla, że Pan Bóg go prowadzi. Na Okęciu spotkał taksów-karza, który gdy dowiedział się o jego pochodzeniu, zaprosił Albańczyka pod swój dach. – Ugościł mnie serdecznie. Dopiero w jego domu, po 33 dniach wędrówki, umyłem się i założyłem czyste ubranie. Następnego dnia zawiózł mnie do Skierniewic, gdzie miałem adres przyjaciela mojego taty, u którego się zatrzymałem – opowiada.

Do Polski wkrótce zaprosił także dziewczynę, którą poznał wcześniej w sanatorium. Podczas wojny została ranna, przez rok była sparaliżowana, do dziś ma problem z poruszaniem się. Rak kości, na który cierpi, uniemożliwia jednak operację.

Wówczas Karol Zuk miał nadzieję, że lekarze w Polsce pomogą Skurcie wrócić do zdrowia. Sam otrzymał ogromną pomoc w szpitalu w Piekarach Śląskich, do którego na wpół po polsku, na wpół po albańsku napisał list z prośbą o przyjęcie na leczenie. Przynaglenie, by napisać do Piekar, otrzymał we śnie.

Jezus mnie ocalił

W Polsce przyszły na świat dzieci Karola i Skurty. Pierworodną córkę Sylwię postanowił ochrzcić, choć razem z żoną byli wówczas jeszcze muzułmanami.

– Nie chciałem być inny, chciałem się zintegrować z polskim otoczeniem. To jednak spotkało się z ogromną dezaprobatą żony, która przestała się do mnie odzywać. Poszedłem wówczas do kościoła świętego Jakuba szukać pomocy u księdza. Była długa kolejka do konfesjonału. Postanowiłem poczekać i wówczas w drugiej części kościoła zobaczyłem obraz Jezusa Miłosiernego. Rozpoznałem na nim mężczyznę, który wyciągnął mnie z płonącego auta podczas wypadku – wspomina Karol Spanca. Dodaje, że ze łzami w oczach padł na kolana z wdzięczności, ale też z bezradności.

– Popłakałem się. Nie wiedziałem, co dalej robić. Po Mszy Świętej ksiądz zaprosił mnie na plebanię i poradził, bym 1 sierpnia poszedł na pielgrzymkę do Miedniewic, gdzie Święta Rodzina rozwiąże mi problem. Wówczas zupełnie nie wiedziałem, co to jest pielgrzymka – dzieli się Albańczyk.

Gdy zbliżał się oczekiwany początek sierpnia, okazało się, że plany Karola stoją pod znakiem zapytania. Mieszkanie, które zajmował razem z rodziną, zostało zalane wodą z popsutej kanalizacji, a jego dziecko dostało wysokiej gorączki. Mimo to nie zrezygnował z pielgrzymki.

– Wiedziałem, że muszę iść. W kościele świętego Jakuba w Skierniewicach zobaczyłem, że wszyscy mają plecaki, a ja tylko kule – opowiada. To jednak go nie zniechęciło. Dwa dni drogi były niczym wobec tego, co przeszedł, by dotrzeć do Polski. Wówczas przez 33 dni pił praktycznie tylko wodę, schudł ponad 18 kg.

W sanktuarium w Miedniewicach, gdy inni poszli odpoczywać, długo modlił się przed słynącym łaskami obrazem Świętej Rodziny. Było to szczególne doświadczenie Bożej obecności.

– W kolejnych dniach codziennie rano miałem jakby na telewizorze wyświetlane po polsku modlitwy poranne, a modlitwy muzułmańskie wyleciały mi nagle z pamięci. W czasie, gdy byłem na pielgrzymce, do mojej żony zapukali sąsiedzi. Pytali o mnie, a gdy dowiedzieli się, że jestem na pielgrzymce, stwierdzili, że jestem dobrym człowiekiem i pomogli uprzątnąć żonie mieszkanie, później kupili nam także węgiel. Mogliśmy liczyć na ich pomoc – opowiada Karol Zuk. Podkreśla, że po pielgrzymce w ogóle bardzo dużo się zmieniło.

– Najpiękniejsze było to, że gdy wracałem z pielgrzymki, ludzie mieszkający w bloku kolejowym czekali na mnie – mówi.

Biskup ojcem chrzestnym

Albańczyk obiecał Matce Bożej, że co roku będzie wracał do Miedniewic. Słowa dotrzymał. Do tej pory pielgrzymował do tamtejszego sanktuarium 22 razy.

– O kulach odbyłem też pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. W tym roku nie mogłem pielgrzymować ze względu na obowiązki kościelnego i kłopoty ze zdrowiem – opowiada Karol Zuk Spanca. I dodaje, że przez pierwszych siedem lat mieli z rodziną trudne warunki mieszkaniowe, była tylko zimna bieżąca woda. Dopiero po chrzcie świętym i Komunii Świętej, kiedy dostał status uchodźcy, zaczęli normalne życie.

– 16 czerwca 1996 roku jednego dnia przyjęliśmy chrzest święty i Pierwszą Komunię Świętą, 24 września bierzmowanie, a 26 września sakrament małżeństwa. Na nasz chrzest do parafii św. Jakuba przyjechali ludzie z całej Polski. Na przyjęciu było ponad 100 osób. Od tego dnia jakby otworzyły się przed nami drzwi, wiele osób zaczęło nam pomagać. Znalazłem pracę. Przez 11 lat pracowałem w szpitalu jako portier, później byłem kierowcą w firmie cateringowej, a teraz od siedmiu lat jestem kościelnym – dzieli się Karol Zuk.

Przygotowując się do sakramentów, przez trzy lata obydwoje z żoną chodzili do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. A po zgodę na przyjęcie do Kościoła katolickiego Spanca pojechał do Łowicza do kurii rowerem.

– Gdy wszedłem do ks. bp. Józefa Zawitkowskiego, akurat klękał na modlitwę „Anioł Pański”, ja za nim. Ksiądz biskup wyznaczył termin naszego chrztu na 16 czerwca. Powiedział także: „Ja ci pobłogosławię i będę twoim ojcem chrzestnym”. To wspaniały człowiek – wspomina Albańczyk i dodaje, że na prezent dostał od księdza biskupa m.in. obraz Matki Bożej Ostrobramskiej.

Rodzina w Kosowie

W byłej Jugosławii Karol Zuk zostawił rodziców, brata i dwie siostry. Dziś rodzice już nie żyją, zginęli od bomby. Zmarła też siostra, z którą miał najlepszy kontakt. Pojechał na jej pogrzeb, ale musiał uciekać, gdy zaczął na pogrzebie prosić, by sobie przebaczyli i przestali się mścić za krzywdy, które im wyrządzono podczas wojny.

– Wszyscy mają tam tyle nienawiści. Tymczasem bez przebaczenia trudno żyć. Nadal są tam wojska NATO, ludzie są bardzo nieufni. Od kiedy zostałem katolikiem, z rodziną na Bałkanach praktycznie nie mam kontaktu. Nie chcieli rozmawiać, gdy dzwoniłem. Uważają, że ich zdradziłem – mówi ze smutkiem. Teraz w Polsce ma rodzinę – starsza córka już pracuje w szpitalu, młodsza uczy się jeszcze w szkole podstawowej. Żona też straciła kontakt z rodziną, gdy odmówili wydania córki za mąż za chłopaka z Kosowa.

– Obrazili się. Nie chcę jednak, by moje dzieci wracały do tego bagna, w którym panują zupełnie inne zasady niż w Polsce. Tam jest inna kultura. Nie ma takiej wolności jak w Polsce. Tu można chodzić w nocy bezpiecznie, a tam nie – dodaje Albańczyk. – W Jugosławii miałem dużo przyjaciół katolików. Bardzo lubiłem Jana Pawła II, dlatego wybrałem na chrzcie świętym imię Karol, on jest moim patronem – podkreśla Karol Zuk Spanca. W kościele, gdzie pracuje jako kościelny, są relikwie św. Jana Pawła II, a także bł. ks. Michała Sopoćki, św. Siostry Faustyny, św. Szarbela oraz bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Karol Zuk z rodziną w Kosowie nie ma kontaktu, ale codziennie o godz. 21.00 z grupą modli się na różańcu w intencji pokoju i osób, które mordują innych. Codziennie też o godz. 15.00, gdziekolwiek się znajduje, odmawia Koronkę do Bożego Miłosierdzia. – Chciałem zostać prawnikiem, ale na świecie nie ma dziś prawa, które byłoby Boże, dlatego myślę, że dobrze, że nie skończyłem tych studiów. Dużo się modlę. Bez modlitwy nie potrafię żyć, to rozmowa z Bogiem. Największy dar, jaki dał mi Pan Bóg, to obecność w Kościele katolickim. Czuję się bardzo Polakiem, myślę już po polsku. Więcej lat żyję w Polsce niż na Bałkanach – mówi Spanca. Nie kryje dezaprobaty wobec politycznych sporów. – Nienormalna jest polityka szczucia przeciwko Polsce. Musimy sami rozwiązywać problemy, a nie ktoś z zewnątrz – podkreśla.

Znaki z Nieba

Skutki wypadku cały czas dają o sobie znać. Od kilku lat mieszka z rodziną w komunalnym mieszaniu. Nie kryje, że bywa i bywało w jego życiu bardzo trudno, choćby w kwestii związania końca z końcem.

– W pierwszych latach pobytu w Polsce siadałem w parku na ławce i pytałem, co mam robić, czy dobrze wybieram. Nie dostawałem odpowiedzi, ale znaki. Choć było mi ciężko i nic nie miałem, zawsze dziękowałem i tak jest do dziś. Nie mam potrzeby prosić. Jezus jest dla mnie wszystkim, moją drogą, życiem, moim Zbawicielem, niczego Mu nie mogę odmówić – akcentuje Karol Zuk Spanca. Prosił tylko, by go nie deportowali z Polski, a dostał dużo więcej.

– Rano, jak wstaję, dziękuję, że żyję. Trzyma mnie Kościół. Nie potrafię bez niego żyć. Przez Kościół otrzymałem pomoc od ludzi – wielu z nich nigdy osobiście nie poznałem – puentuje Albańczyk.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Karolina Goździewska