• Poniedziałek, 11 grudnia 2017

    imieniny: Damazego, Daniela

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Rzecz o „Lalusiu”

Wtorek, 10 października 2017 (20:33)

Józef Franczak, ostatni partyzant Rzeczypospolitej.

Był początek października 1963 r. Józef wstał rano i poczuł brak medalika na szyi. Odnalazł go na podłodze, miał urwany łańcuszek. To był medalik szkaplerzny – podobnie jak szkaplerz sukienny, będący symbolem opieki, ochrony przed niebezpieczeństwem. Józef tego dnia miał zmienić kwaterę. Nie mogąc sprawnie naprawić łańcuszka, a będąc pełen obaw, że jeśli będzie trzymał go w kieszeni, może w końcu go zgubić, zwrócił się do gospodyni z prośbą o przechowanie medalika i naprawienie łańcuszka.

Stwierdził, że odbierze go następnym razem, gdy znów pojawi się na tej kwaterze, we wsi Karczew koło Rybczewic. Nie chciał się rozstawać z medalikiem. Mając go zawieszonego na szyi, czuł się bezpieczniej. Gospodyni obiecała Józefowi, że jak będzie następnym razem, medalik będzie czekał na niego. Niestety, Józef Franczak „Laluś” nie zdążył pojawić się ponownie na tej kwaterze i odebrać swojej tarczy. Dwa tygodnie później, 21 października 1963 r., „Laluś”, otoczony w miejscowości Majdan Kozic Górnych, mimo podjętej próby obrony i przebicia się do pobliskiego lasu, zginął z bronią w ręku.

Medalik przez następne kilkadziesiąt lat przechowywany był przez rodzinę, która traktowała go niemal jak relikwię. Dopiero w 2005 r. ludzie ci postanowili skontaktować się z jedynym synem Józefa, Markiem. Opowiedzieli mu całą historię i przekazali tę pamiątkę. Dla syna było to niezwykłe spotkanie. Już choćby sama możliwość rozmowy z ludźmi, którzy mieli bezpośredni kontakt z ojcem i mogli mu dorzucić cegiełkę do kreowanego w wyobraźni obrazu. Ale oni bezpośrednio mu pomagali, a jeszcze przywieźli mu coś, co było chyba jedynym namacalnym przedmiotem związanym z jego ojcem.

Marek nie posiadał żadnej tak osobistej pamiątki po swym tacie. Właściwie to nie tylko pamiątki, ale i wspomnień. Miał przecież pięć lat, kiedy zginął jego ojciec. Pamięta jak przez mgłę jedno spotkanie z nim. Właściwie to nawet nie było spotkanie. Widział mężczyznę w zbożu, który mu się przyglądał, który po chwili wstał i ruszył w przeciwnym kierunku. Nawet nie zapamiętał jego twarzy.

Dopiero po latach matka powiedziała mu, że tamten człowiek to był jego ojciec. Że bardzo go kochał i że choć bardzo rzadko miał taką możliwość, bo nie chciał ich narażać, starał się choć z daleka go ujrzeć. Choć sam Marek tego nie pamięta, to z pozostawionych przez matkę opowieści wie, że gdy był malutki, nadarzyła się okazja, by jeden jedyny raz ojciec mógł dotknąć jego dłoni. Dlatego też otrzymana pamiątka była tym cenniejsza. Jakby z medalikiem wróciła cząstka ojca.

Przez następne lata wraz z postępem badań nad rolą i siłą podziemia antykomunistycznego w Polsce rosła też legenda ostatniego partyzanta poległego z bronią w ręku. Marek zaczął zdawać sobie sprawę, jak ważną i symboliczną postacią w walce z komunistyczną ideą stał się jego ojciec, który był przede wszystkim żołnierzem konspiracji od września 1939 r., który złożył przysięgę, że będzie walczył do samego końca i z tej przysięgi nie czuł się nigdy zwolniony. Myślę, że jego trwanie, jego postawa to był akt odwagi, jak też krzyk sprzeciwu wobec komunistycznej rzeczywistości. Nie godził się na przyjęcie biernej postawy. Jego akt świadczy też o tym, że do samego końca nie stracił nadziei i marzeń o wolnej Polsce. Chciał umrzeć jako wolny człowiek i za wolność oddał życie.

Dlatego też pamiętajmy o nim i wielu jemu podobnym, którzy wierzyli, że choć wolność krzyżami się mierzy, to warto dla tej wolności, dla tych marzeń oddać swe życie. Podejmując walkę, wiedzieli, że ta wolność nie dla nich jest przeznaczona, ale dla przyszłych pokoleń, że walczą o przyszłość swych dzieci i wnuków. Ta postawa ma swoich naśladowców. Józef Franczak jest może jednym z wielu, ale jakże pięknym przykładem całkowitego poświęcenia się sprawie, w którą wierzył do samego końca.

Cóż jednak mógłby zrobić sam, gdyby nie pomoc lokalnej społeczności i rodziny? Fakt, że „Lalusiowi” tak długo udawało się pozostawać w ukryciu, to również dowód niesłychanej siły społeczeństwa, które pomagało mu trwać w tych ciężkich chwilach.

Śmierć Józefa Franczaka przyniosła symboliczny koniec pewnej formy działania. Walki zbrojne wygasły jednak już wcześniej, a antykomunistyczne podziemie zmieniło płaszczyznę swych dalszych działań. Nadszedł moment, kiedy to kolejne pokolenie ludzi młodych tworzyło opozycję wobec komunistycznej rzeczywistości.

Pamiętajmy, że walka tych Żołnierzy Niezłomnych, którzy przeżyli więzienia i represje, trwała dalej. Cały czas byli obserwowani i rozpracowywani przez bezpiekę. Wokół ich postaci, ich walki i stworzonej legendy gromadzili się ci, którzy mieli później podnieść hasło wolności. Byli świadectwem niezłomności i nadziei, byli fundamentem wiary w odzyskanie wolności. To oni pielęgnowali i przekazywali wartości takie jak patriotyzm i honor. To oni przekazywali wiedzę o pięknej historii naszej Ojczyzny. Byli cały czas zagrożeniem dla komunistycznych władz. Świadczy o tym choćby fakt, że wielu z nich, gdy wprowadzano stan wojenny wymierzony w rozbicie „Solidarności”, znajdowało się na listach internowanych. Ich walka nie umarła, a wręcz przeciwnie – gdyby nie oni, to myślę, że nie byłoby dziś tej wolności, którą mamy.

Dlatego też z wielką radością przyjęliśmy fakt, że Marek postanowił przekazać tę jedyną pamiątkę po ojcu do powstającego w Ostrołęce Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Jego gest pokazuje, jak ważne jest przekazywanie kolejnym pokoleniom historii rodziców, dziadków. Ale równie ważne jest przekazywanie materialnych świadectw, by ta historia nie umarła gdzieś w kącie lub na strychu opuszczonego domu, ale żeby żyła przez następne lata. Niewielki przedmiot, jakim jest medalik „Lalusia”, to świadectwo wartości, jakimi do końca kierował się Józef Franczak, oraz cząstka dziedzictwa, w moim przekonaniu, o znaczeniu narodowym.

Chciałbym na koniec poruszyć jeszcze jedną sprawę – kwestię wersji pseudonimu używanego przez Józefa Franczaka. Powszechnie funkcjonują dwie formy, używane na przemian: „Laluś” oraz „Lalek”. Nie chciałbym zagłębiać się w etymologię czy znaczenie tych wyrazów, ale niewątpliwie, choć pozornie wydawać by się mogło, że są bliskoznaczne, to jednak sporo je różni. Czy sam Franczak używał ich obu? Według żyjącego jeszcze jego podkomendnego, por. Wacława Szaconia „Czarnego”, w użyciu był tylko jeden pseudonim – „Laluś”.

Pseudonim „Lalek” to wymysł dziennikarzy – twierdzi pan Szacoń. Jego zdaniem, mogło im się wydawać, że pseudonim „Laluś” kojarzy się raczej z drobną, szczupłą postacią i nie pasuje do mężczyzny o masywnej posturze, jakim był Józef Franczak.

Franczak pracował jako żandarm, trudnił się zbieraniem informacji i szkolił w tym zakresie młodszego o 8 lat Wacława. Pan Szacoń, wspominając ich wspólną działalność, zwraca uwagę na fakt, że obaj nie nosili mundurów i to odróżniało ich od innych żołnierzy: „Myśmy byli ubrani po cywilnemu i porządnie. […] Ludzie od Kopaczewskiego ’Lwa’ nas nazywali ’lalusie’, bo oni byli mundurowi, czy lato, czy zima byli w tych mundurach, a myśmy chodzili zupełnie inaczej”.

Według relacji Wacława Szaconia, Franczak chodził z krótką bronią i po cywilnemu, zawsze elegancko ubrany. „Lalusie przyszli” – takim hasłem Józefa Franczaka i Wacława Szaconia zameldowano u Antoniego Kopaczewskiego ps. „Lew”. Do samego Franczaka natomiast pseudonim „Laluś” przylgnął przy okazji spotkania ze Zdzisławem Brońskim ps. „Uskok”, które odbyło się za pośrednictwem Wacława Szaconia: „Jak ja go kontaktowałem z ’Uskokiem’, bo ja z ’Uskokiem’ znałem się wcześniej, to go przedstawiłem jako ’Laluś’ i już ’Laluś’ został”.

Urząd Bezpieczeństwa początkowo poszukiwał Józefa Franczaka, podając wyłącznie imię i nazwisko. W aktach UB pseudonim „Laluś” występuje od momentu aresztowania Serafina Kamilewicza ps. „Wydra” (20 marca 1948) oraz Eugeniusza Lisa „Bystrego”, którzy mówiąc o Franczaku, podczas przesłuchań wskazali właśnie ten pseudonim.

Wacław Szacoń stara się walczyć z błędną, choć szeroko rozpowszechnioną wersją pseudonimu Józefa Franczaka. Pseudonim, którego używał, nie był wymyślony przez niego, ale przez jego kolegów. Świadczy też o tym, że „Laluś” dawał przykład, że w każdych warunkach należy o siebie dbać, nawet jeśli uznane to zostanie za zbyt przesadne.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Jacek Karczewski