• Wtorek, 17 października 2017

    imieniny: Małgorzaty, Ignacego

Cios w plecy

Niedziela, 17 września 2017 (09:55)

O świcie 17 września 1939 roku wojska sowieckie przekroczyły wschodnią granicę Polski, łamiąc wszelkie umowy i traktaty międzynarodowe. Ponad 600 tysięcy sołdatów, wspieranych przez broń pancerną i lotnictwo, wdarło się na Kresy Rzeczypospolitej.

 

Stalin brał odwet za wiktorię warszawską 1920 roku i powstrzymany wtedy przez Wojsko Polskie pochód komunistów w głąb Europy. Sowiecka Rosja wespół z ówczesnym jej sojusznikiem – niemiecką III Rzeszą – realizowała plan, którego celem było wywrócenie ładu pokojowego w Europie. Zniszczenie Polski, nazwanej haniebnie przez ludowego komisarza spraw zagranicznych Sowietów Wiaczesława Mołotowa „bękartem traktatu wersalskiego”, było pierwszym punktem tej szaleńczej koncepcji.

Kto wywołał wojnę?

Współczesna historiografia rosyjska, podobnie jak ta z okresu komunistycznego, z uporem podtrzymuje, iż II wojna światowa wybuchła w czerwcu 1941 roku, czyli w chwili ataku Niemiec na ZSRS. Przyjmując taką narrację, Rosjanie przedstawiają się światu jako naród, który był największą ofiarą tej wojny. Jest to wygodna optyka, ponieważ na potrzeby wewnętrzne uwalnia świadomość rosyjską od poczucia winy za wybuch II wojny światowej, a na potrzeby zewnętrzne zwalnia z odpowiedzialności prawnej za zbrodnie dokonane w latach 1939-1941 na Narodzie Polskim.

Tymczasem prawda jest inna, choć niewątpliwie dla Rosjan bolesna. Za wybuch najstraszniejszej z wojen w dziejach ludzkości odpowiedzialne są w równym stopniu dwa państwa: narodowo-socjalistyczne Niemcy i komunistyczna Rosja. Tym dwóm państwom bowiem zależało, aby zburzyć porządek, jaki zapanował w Europie po I wojnie światowej. Dla realizacji swych totalitarnych planów nie wahały się rozpętać piekła na ziemi, uzurpując sobie prawo decydowania o losach innych państw i narodów.

W okresie międzywojennym Polska jako pierwsza dostrzegała to niebezpieczeństwo. W 1920 roku wojska polskie stawiły czoła komunizmowi, zatrzymując jego ekspansję na Zachód. W 1933 r., kiedy Adolf Hitler i jego towarzysze z Narodowo-Socjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej obejmowali władzę w Niemczech, Marszałek Józef Piłsudski, widząc wypływające z tego zagrożenia, zakulisowo proponował rządowi Francji podjęcie działań w ramach tzw. wojny prewencyjnej wymierzonej w III Rzeszę. Zachodnie mocarstwa niebezpieczeństwa nie dostrzegały, a polską ofertę stłumienia w zarodku totalitarnych zapędów Niemiec odrzuciły. Z perspektywy czasu widać, że był to jeden z ostatnich momentów uratowania pokoju i co za tym idzie, milionów istnień ludzkich.

23 sierpnia 1939 roku współpraca Niemiec i ZSRS w dziele zniszczenia Polski i zburzenia pokoju europejskiego znalazła wyraz w podpisanym na Kremlu „diabelskim pakcie” dzielącym Europę Środkowo-Wschodnią na dwie strefy wpływów. Od nazwisk sygnatariuszy przeszedł on do historii jako „pakt Ribbentrop-Mołotow”, choć właściwsze byłoby raczej określenie „pakt Hitler-Stalin”. Na Kremlu podpisano wtedy wyrok śmierci na Polskę, ale także na Łotwę, Estonię i Finlandię.

W walce z brunatnym agresorem

Mając w ręku traktat o przyjaźni z Sowietami, Hitler podjął decyzję o agresji na Polskę. 1 września 1939 roku, atakując zaciekle z lądu, morza i powietrza, wojska niemieckie wtargnęły na teren Rzeczypospolitej. Polska koncepcja obrony zakładała prowadzenie możliwie jak najdłuższej wojny granicznej. Obawiano się, że Hitlerowi na tym etapie wojny wystarczy jedynie zajęcie dawnego zaboru pruskiego. A w tej sytuacji Polska podzieli los Czechosłowacji, na której rozbiór wyraziły rok wcześniej zgodę mocarstwa zachodnie. Polska musiała męstwem swych żołnierzy udowadniać swe prawa do Wielkopolski, Śląska i Pomorza. Wojna graniczna miała być jednak tylko etapem. Potem miało dojść do przegrupowania i umocnienia linii Wisły, a gdyby i to się nie powiodło – wycofanie na południowo-wschodnie rubieże kraju i dalsza walka.

Żaden z polskich dowódców nie zakładał, że Polska tę wojnę wygra samodzielnie. Zbyt duża była dysproporcja sił walczących stron. Klucz do zwycięstwa leżał jedynie w koalicyjnym charakterze wojny. Rzeczpospolita, zawierając sojusze z Francją i Wielką Brytanią, otrzymała gwarancje, że mocarstwa te pospieszą z realną pomocą. Szef Sztabu Naczelnego Wodza gen. Wacław Stachiewicz stwierdzał wyraźnie: „Zatrzymać ofensywę niemiecką będziemy mogli dopiero, gdy nastąpi zmiana niekorzystnego stosunku sił, związana z odciążeniem naszego frontu przez ofensywę na Zachodzie. Działania nasze do tej chwili mają charakter walki o czas, walki o przetrwanie”.

Dlatego gdy 3 września 1939 roku Francja i Anglia wypowiedziały formalnie Niemcom wojnę, pojawiły się radość i nadzieja wśród walczących żołnierzy wspieranych bohatersko przez ludność cywilną. Mimo przegranej bitwy granicznej polski opór nie malał, ale tężał. W kwaterze głównej Hitlera zapanował strach. Ofensywy Zachodu Niemcy bali się jak ognia, wiedząc, że wprowadzając na teren Polski znaczące siły militarne, odsłaniają swe zachodnie granice. Tłumacz Hitlera dr Paul Schmidt pozostawił znamienną relację z odprawy, która odbyła się 3 września 1939 r. po południu. „’Co teraz?’ – zapytał Hitler, zwracając się do Ribbentropa. Miał dzikie spojrzenie, jak gdyby zarzucał swemu ministrowi spraw zagranicznych, że go wprowadził w błąd, jeśli chodzi o prawdopodobną reakcję brytyjską. Göring zwrócił się do mnie mówiąc: ’Jeśli przegramy tę wojnę, to niech Bóg ma nas w swojej opiece’”.

Tego samego dnia wieczorem na osobiste polecenie Hitlera wysłana została tajna depesza do sowieckiego sojusznika z prośbą o pomoc w szybkim zdławieniu polskiego oporu. „Ten czas jeszcze nie nadszedł. Być może jesteśmy w błędzie, ale wydaje się nam, że przez przesadny pośpiech możemy narazić na szwank naszą sprawę i przyczynić się do jedności pomiędzy naszymi przeciwnikami” – odpisał po dwóch dniach Mołotow. Stalin też nie miał pewności co do zachowania się państw zachodnich. Wolał czekać.

„Laliśmy krew osamotnieni”

W odległym o półtora tysiąca kilometrów od Warszawy spokojnym francuskim miasteczku Abbeville zebrała się 12 września 1939 roku Najwyższa Rada Wojenna, w której zasiadali dowódcy francuscy i brytyjscy. Nad stołem map sztabowcy alianccy podjęli zaskakującą i brzemienną w skutki decyzję: mimo wypowiedzenia wojny, nie będzie akcji zbrojnej przeciwko III Rzeszy! Lotnicy brytyjscy, zamiast zrzucać bomby na niemieckie zakłady zbrojeniowe, zrzucali ulotki „apelujące do sumień” żołnierzy Wehrmachtu. Francuzi natomiast uprawiali ogródki nieopodal linii Maginota. Późniejszy marszałek Francji i powojenny dowódca sił lądowych NATO w Europie Alphonse Juin pisał: „Cóż za niewybaczalny błąd! Pozwoliliśmy zdruzgotać Polskę związaną z nami paktem sojuszniczym. Cóż za hańba!”.

Za ten błąd i hańbę Europa i świat zapłaciły milionami ofiar. Niestety, o decyzji niepodejmowania ofensywy zachodni sojusznicy „zapomnieli” powiadomić Polaków. Decyzję tę poznał jednak dobrze wywiad niemiecki, a wraz z nim sowiecki. Przekonało to Stalina, że nie musi zwlekać. Ambasador niemiecki w Moskwie Friedrich-Werner von Schulenburg meldował w nocy z 16 na 17 września Ribbentropowi: „Armia Czerwona przekroczy dziś rano granicę sowiecką na całej długości od Połocka do Kamieńca Podolskiego. […] Samoloty sowieckie rozpoczną już dzisiaj bombardowanie terenów na wschód od Lwowa”.

W sztabie Hitlera zapanowała radość. Po raz kolejny w dziejach sprzymierzone siły niemiecko-rosyjskie miały zetrzeć z map świata niepodległą Polskę.

W obliczu czerwonej nawałnicy

Ambasador RP w Moskwie Wacław Grzybowski został wezwany w nocy z 16 na 17 września do ludowego komisarza spraw zagranicznych ZSRS. Zastępca Mołotowa przedstawił mu kuriozalną notę „uzasadniającą” wkroczenie Armii Czerwonej na teren Polski. Powodem miał być upadek państwa polskiego i konieczność ochrony ludności ukraińskiej i białoruskiej przed… inwazją niemiecką. Co ciekawe, „argumentem” tym posiłkują się do dziś niektórzy historycy rosyjscy, gdy próbują wytłumaczyć, co żołnierze sowieccy robili w Wilnie, Łucku, Równem, Brześciu czy Stanisławowie przed czerwcem 1941 roku…

Warto zaznaczyć, że w chwili sowieckiej inwazji ponad połowa terytorium Polski znajdowała się nadal pod całkowitą kontrolą wojska i administracji polskiej, a na pozostałych terenach trwał zacięty opór. Walczyła Warszawa, bronił się Hel, trwała największa bitwa kampanii wrześniowej nad Bzurą. Na rozkaz marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza oddziały polskie kierowały się na wolny od wroga obszar południowo-wschodni. Tam na tzw. przedmościu rumuńskim miały odtworzyć zdolność bojową i dalej walczyć.

Wojna, która miała mieć charakter błyskawiczny, toczyła się wbrew oczekiwaniom i ku zaskoczeniu Hitlera już blisko trzy tygodnie. Niemiecki agresor na skutek silnego oporu wojsk polskich wykrwawiał się. Wydłużała się odległość między frontem a zapleczem wojennym, co przysparzało stronie niemieckiej wiele problemów natury logistycznej. Nawet brak stosownej reakcji aliantów zachodnich nie przekreślał ostatecznie losu Polski walczącej z brunatnym najeźdźcą. Los ten przesądził dopiero atak czerwonego agresora.

Płonące Kresy

„Gdy armia nasza z bezprzykładnym męstwem zmaga się z przemocą wroga od pierwszego dnia wojny aż po dzień dzisiejszy, wytrzymując napór ogromnej przewagi całości bez mała niemieckich sił zbrojnych, nasz sąsiad wschodni najechał nasze ziemie, gwałcąc obowiązujące umowy i odwieczne zasady moralności. Stanęliśmy tedy nie po raz pierwszy w dziejach w obliczu nawałnicy zalewającej nasz kraj z zachodu i wschodu” – pisał w odezwie do rodaków prezydent RP prof. Ignacy Mościcki. Był to jeden z ostatnich dokumentów podpisanych przez głowę państwa na terytorium Rzeczypospolitej.

Wieczorem 17 września prezydent, rząd i Naczelny Wódz przekroczyli granicę z Rumunią, aby stamtąd przedostać się do Francji i kierować dalszą walką. Wydaje się, że była to decyzja trudna, ale konieczna z punktu widzenia racjonalnie pojmowanego interesu kraju. Zachowana została bowiem konstytucyjna ciągłość i legalność władz.

Tymczasem sześć armii sowieckich parło na zachód, aby z końcem września połączyć się w braterskich uścisku z niemieckimi towarzyszami walk „z pańską Polską”. Bohaterski opór stawiały im oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza, Brygada Rezerwowa Kawalerii „Wołkowysk”, Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie”, wspierane przez harcerzy, strzelców, ludność cywilną. Do księgi chwały oręża polskiego wpisały się: obrona Wilna, trzydniowe walki o Rejon Umocniony „Sarny”, bitwa pod Kodziowcami, stoczona w nocy z 21 na 22 września przez 101. pułk ułanów z pancernymi zagonami Frontu Białoruskiego, bitwa pod Szackiem, w której oddziały KOP dowodzone przez gen. Wilhelma Orlika-Rückemana powstrzymały elitarną 52. Dywizję Strzelecką Armii Czerwonej, oraz boje pod Wytycznem, Jabłonią i Milanowem.

Do narodowej legendy przeszła dwudniowa obrona Grodna, gdzie liczące kilkuset żołnierzy oddziały Wojska Polskiego wspierane przez młodocianych ochotników – dumnych następców Orląt Lwowskich z 1918 roku – stawiły czoła natarciu XV Korpusu Pancernego, VI Korpusu Kawalerii i 21. Brygadzie Czołgów Ciężkich. Na grodzieńskim cmentarzu po dziś dzień palą się zawsze znicze i leżą biało-czerwone kwiaty na mogile trzynastoletniego Tadzia Jasińskiego, który broniąc swego miasta, obrzucał tanki butelkami z benzyną. Pojmany przez sowieckich żołdaków, został przywiązany do czołgu jako żywa tarcza. Skatowany do nieprzytomności, odbity przez kolegów, konał na rękach swej mamy, słysząc przed śmiercią jej słowa: „Tadzik, ciesz się! Polska armia wraca! Ułani z chorągwiami! Śpiewają!!!”.

Los wziętych do niewoli Polaków był tragiczny. Oficerów rozstrzeliwali Sowieci najczęściej na miejscu. Los taki spotkał m.in. dowódcę Okręgu Korpusu III Grodno gen. Józefa Olszynę-Wilczyńskiego, którego pod Sopoćkiniami żołnierze Armii Czerwonej strzałem w tył głowy zamordowali na oczach żony. Załogę Lwowa, która poddała się Sowietom, wywieziono w głąb ZSRS, a oficerów umieszczono w obozie starobielskim. Dokonali żywota zamordowani przez NKWD w Charkowie i wrzuceni do dołów śmierci w Piatichatkach. Łącznie Sowieci wzięli do niewoli blisko ćwierć miliona żołnierzy i 18 tysięcy oficerów.

Był to dopiero początek gehenny. Brunatny i czerwony okupant rozpoczął wspólną, skoordynowaną akcję wyniszczania Narodu Polskiego, której symbolem stały się z jednej strony Palmiry i Auschwitz, a z drugiej Katyń i GUŁAG. Polska, rozgrabiona i rozdarta przez sąsiadów i zostawiona przez sprzymierzonych, płaciła ogromną daninę za wierność ideałom i wartościom, które od wieków tworzyły fundament cywilizacji łacińskiej. Przetrwała i po wielu latach zwyciężyła, bo nie zginął duch Narodu. Bo Polacy pozostali wierni wskazaniu Marszałka Piłsudskiego: „Być zwyciężonym i nie ulec – to zwycięstwo!”.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Jan Józef Kasprzyk