• Poniedziałek, 11 grudnia 2017

    imieniny: Damazego, Daniela

Niemcy stawiają na Merkel

Poniedziałek, 11 września 2017 (18:59)

Kampania wyborcza pod znakiem światopoglądowych sporów. 

Kampania wyborcza przed wyborami do niemieckiego Bundestagu, które odbędą się 24 września, znalazła się na ostatniej prostej. Nie jest to jednak jedna z tych kampanii, których byliśmy świadkami chociażby w czasie ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce, gdzie dwie wielkie partie, zasadniczo przeciwstawne w niemal wszystkich kwestiach, rywalizowały o głosy wyborców. W przypadku tegorocznych wyborów parlamentarnych w Niemczech nie ma już takich emocji, gdyż kandydaci na urząd kanclerza największych przeciwstawnych sobie partii – CDU i SPD – w rzeczy samej niemal niczym się nie różnią. Angela Merkel, która od dwunastu lat stoi na czele niemieckiego rządu, zdołała zmienić oblicze swej macierzystej partii z chrześcijańskiej na lewicową, mimo iż „C” nadal istnieje w nazwie partii, tak że postulaty chadeków w obecnej kampanii wyborczej w zasadzie nie różnią się od postulatów socjaldemokratów, których kandydatem numer jeden jest Martin Schulz.

Murem za imigrantami

Ewenementem obecnej kampanii jest całkowite skupienie się obu stron na tematach światopoglądowych z pominięciem tematów gospodarczych, finansowych, obronnych, które w każdej normalnej kampanii wyborczej odgrywają zasadniczą rolę. Jeszcze na samym początku walki o utrzymanie fotela kanclerza Angela Merkel próbowała sobie zjednać miłymi gestami wyborców reprezentujących poglądy chrześcijańskie, zrażonych do siebie kompletnie nieodpowiedzialną polityką „otwartych granic” oraz manipulacjami narodowych mediów co do realnego zagrożenia atakami terrorystycznymi. Przy różnych okazjach pani kanclerz odwoływała się do chrześcijańskiej tradycji Europy, wzywając na przykład do śpiewania kolęd w okresie Bożego Narodzenia czy przypominając, że „religia należy do życia publicznego” i że „nie chcemy spychać jej do sfery prywatnej”. Bardzo szybko okazało się, że to tylko puste słowa i gesty skierowane w stronę konserwatywnych wyborców, których Merkel zamierzała odebrać partii Alternatywa dla Niemiec, ponieważ już miesiąc później przyzwoliła członkom swojej partii na poparcie w głosowaniu w Bundestagu projektu „małżeństwa dla wszystkich”, zatwierdzającego „małżeństwa jednopłciowe”. Z kolei tenże projekt był od samego początku flagowym hasłem Martina Schulza podczas kampanii wyborczej, który w ten sposób starał się przyciągnąć liberalny elektorat do SPD. Doszło w końcu do tego, że SPD zagroziła odmową stworzenia z CDU ewentualnej koalicji po jesiennych wyborach, jeśli chadecy nie poprą „małżeństw” osób tej samej płci. Kwestia ta stanowiła sprawdzian prawdziwych intencji Merkel, która bez żadnego wahania zniosła dyscyplinę partyjną na czas głosowania nad projektem „małżeństw dla wszystkich”, tak iż ustawa została bez problemu przyjęta – i to właśnie dzięki głosom chadeków. Czy ta jej konformistyczna postawa oraz kolosalne błędy, które popełniła w kwestii polityki wewnętrznej, zagranicznej, energetycznej, obronnej na przestrzeni ostatnich kilku lat – co dobitnie ukazuje niedawna publikacja na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pt. „Krytyczny bilans”, w której dwudziestu dwóch publicystów i profesorów z różnych dziedzin oceniło erę Merkel jako stracone lata dla Niemiec i dla Europy – wpłyną na odpływ wyborców na rzecz Martina Schulza? Wydaje się, że nie. Chociaż na ostatnich wiecach wyborczych Merkel, zwłaszcza we wschodnich landach kraju, pojawiły się protesty. W Torgau w Saksonii pod adresem pani kanclerz padły okrzyki „zdrajczyni narodu” i „do odwołania”. W tym samym tygodniu na wiecu wyborczym w Heidelbergu Merkel została wręcz obrzucona pomidorami. Ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Merkel ma bardzo mocną pozycję, bo ani Schulz, ani nikt inny nie jest wobec niej żadną alternatywą. Ukazała to dobitnie debata telewizyjna, która odbyła się trzy tygodnie przed wyborami, z udziałem Merkel i Schulza, transmitowana na żywo przez niemiecką telewizję publiczną. Na pytanie o to, czy islam jest częścią Niemiec, jako że w kraju żyją już cztery miliony muzułmanów, Merkel odpowiedziała, że tak, ale „taki, który jest zgodny z konstytucją” i który odżegnuje się od aktów przemocy dokonywanych w imię islamu. Merkel zapowiedziała również zamknięcie meczetów, „jeśli będą się tam zdarzały rzeczy, których nie możemy zaakceptować”. Broniła jednak swojej polityki imigracyjnej, raz jeszcze podkreślając słuszność decyzji o otwarciu granic. Schulz w tym temacie został zagadnięty przez prowadzącego o swoją wypowiedź z 2016 roku, w której stwierdził, że „to, co uchodźcy przywożą do nas ze sobą, jest cenniejsze niż złoto”. Nie ulega wątpliwości, że zarówno Merkel, jak i Schulz są za dalszym przyjmowaniem imigrantów, jednak stwierdzenie pani kanclerz, że nie jest możliwe, aby nie wpuszczać więcej osób do Niemiec bez dokumentów, budzi niepokój. Jednocześnie Merkel zaznaczyła, że „musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby uniknąć terroru”. Tylko że jedno stwierdzenie wyklucza drugie.

Antypolskie akcenty

W czasie debaty nie obyło się bez przytyku wobec Polski, co ze strony Martina Schulza jest już normą. Stwierdził on mianowicie, że wspólna polityka migracyjna państw należących do UE nie powiodła się z winy takich krajów jak Polska i Węgry, które nie chcą się zgodzić na relokację imigrantów, i zapowiedział wobec nich sankcje finansowe. Wcześniej groził już Polsce zastosowaniem kar finansowych lub nawet użyciem siły, jeśli polski rząd nie zgodzi się na dyktat Brukseli w sprawie uchodźców. Zaskoczeniem dla obu kandydatów było niespodziewane pytanie w czasie debaty o to, czy tego dnia – a pojedynek odbywał się w niedzielny wieczór – byli oni w kościele. Oboje odpowiedzieli negatywnie, choć Merkel tłumaczyła się, że była za to na grobie swojego zmarłego przyjaciela i przy tej okazji wstąpiła do małej kaplicy. Schulz dodał, że „prawdopodobnie oboje modliliśmy się dzisiaj na osobności”. I tyle było o chrześcijaństwie. Komentatorzy nie mają wątpliwości: Merkel wypadła w debacie nieco lepiej, choć w zasadzie nie był to żaden pojedynek, ale przyjazna rozmowa, ponieważ również prowadzący unikali zadawania kandydatom kłopotliwych pytań. Wyborcy pozostaną raczej wierni Merkel, bo wiedzą, że i tak nic się w Niemczech nie zmieni. Potwierdzają to zresztą sondaże: CDU oscyluje niezmiennie wokół 38 proc., podczas gdy poparcie dla SPD około 22 proc. Obecna kampania od początku nie wzbudza w wyborcach większych emocji, bo nie widzą oni żadnego potencjału na zmianę sytuacji w kraju. A mimo wszystko przedstawia im się jako lepsza nawet marna kontynuacja tego, co znane niż zaryzykowanie całkowitego przewrotu na scenie politycznej poprzez wybór antyimigranckiej Alternatywy dla Niemiec. Dlatego można przypuszczać, że już za kilka dni ukaże nam się nowa-stara twarz niemieckiej kanclerz, która raz jeszcze zapewni wszystkich, że „damy radę”.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

AnnaMeetschen