• Sobota, 21 października 2017

    imieniny: Jakuba, Urszuli, Hilarego

Potrzebna koalicja

Sobota, 12 sierpnia 2017 (13:43)

Z gen. dyw. Romanem Polko, byłym dowódcą Jednostki Specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Napięta sytuacja między Stanami Zjednoczonymi a Koreą Północną to na razie tylko retoryka? Kryzys, który coraz bardziej dojrzewa, uda się rozwiązać na drodze dyplomatycznej?

– Świat ma z Koreą Północną poważny problem. Co by nie powiedzieć, są to wszystko skutki wieloletnich zaniedbań i zbyt łagodnej polityki wobec koreańskiego reżimu. Prezydent Obama posługiwał się głównie retoryką wobec coraz to zuchwalszych działań Pjongjangu, co tylko rozzuchwaliło władze koreańskie. Można powiedzieć, że ze strony świata zachodniego wobec Korei Północnej nie było żadnych konkretnych działań, a wręcz kupowano sobie tzw. święty spokój, dotując to państwo poprzez różnego rodzaju fundusze pomocowe, które nie były przeznaczane zgodnie z celem, ale na rozbudowę tych programów rakietowych, które – jak widzimy dzisiaj po udanych próbach – urosły w pewną siłę. W mojej ocenie, rozwiązanie tego problemu leży w rękach dyplomacji Stanów Zjednoczonych, ale wraz z Chinami i Rosją. Chodzi o to, żeby nie pozwolić Kim Dzong Unowi na szaleńcze kroki, do których z całą pewnością jest zdolny. W przeciwieństwie do odgrywającego swoją rolę prezydenta Putina Kim Dzong Un jest człowiekiem nieobliczalnym, który potrafi truć, mordować swoich własnych obywateli, a nawet członków swojej rodziny. Dla takiego człowieka użycie broni jądrowej tylko po to, żeby pokazać siłę, nie jest żadnym problemem.

Po drugiej stronie mamy Donalda Trumpa. Jak ocenia Pan działania obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych wobec reżimu północnokoreańskiego?    

– Donald Trump, kiedy objął urząd prezydenta, w związku z pierwszymi próbami rakiet balistycznych dokonanymi przez reżim Kim Dzong Una najpierw zerwał z dotychczasową polityką, nie wykluczając użycia siły wobec Korei Północnej. Nie przestraszyło to przywódcy Korei Północnej, który konsekwentnie realizuje swój plan i przeprowadza kolejne próby z rakietami balistycznymi. Jednak teraz znów zaczął prężyć muskuły oraz zaostrzać ton wobec Korei. Jest to zgodne z wolą Amerykanów, których ponad połowa chce radykalnych działań wobec Korei Północnej i przecięcia tego wrzodu, który zagraża całemu światowemu organizmowi. Mam jednak nadzieję, że doradcy Donalda Trumpa wytłumaczą prezydentowi, że pójście na totalną konfrontację z Koreą Północną może się okazać w konsekwencji co najwyżej pyrrusowym zwycięstwem.

Groźba ataku na amerykańską wyspę Guam jest realna?

– Wyspa Guam w południowej części archipelagu Marianów w Mikronezji to suwerenne terytorium Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku z bazami wojskowymi. Kilkanaście czy nawet kilka lat temu atak koreański na wyspę Guam był nierealny. W tej chwili okazuje się – zważywszy na arsenał czy możliwości, jakimi dysponuje reżim Kim Dzong Una – że jest to scenariusz bardzo realny. Co więcej, Koreańczycy ogłosili, że mają tę wyspę na swoim celowniku i rozważany jest atak z użyciem rakiety balistycznej średniego i dalekiego zasięgu. Dlatego odpowiedź prezydenta Donalda Trumpa na zaczepki koreańskiego dyktatora jest tak mocna.

Skoro wspomniał Pan o arsenale Pjongjangu, to proszę powiedzieć, jaką siłą dysponuje reżim Kim Dzong Una?

– Tak naprawdę, jaką siłą militarną dysponuje Korea Północna, tego nie wie nikt. Ze strony tego państwa więcej jest działań na pokaz – czyli propagandy – niż realnego uzbrojenia. Jedno jest pewne, że reżim Kim Dzong Una dysponuje bronią atomową i możliwością przenoszenia ładunków nuklearnych na duże odległości. Może nie są to systemy precyzyjne, porównywalne do tych, jakimi dysponują największe światowe potęgi, ale przez to być może jeszcze bardziej niebezpieczne, bo nieprzewidywalne.

Prezydent Trump przestrzegał, że w razie agresji reżimu Kim Dzong Una na Koreę Północną spadną „ogień i gniew”. Jak można odczytać te słowa, czy mogą być one interpretowane jako zapowiedź wojny nuklearnej?

– Prawdę mówiąc, trudno zinterpretować słowa prezydenta Donalda Trumpa wypowiedziane w dość emocjonalny sposób. Jak wspomniałem, są one bardziej na użytek wewnętrzny – jako demonstracja siły, mocy, mniej zaś jako środek do rozwiązania problemu, który jest bardzo poważny. Jedno jest pewne, że Kim Dzong Un tej retoryki prezydenta Stanów Zjednoczonych – nawet wypowiedzianej w przekonujący sposób – się nie przestraszy. Wręcz przeciwnie, koreański dyktator jest w stanie wykorzystać to do swoich celów, pokazując, że jest na tyle silny, że jego potencjał irytuje nawet amerykańskiego prezydenta.

Czy w tej sytuacji Stany Zjednoczone mają jakąś koncepcję rozprawienia się z reżimem północnokoreańskim?

– Przez wiele lat Stany Zjednoczone nie miały koncepcji, jak uporać się z reżimem północnokoreańskim. Jedyny model działania polegał na wspomnianym już wsparciu humanitarnym i finansowym, który miał pomóc społeczeństwu, a de facto posłużył dofinansowaniu zbrojnych projektów i urzeczywistnianiu planów dyktatorskich północnokoreańskich władz. Teraz pojawiła się szansa na ostudzenie zapędów Kim Dzong Una, ponieważ zaczynają się go obawiać również Chińczycy i Rosjanie. Chińskie władze są świadome, że uwikłanie się w konflikt zbrojny nie służyłoby ich interesom. Pekin, budując swoją pozycję w świecie, postawił bardziej na kontakty gospodarcze, co nie oznacza, że nie dysponuje odpowiednim potencjałem militarnym. Ponadto należy powiedzieć, że relacje Korei z Chinami są w dalszym ciągu – powiedzmy – pozytywne. Po ostatnich kilku próbach z rakietami balistycznymi Pjongjangu obawy Chińczyków są jednak na tyle mocne, że przy mądrej dyplomacji – nie takiej, jaka jest obecnie prowadzona – przy dobrych rozmowach dyplomatycznych z całą pewnością można wypracować koncepcję, która w konsekwencji okazałaby się zdecydowanie skuteczniejsza niż tylko prężenie muskułów. Kim Dzong Un korzysta z tego, że świat jest podzielony, dlatego w tej sytuacji wystarczyłoby pokazać, że w obliczu zagrożenia z jego strony świat jest razem, a Kim ze swoją strategią jest sam w zupełnej izolacji. Sądzę, że takiej koalicji bardziej się przestraszy niż zapowiedzi ewentualnych działań odwetowych formułowanych przez Stany Zjednoczone.

Tylko czy ten wspólny front przeciw reżimowi północnokoreańskiego dyktatora jest w ogóle możliwy?

– Rozmowy trwają i dopóki się toczą i ten temat jest poruszany w kontaktach dyplomatycznych, to jest szansa na urzeczywistnienie tego, co wydaje się oczywiste i potrzebne, aby zastopować zapędy dyktatorskie Kim Dzong Una. Może dobrze byłoby zorganizować oficjalne rozmowy i dokonać konkretnych ustaleń, które zadowalałyby wszystkie strony: Chiny, Rosję i Stany Zjednoczone, ale przede wszystkim pokazałyby Korei Północnej, że w konfrontacji z tą koalicją nie ma najmniejszych szans.

Jakie mogą być konsekwencje ewentualnego uderzenia Stanów Zjednoczonych w Koreę Północną?

– Użycie przez Koreę Północną potencjału nuklearnego i ewentualny atak na wyspę Guam z całą pewnością będzie skutkowało ostrą odpowiedzią ze strony Stanów Zjednoczonych i co do tego nie ma wątpliwości. To uderzenie oznaczać będzie śmierć wielu niewinnych ludzi, którym reżim Kim Dzong Una nie daje oddechu. Jeśli zaś Un będzie jeszcze w stanie, to należy się spodziewać ataku na Koreę Południową, z którą od dawna jest skonfliktowany. To nic innego, jak nakręcanie spirali nienawiści, która pociągnie za sobą przelew krwi Bogu ducha winnych ludzi. Trzeba jednak czyni wszystko, żeby nie doszło do użycia środków bojowych, bo – jak wspomniałem wcześniej – dla Amerykanów będzie to co najwyżej pyrrusowe zwycięstwo, a najbardziej poszkodowani będą niewinni ludzie.  

Dziękuję za rozmowę.      

 

Mariusz Kamieniecki