• Poniedziałek, 11 grudnia 2017

    imieniny: Damazego, Daniela

Powiało optymizmem

Poniedziałek, 19 czerwca 2017 (20:28)

Choć naszych piłkarzy ręcznych zabraknie w finałach mistrzostw Europy, eliminacje do tej imprezy zakończyli w stylu napawającym delikatnym optymizmem. A to już coś.

Bądźmy szczerzy: nieobecność na mistrzostwach kontynentu to bolesna porażka. Porażka niosąca za sobą konsekwencje, bo oznaczająca dłuższą i trudniejszą drogę na mistrzostwa świata, a w dalszej perspektywie na igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro. Oznaczająca brak możliwości rywalizacji z najlepszymi, rywalizacji w meczach o stawkę, pod presją, co dla młodej, budowanej drużyny jest okazją do zbierania bezcennych doświadczeń. Ale o tym, że naszych na przyszłorocznym turnieju w Chorwacji zabraknie, było wiadomo już na początku maja. To wtedy, po remisie z Białorusią, do dymisji podał się Tałant Dujszebajew. Uzasadniał ją niezrealizowaniem konkretnego celu sportowego. Co prawda wówczas jeszcze Polacy mieli teoretyczne szanse, ale było one tak minimalne, tak iluzoryczne, że nawet szkoleniowiec w nie nie wierzył.

Zastąpił go Piotr Przybecki. Na dzień dobry dowiedział się, że będzie musiał sobie radzić bez kolejnych graczy, którzy w ostatnich latach decydowali o obliczu narodowej drużyny. Grzecznie, ale stanowczo, z logicznym uzasadnieniem podjęli oni decyzję o zakończeniu reprezentacyjnych karier. Nowy trener przebudował zatem kadrę całkowicie, powołał kilku debiutantów i tylko kilku zawodników o solidnym, międzynarodowym doświadczeniu. Więcej takowych po prostu nie było. W pierwszym sprawdzianie, towarzyskim turnieju w norweskim Elverum, przegrali oni 27:33 ze Szwecją, 21:24 z Islandią oraz 22:41 z gospodarzami. Szczególnie ta ostatnia porażka mogła zaboleć, ale kilka dni później okazało się, że rzeczywistość wcale nie musi wyglądać aż tak brutalnie i tak czarno.

Polacy rozegrali bowiem ostatnie dwa mecze w eliminacjach. Wpierw na wyjeździe zremisowali z Serbią 34:34, a w niedzielę w Gdańsku pokonali Rumunię 32:31. W obu tych spotkaniach można się było doszukać wielu niedostatków, ale były też plusy, duże plusy, dające nadzieję na przyszłość. Była walka, serce, pasja, była też długimi fragmentami świetna gra. Jak w pierwszej połowie niedzielnego starcia, gdy Biało-Czerwoni odskoczyli rywalom na osiem bramek. W drugiej co prawda ta gra się nieco posypała, górę wzięły nerwy, emocje i brak doświadczenia, ale to nie przeszkodziło naszym odnieść zwycięstwa – historyczne, pierwsze pod okiem Przybeckiego. A decydującą bramkę, równo z końcową syreną, zdobył Piotr Chrapkowski. I to też było symboliczne, bo pokazujące, że mogły zmienić się nazwiska, że mogło zmienić się dosłownie wszystko, ale nie zmieniło się jedno: mecze szczypiornistów z Białym Orłem na piersi jak dostarczały, tak dostarczają gigantycznych emocji i są widowiskami przypominającymi dobrze napisane thrillery.

– Wszyscy byli bardzo zmotywowani. Tak bardzo, że nawet trzeba ich było trochę hamować, aby emocje nie przełożyły się na błędy na parkiecie. W naszej grze był widoczny postęp, teraz pozostaniemy w kontakcie z zawodnikami, by nieustannie przesuwali swoje granice. Dziękuję Rumunom, pokazali nam, nad czym musimy jeszcze mocniej popracować, a tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego, abyśmy potrafili utrzymać poziom grania przez 60 minut – powiedział Przybecki.

– Wierzymy, że to zwycięstwo, odniesione w tak dramatycznych okolicznościach, zaprocentuje w przyszłości. Aby tak się jednak stało, musimy rozegrać jeszcze wiele podobnych pojedynków, by zdobyć doświadczenie, dzięki któremu będziemy je przechylali na swoją stronę. Co ważne, każdy żył ostatnimi meczami, każdy dał z siebie wszystko. Kiedy drużyna skonsoliduje się, okrzepnie, będzie dobrze – podkreślił Chrapkowski.

Nasi Rumunię pokonali, ale i tak zajęli ostatnie miejsce w grupie 2. eliminacji. Awans na mistrzostwa Europy wywalczyły Białoruś i Serbia.

 

Piotr Skrobisz